Kiedy ja byłam w twoim wieku

„Kiedy ja byłam w twoim wieku, świat wyglądał całkiem inaczej...” – każda z nas słyszała to nieraz. Od babci, od mamy. I choć minęło zaledwie 20, 30 lat, same mówimy to teraz naszym dorastającym córkom. O swoim życiu, marzeniach, i o tym, czy udało się je zrealizować, opowiadają kobiety z trzech pokoleń jednej rodziny.

Barbara Maciejewska urodziła się w 1945 roku (71 l.). Jako piąta z sześciorga dzieci swoich rodziców. Skończyła zawodówkę rolniczą. Nigