Reklama

Reklama

Dowody miłości

Ich uczucie zostało wystawione na próbę. Wypadek, choroba, długie starania o dziecko. Zostać? Odejść? Z wahań i wątpliwości wyszli zwycięsko. Trzy pary opowiadają o kryzysowych sytuacjach, w których sprawdziła się ich miłość.

Dopadały mnie czarne wizje. Że Radek nie będzie mógł chodzić, że straci pracę, że nie dam rady utrzymać nas obojga.

W szpitalu zdałam sobie sprawę, jak ważne jest to, co mamy we dwoje. Ile bym straciła, gdyby Darka zabrakło.

Miałam odtąd poruszać się na wózku. Powiedziałam Jarkowi, że dam mu rozwód. Żeby ułożył sobie życie.

Stwardnienie rozsiane. Iwona się załamała. Musiałem wykrzesać z siebie dużo energii. Nie myślałem, co potem.

Pierwsze kroki

Dorota Chotecka: Miłość to najtrudniejsza i najpiękniejsza rzecz, jaka nam się przydarzyła. Radek Pazura: Mój wypadek sprzed kilku lat był błogosławieństwem. Po nim wzięliśmy ślub, bo zrozumieliśmy, że się kochamy.

Reklama

Pięć lat temu. Wypadek samochodowy. Radek Pazura trafia w stanie krytycznym do warszawskiego szpitala. W tym czasie jego partnerka, Dorota Chotecka, przygotowuje się do wejścia na plan serialu, mierzy kostiumy w garderobie. Dzwoni telefon. Dorota z telewizji wybiega do szpitala. Oddział intensywnej terapii. Długi korytarz, zielone ściany, białe kitle. Ktoś mówi: "Jego godziny są policzone". Dorota zaczyna się modlić. Pierwszy raz tak żarliwie od czasów szkolnych.

- Usiadłam w kącie i modliłam się o cudowne uzdrowienie. Tylko tyle mogłam zrobić. Dla niego. Dla siebie. Dzień później w szpitalu Dorota słyszy: "Jego stan nadal jest ciężki. Proszę na wiele nie liczyć".

Dorota kolejne dni spędza na oddziale. Radek leży w śpiączce. Może przeżyje, ale nie będzie samodzielnie oddychał? Może będzie oddychał, ale grozi mu amputacja nogi? - Lekarze nie dawali dużej nadziei, że będzie zdrowy - wspomina Dorota. Na ławce przed szpitalem, na krześle przed salą, przy łóżku Radka Dorota zastanawia się, czemu do tej pory nie wyszła za niego za mąż? Są ze sobą od 14 lat, razem mieszkają, więc dlaczego, gdy on trzy razy się oświadczał, ona przyjmowała pierścionki i mówiła: "Tak, ale kiedyś, nie teraz"? Dlaczego do tej pory nie zdecydowali się na dziecko? - Zrozumiałam, że błądziliśmy. Nasze życie zaczęło kręcić się wokół spraw zawodowych i zarabiania pieniędzy - wspomina. - Ale po wypadku przewartościowałam wszystko. Świat zewnętrzny przestał istnieć. Zrezygnowałam ze wszystkich propozycji zawodowych, do których przygotowywałam się od miesięcy. Wróciłam do pracy dopiero po trzech. Dnie i noce spędzałam przy Radku. Nie wiedziałam jeszcze, czy chcę spędzić z nim resztę życia, ale czułam, że chcę być przy nim. Teraz.

Inaczej niż w kinie

Łódzka Szkoła Filmowa. Tam się poznali. Wystarczyło kilka spojrzeń i już wiedzieli: "to ta", "to ten", więc Radek bez trudu odbił ją innemu. Akademik, początek lat 90. Pokój trzy na trzy. Dorota i Radek mieszkają razem. Mają trzeszczące radio, z którego w piątkowe wieczory słuchają listy przebojów "Trójki". Mają też dużo książek i siebie. A także nadzieję na przyszłość: kończą elitarną szkołę filmową, wszystko przed nimi.

Warszawa, kilka lat później. Dorota i Radek mieszkają razem w wynajętym mieszkaniu. Nie mają lodówki, pieniędzy ani pracy. Radek: - Mieliśmy tylko frustracje, z którymi nie mogliśmy sobie dać rady. Ambicje o wielkich rolach, których nie mogliśmy dostać. Błąkaliśmy się emocjonalnie i uczuciowo. Dorota: - Oddalały nas kłótnie o niedogotowane ziemniaki. Proza życia. Ale kochaliśmy się. Dlatego nie potrafiliśmy od siebie odejść. - Kiedy ja słabłem, Dorota miała siłę. Los tak nami kierował, że nigdy nie dostaliśmy takiego ciężaru, którego nie moglibyśmy udźwignąć - mówi Radek.

Nic nie wiemy

Szpital. Po dwóch tygodniach Radek budzi się ze śpiączki. Dorota jest wyczerpana. Od kilku dni ma gorączkę. Mimo to siedzi pod salą. Prosi lekarzy, żeby wpuścili ją tylko na chwilę. W masce ochronnej wchodzi do Radka. - Nie pamiętam, co mówiłam. Chyba coś o cudach. Wtedy po raz pierwszy miałam pewność, że chcę być jego żoną. Nie powiedziałam o tym Radkowi. Radek dziś: - W szpitalu nie mówiłem jej, że chcę spędzić z nią życie. Nie było wiadomo, czy kiedyś będę sprawny. Liczyłem się z tym, że Dorota może odejść.

Po miesiącu Radek wychodzi ze szpitala. Kolejne miesiące to dla niego leżenie, ból i rehabilitacja. Dla Doroty powrót do normalnego życia: do teatru, filmu, do znajomych. Ktoś jej mówi: "Na pewno chcesz z nim być? Jesteś jeszcze w szoku. Może robisz to z litości?".

Dorota wraca samochodem do domu i znów dopadają ją czarne wizje. Że Radek nie będzie mógł chodzić, że resztę życia spędzi na wózku. Że będzie się męczył, pokonując kilka metrów z pokoju do łazienki. Że ona sama nie utrzyma ich dwoje. Że nie będą mogli mieć dzieci. Więc rozmawiają. Ona mówi, że nie wie, czy da radę. On odpowiada: "Rozumiem".

Cztery miesiące po wypadku on pomaga jej podjąć decyzję. Dorota cały dzień ma spędzić na planie serialu. Radek dzwoni do swojego przyjaciela, ortopedy: "Stary, musisz mi pomóc, chcę kupić Dorocie pierścionek". - Jeździłem na wózku. Mogłem wyjść z domu tylko pod opieką lekarza - mówi. Przyjaciel przyjeżdża. Radek ma bandaże, gips i wyprostowaną jedną nogę. Więc lekarz kwadrans próbuje posadzić go w samochodzie. A potem, gdy są na miejscu, wyjąć rekonwalescenta z auta. W centrum handlowym wozi go od sklepu do sklepu. Gorąco. Słabo. Pot płynie po czole. Po kilku godzinach wraca z pierścionkiem: białe złoto i brylanty.

Wielkanoc w domu Doroty i Radka. Przy stole najbliższa rodzina. Po śniadaniu on prosi o ciszę. Ze schowka wyjmuje kwiaty. Oświadcza się Dorocie. - Niczego nie podejrzewałam. Zgodziłam się. Wzruszyło mnie jego poświęcenie. Ale nadal nie byłam pewna, co dalej z nami będzie, co przyniesie przyszłość - mówi.

Dwoje w jednym

Planują ślub i walczą o zdrowie Radka. Dorota jest przy nim, gdy stawia pierwsze kroki. Radek jeździ do Grodziska na fizykoterapię. Poznaje tam siostrę klaryskę, która po zabiegach prosi, by podwiózł ją do klasztoru. W drodze słucha o wypadku, ślubie i wątpliwościach. Mówi: "Sami nie wymyślicie. Musicie to oddać Bogu". Wieczorami Dorota i Radek modlą się: "Wszystko powierzamy Tobie. Będzie, jak zechcesz". - Dzięki modlitwie, dzięki temu, że byliśmy ze sobą tak często i blisko, umacnialiśmy się. Przed wypadkiem ostatni raz tak żarliwie modliłam się, gdy prosiłam Boga, żeby nie było klasówki. Gdy nie spełnił mojej prośby, obrażałam się: "Nie będę już chodzić do kościoła". Jako trzydziestoparolatka uwierzyłam w cuda. Poczułam, że ktoś na górze opiekuje się mną. - wspomina Dorota.

Grudzień, jedenaście miesięcy po wypadku. Biorą ślub w klasztorze na rzymskich wzgórzach we Frascati, żeby ukryć się przed reporterami. Słoneczny dzień, pierwszy tak ciepły od tygodni. Dorota ma suknię w jasnym różu, Radek ciemnozielony garnitur. Mówią sobie "tak" w klasztorze przystrojonym w białe kwiaty. Są tylko oni i piętnaście najbliższych osób. Wieczorem bawią się we włoskiej restauracji. Po czterech latach na świat przychodzi Klara. Radek: - W naszym życiu było wiele cudów. Najważniejszy to nasza roczna córeczka. Ona łagodzi nasze domowe obyczaje.

Wczoraj zawieruszyła im się szczoteczka do zębów dziecka. Kłócili się o to cały wieczór, jedno zwalało na drugie. Radek w pewnym momencie powiedział: "Ona ma tylko trzy zęby". Zaczęli się śmiać. Dorota: - Po wypadku zrozumieliśmy, że odejść od kogoś to najłatwiejsze, co można zrobić. Ale z innym człowiekiem też dojdziemy do punktu, który nas przerośnie.

Radek: - Dotarło do nas, że miłość to nie tylko uczucie. To też przyjaźń i codzienna walka ze sobą, ze swoimi słabościami. Dla siebie i dla drugiej osoby. Dopiero dziś naprawdę czujemy, że jesteśmy razem.

Dwoje czy troje, miłość jedna

Anita Wężowska czuje, jakby dwanaście lat była w ciąży. Tyle starali się z Darkiem o dziecko. Lata burz i huśtawek nastrojów. Ale ich miłość, zamiast słabnąć, rosła. Dziś są pewni, że jest na całe życie.

Nie wychodziło im. Raz, drugi, dziesiąty, setny. Mijały lata: trzy, osiem, dziesięć. Zabiegi, zastrzyki, hormony, in vitro. I nic. Ale nie oddalili się od siebie nawet wtedy, kiedy kolejny zarodek nie zaczął rosnąć. Gdy myślała, że jest w ciąży, więc przez kilka tygodni leżała plackiem, krzycząc do męża: "Nie dotykaj mnie, bo coś stanie się dziecku". Albo kiedy była w ciąży, a myślała, że nie jest i poszła na łąkę pobiegać z psem. Lub gdy on ze stresu stracił przytomność. - Były dni zwątpienia i nadziei. Kłóciliśmy się. Ale żeby się oddalić od siebie? Mieć poważny kryzys? Rozwieść się? Nie, nigdy nie mieliśmy takich pomysłów. Zawsze byliśmy blisko. Choć blisko nie zawsze znaczy harmonijnie - mówi Anita.

Piętnaście lat wcześniej. Knajpka w Gorzowie. Anita jest właścicielką, Darek, warszawiak, wpada tu z kolegą. Ona podaje mu pączka, niechcący wylewa na niego kawę i zerka na jego kolegę, który wpada jej w oko. Od tej pory Darek do barku przychodzi codziennie. Sam. Czasem przynosi Anicie czerwoną różę, czasem po prostu wypijają kawę. Po miesiącu znajomości jadą razem na weekend majowy. To wtedy Darek proponuje: "Może byśmy się pobrali?". Ona niby-żartem odpowiada: "Czemu nie?". - Nawet ze sobą nie chodziliśmy. To był impuls. Nie miałam wątpliwości. Czułam, jakbym go znała całe życie.

Rodzice myślą, że Anita jest w ciąży. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że obcy facet przychodzi do ich domu prosić o rękę córki? Po trzech miesiącach Anita i Darek biorą ślub. Wszyscy czekają, aż jej brzuch zacznie rosnąć. A ona? Była pewna, że zajdzie w ciążę niebawem. W wyobraźni wiele razy widziała, jak któregoś dnia, najlepiej słonecznego, wchodzi do domu z malutkim zawiniątkiem. To będzie chłopiec. Albo dziewczynka. Nieważne. - Bawiłam dzieci sąsiadów. Miałam młodszą o trzynaście lat siostrę. Przewijałam ją, uspokajałam, kiedy płakała. Wydawało mi się, że macierzyństwo po prostu jest mi pisane.

Akcja dziecko

Przeprowadzka do Warszawy, do mieszkania Darka. Mijają dwa lata. Niby wszystko jest normalnie, niby żyją jak większość, tylko pasek na teście ciążowym wciąż jest niebieski. Darek nie widzi problemu, więc ona go pyta: "Czy ty w ogóle chcesz tego dziecka?". "Chcę, dlatego że mogę je mieć z tobą". Pierwsza klinika. "Ma pan obniżoną ruchliwość plemników", słyszą. Darek się podłamuje, Anita go pociesza. On bierze leki, ona nie piśnie słowa o dziecku. Biegają, chodzą na basen, jadą na wakacje. Mijają miesiące, mija rok. I nic.

Kolejna wizyta u lekarza. "Ma pani niedrożny jajowód. Udrożnimy i zajdzie pani w ciążę". Anita poddaje się zabiegowi. Rezygnuje z pracy, bo chce całą uwagę poświęcić "dziecku". Bo jej dni nabrały tempa: obserwacje cykli, kontrola dni płodnych, badania, lekarze. Darek bierze na siebie ich utrzymanie. Czasem tylko, kiedy ona nie ma humoru, mówi: "Bo ty tylko siedzisz w domu i czekasz". - Jestem mu wdzięczna, że ze mną wytrzymał - mówi Anita. A on? Czasem był zazdrosny o dziecko, którego jeszcze nie było. O to, że Anita nie słucha, co do niej mówi, tylko czyta poradniki dla rodziców. Kiedyś zapytał: "Zostawisz mnie, jak nam się nie uda?". "Nie gadaj bzdur. Jak wszystkie możliwości zawiodą, będziemy hodować setery irlandzkie", zażartowała.

Zielona mazda po pustej ulicy jedzie trzydzieści na godzinę. Anita siedzi z nogami założonymi na deskę rozdzielczą. Prowadzi Darek: "Uwaga, trzymaj się, zakręcamy", zwalnia do piętnastu. Wracają z zabiegu in vitro. - Taka ostrożność nie była konieczna - śmieje się dziś Anita. - Ale to było nasze pierwsze podejście. Nie mieliśmy dylematów moralnych. Bałam się tylko zastrzyków hormonalnych. Przed zabiegiem przez miesiąc codziennie brałam kilka. Brzuch, uda, nie było gdzie kłuć.

Czekają na wynik hormonu HCG, którego wzrost oznacza ciążę. Ale hormon nie rośnie. Więc Darek zabiera żonę do kina, na kręgle, na wycieczkę do ciepłych krajów. Żeby nie myśleć o dziecku, rozpieszczają psa. Anita codziennie gotuje mu obiadki. Chodzą z nim na spacery po lesie. Do znajomych chodzą rzadziej, bo większość jest już na etapie "kupki, zupki".

Mamy siebie

Anita pamięta chwilę, która w jej życiu przewartościowała wszystko. Ona w kuchni parzy herbatę, słyszy huk. Wbiega do łazienki. Na podłodze leży Darek. Nieprzytomny. Pogotowie, szpital. Mąż odzyskuje świadomość. Zostawiają go na intensywnej terapii: "Na to się umiera", mówi lekarz. Podejrzewa stan przedzawałowy. Anita do dziś pamięta obrazek ze szpitalnej sali: na jednym łóżku zmarła staruszka, na drugim reanimują mężczyznę, a pośrodku nich leży jej mąż. Więc teraz, kiedy w domu coś stuknie, a Darka nie ma przy niej, ona zamiera. - W szpitalu zdałam sobie sprawę, jak ważne jest to, co mamy we dwoje. Jak wiele mogłabym stracić, gdyby Darka miało ze mną nie być. Że i tak dużo dostałam od losu. Zwalniał się z pracy i woził mnie na badania. Nawet jak nie mógł, to robił tak, że zawsze był. Wtedy po wypadku przestałam myśleć o ciąży. Czułam, że to za duży stres dla męża - mówi Anita. Drugiego in vitro nie planują, ale wszystko się zmienia, kiedy zaprzyjaźniona para, która wiele lat starała się o dziecko, przysyła Darkowi sms: "Jesteśmy w ciąży".

On nie mówi żonie od razu. Nie chce jej denerwować i psuć wakacji w Egipcie, na które wyjeżdżali. Dopiero po powrocie Anita dowiaduje się o ciąży od koleżanki. Darek przynosi jej kubek lodów czekoladowych. Zjadają przed telewizorem. A potem ona płacze pół nocy. - Ja nic nie mówiłem. Jestem typem, który dusi w sobie. Nie starałem się pocieszać. Po prostu byłem, gdy potrzebowała - mówi Darek.

Na drugi dzień wiedzą, że znów podejdą do in vitro, ale na luzie.

Po kilku dniach Anita słyszy: "Przy tak niskim HCG prawdopodobnie nie jest pani w ciąży, ale proszę jeszcze powtórzyć badania". Anita odpuszcza. Sprząta cały dom. Czuje, że żyje, bo ostatnio bardzo na siebie uważała i cały czas leżała plackiem. Widzi nowe rzeczy: kolorowe sukienki na wystawach sklepów, męża, który mimo upływu dwunastu lat prawie się nie zmienił. Ale idzie na drugie badanie. Dla świętego spokoju. "Ciąża rośnie jak szalona", słyszy od pielęgniarki. Nie świętują, żeby nie zapeszyć. Darek sam sprząta w domu i dzwoni do niej po kilka razy dziennie, żeby się upewnić, czy wszystko jest w porządku. Martwi się, czy żona donosi ciążę.

Anita: - Oskar urodził się zdrowy i silny, ale mnie dopadły lęki. Że coś mu się stanie, że możemy go stracić. Przez kolejne miesiące ona stoi nad jego łóżeczkiem i słucha, czy mały oddycha. Nie pozwala mężowi go przewinąć. "Źle trzymasz główkę", krzyczy. - Miałem wrażenie, że nasze życie we dwoje się skończyło. Że nie ma nas, że jest tylko Oskar - mówi Darek. - Opamiętałam się po kilku miesiącach. Dotarło do mnie, że swoją zaborczością wystawiam na próbę nasze małżeństwo. - mówi Anita. Dziś Oskar ma dwa i pół roku. Codziennie budzi się o siódmej. W soboty przychodzi do sypialni rodziców i skacze ojcu po plecach. I Darek bawi się z nim krasnoludkami, tak jak chce syn, choć przez ostatnie lata w weekendy rano wskakiwał na rower i jechał do lasu.

- Nie mogę powiedzieć, że syn scementował naszą miłość. Ona potwierdziła się już w czasie oczekiwań na niego - mówi Anita. - Dziś wiem, że gdyby nawet los napisał inny scenariusz i mielibyśmy nigdy nie mieć dziecka, bylibyśmy razem. Szczęśliwi, choć na pewno w inny sposób. I na pewno na całe życie.

Darek codziennie rano biega, do pracy jedzie na rowerze, a wieczorem idzie jeszcze na basen. A Anita po ciąży przytyła. Więc Darek wyciąga żonę na jogging. "Nie schudniesz, jak nie będziesz biegać codziennie". Ona się odgraża: "Za chwilę w ogóle przestanę". To jednak niemożliwe. Pożyczył jej swoją bluzę. I na mapie rozrysował nową trasę. - Teraz on daje mi wycisk - śmieje się Anita.

W tańcu, szczęściu i w chorobie

Jarek Staniek zapominał o rocznicach, czasem o kwiatach dla żony. Gdy Iwona zachorowała i miała przestać chodzić, obiecał, że będzie nosić ją na rękach.

Poprosiła męża, żeby od niej odszedł. Jak mogła mówić takie bzdury w takiej chwili, nie rozumiał. Dlatego zasłaniał uszy, kiedy tłumaczyła, że nie chce, by widział jak ona, tancerka, z dnia na dzień niedołężnieje. Jak jej trzydziestoczteroletnie ciało więdnie. Poprosiła, żeby zapamiętał ją taką, jaką widział przez 12 lat małżeństwa: Iwonę, która robi piruety w jego spektaklu i która walczy o kredyt na ich pierwszy dom, którego on tak długo nie chciał. Poczekalnia u neurologa. Iwona podaje Jarkowi kartkę z nowymi wynikami badań. On ją czyta, odkłada i znów czyta. Mówi: "Jeśli nawet nie będziesz już chodzić, poradzimy sobie. Ja do końca życia będę nosił cię na rękach". Chwilę potem zabiera żonę na zakupy. Każe jej mierzyć buty. Iwona wybiera trzy pary.

Dwa tygodnie później. Teatr w Gdyni. Za kilka godzin premiera Chicago z choreografią Jarka Stańka. Ostatnie minuty próby. Ostatni krok, wyskok, zgięcie w tył. Adrenalina. W tym samym czasie: szpital w Warszawie. Iwona trafia na neurologię. Ostatnio nie miała siły podbiec do tramwaju ani uczesać włosów. Myślała, że to przemęczenie. Aż do chwili, kiedy poczuła, że nogi ma jak z waty, a potem upadła, bo nie zdążyła złapać się ściany. Diagnoza potwierdza poprzednią: stwardnienie rozsiane. Prawie na pewno, więc wali jej się świat.

Iwona dzwoni do siostry. Do męża nie chce, bo wie, że on rzuciłby wszystko i nie czekając na premierę, wsiadł do samochodu i jechał do niej. Iwona: - Myślałam tylko o Jarku i o tym, że wszystko się skończyło. Postanowiłam, że dam mu rozwód, żeby zdążył jeszcze ułożyć sobie życie. Chciałam zrobić to wbrew niemu, ale dla niego. Bo ja już miałam nie być Iwoną, w której się zakochał. Miałam jeździć na wózku, gasnąć powoli. Nie chciałam mu fundować takiego życia. Po premierze Jarek dzwoni do żony, a potem wybiega z teatru i pędzi do Warszawy. Nie zatrzymuje się. Po drodze w radiu szuka jej ulubionej muzyki. Elli Fitzgerald, Billie Holiday. W domu zawsze kłócili się o to, co będzie lecieć z głośników. Ale dziś Jarkowi brakuje płyt żony. - Czułem, jakby wszystko stanęło w miejscu, jakby to, co ważne, przestało się liczyć - mówi. - Ale druga osoba w związku musi być przeciwwagą. Wiedziałem, że muszę wykrzesać z siebie dużo wiary i energii. Nie myślałem, jak będzie wyglądało nasze życie potem. Chciałem być przy Iwonie. Tu i teraz. Jak najszybciej.

To nie był flirt

Do tej pory było tak: on szalony, ciągle w innym świecie. Spektakl za spektaklem. Gdynia, Warszawa, Zurych, Haga. Opentaniec, Fame, Vichry. Więc Jarek czasem zapominał: o małych rocznicach, o rachunkach, o kwiatach dla żony i na jakiej ulicy mieszkają i pod którym numerem. Czasem wyprawiał swoje urodziny o dzień za wcześnie albo z pustym bakiem zabierał ją autem na drugi koniec Polski. Ona śmiała się z jego wariactw i gdy byli razem, wyciągała męża do ogrodu, mówiąc: "Choć, pokażę ci, jak kwitną magnolie". Była wsparciem. Jak wtedy, gdy wrócił z próby i wiedział, że sponsor może się wycofać, ale nie chciał jej denerwować. Położył się obok żony i udawał, że śpi. A ona po paru minutach powiedziała: "Nie martw się, to minie, jak wszystko, co złe". - Gdy zachorowała, miałem skąd czerpać siłę, żeby być dla niej wsparciem. Zgromadziłem w sobie dobro, które ona przez lata sączyła na co dzień. I to do niej wróciło ode mnie, jak fala - mówi.

Szpital. Iwona przechodzi dziesiątki badań. Jarek przychodzi codziennie. Ona ma punkcję, tomografię, usg. On staje na rękach albo kręci się na jednej i tańczy breakdance. Iwona się śmieje. Mimo wszystko. W szpitalu wiele razy rozmawiają o tym, co ich połączyło.

Osiemnaście lat temu, on dostaje pod opiekę grupę taneczną. Przed próbą w sklepie widzi dziewczynę. - Cudowną. Jasne włosy, jasna cera - wspomina. - Żałowałem, że muszę iść na próbę. Na sali zacząłem rozgrzewkę i wtedy weszła ona. Dziewczyna ze sklepu. Była tancerką. Iwona: - W sklepie go nie zauważyłam. Na próbie znienawidziłam. Zaczął kręcić się na głowie, a ja po szkole baletowej myślałam: "Boże, kto to jest?! On ma mnie uczyć?". Ale po pół roku robiłam wszystko, żeby się nie domyślił, że się w nim podkochuję. Jarek: - Pół roku bałem się zaprosić ją na kawę. Myślałem, że odmówi.

Jarek nabiera odwagi, gdy zespół Iwony rozpada się. Zaprasza ją do kawiarni i proponuje udział w swoim projekcie, mówi: "To będzie połączenie wszystkiego ze wszystkim. Nie mamy sali, kasy, perspektyw, ale mam wizję, że się uda". Uwierzyła. Poszła za nim. Tancerka baletowa i tancerz uliczny breakdance´u. Zebrał ludzi, w tym brata, który uczył się w szkole cyrkowej. Byli pierwszą taką grupą w Polsce.

Któregoś dnia w kawiarni rozmawiają o życiu. Jarek mówi, że nie potrzebuje domu, że wystarczy mu plecak i przenośny magnetofon. Iwona blednie. Wybiega na ulicę. Potem nie przyjmuje jego oświadczyn. Jarek chce przeprosić, powiedzieć, że już zmienił zdanie. Czeka na nią na przystanku: pół głowy ogolonej na łyso, pół z grzywką opadającą na oczy. Obcisłe czerwone spodnie w kratkę. "Chciałem cię rozśmieszyć", tłumaczy, gdy ona każe mu iść pięć metrów za sobą. Iwona:

- Mieszkaliśmy w wynajętych 28 metrach na Woli. Nikt nie chciał zatrudnić grupy, która łączy akrobację z baletem i tańcem na głowie, więc często musieliśmy kupować na krechę. Kłóciliśmy się o wszystko. Nie pozmywał naczyń? To ja te talerze wrzucałam do kosza. Pouczał mnie na scenie? Wypalałam przy nim paczkę papierosów tylko dlatego, że zależało mu, żebym rzuciła palenie. Jarek: - Mówiłem jej: tańcz inaczej, a ona dostawała furii. Krzyczała, że jej nie wspieram. A ja tłumaczyłem: "Poprawiam cię, walczę z tobą, bo mi na tobie zależy". Zerwać wtedy? To nie była jakaś miłostka, grzeczny flirt grzecznych ludzi, ale intensywny związek, wdarcie się w drugą osobę.

Znów jak dawniej

Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu Iwona dostaje drugie życie. Lekarka mówi: "Ma pani poważną niedoczynność tarczycy. Będziemy leczyć. Stwardnienie rozsiane raczej wykluczamy". Jarek zabiera żonę do domu. Iwona po raz pierwszy od miesięcy zasypia bez tabletek nasennych i budzi się bez płaczu. I znów jest jak dawniej. Po premierze on nie zauważa, że wśród grupki gości stoi Iwona. Mówi jej "dzień dobry" jak wszystkim i idzie dalej. Ale gdy ona w 35. urodziny gra w Hair w Zurychu, Jarek jedzie do żony samochodem. Nie lubi latać samolotami, więc po kilku godzinach wraca, żeby zdążyć na swój spektakl. - Byliśmy sobie bliżsi niż kiedykolwiek wcześniej. Któregoś wieczoru zapytałem żonę: "Powiedz, czego ja się boję?". A potem sam zacząłem mówić jej o swoich lękach, o tym, że czasem jestem silny, a w środku się trzęsę, że panuję nad dziesiątkami ludzi na scenie, ale życia bez jej pomocy nie potrafiłbym sobie wyobrazić. Po raz pierwszy jako trzydziestoparolatek zacząłem mówić. Szczerze.

Maj, rok temu. Gdynia. Ostatnie próby przed musicalem Fame. Jarek odbiera telefon od żony: "Nie przyjadę", słyszy. Wychodzi z teatru. Siada na chodniku. "Wróciło?". Warszawa. Iwona wstaje z łóżka. Ma niedowład lewej nogi. Nie może jechać na premierę spektaklu męża. Trafia na neurologię. Pobierają jej płyn mózgowo-rdzeniowy. Po punkcji Iwona przez 24 godziny leży płasko. Odrętwienie przechodzi. "Po prostu źle się pani położyła w nocy. To był ucisk na nerw", słyszy. Wraca do domu. Po punkcji stwardnienie rozsiane zostało ostatecznie wykluczone.

Iwona: - Nie mamy dzieci, tak się złożyło, ale to nigdy nie był dla nas problem. Jarek: - Mamy siebie. Mamy dom i ogród, który Iwona stworzyła. Jestem na scenie, krzyczę do tłumu tancerzy i wtedy dostaję sms od żony: "bez puścił pąki". Zwalniam. Iwona zmienia moje życie. Jarek od rana do nocy pracuje nad pierwszym polskim filmem tanecznym. Premiera już po wakacjach, więc widują się rzadko. A i tak zdążą się pokłócić. O cokolwiek. Najczęściej to on pierwszy przeprasza. Naśladuje wtedy byczka Fernando albo Pinokia. A jak to nie pomaga, klęka przed żoną na ulicy i na kolanach idzie za nią całą drogę. Jarek: - Wiem, ile krzywdy jej zrobiłem szarpaniną na początku związku. I potem brakiem stabilizacji. Byłaby szczęśliwsza, gdybym miał spokojny zawód, gdybym uczył w szkole tańca, gdybym był bardziej poukładany. Iwona: - Nigdy nie chciałam, żeby był inny. Wtedy w szpitalu i później Jarek dał mi największy dowód miłości. Niczego więcej mi nie trzeba.

Natalia Kuc

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy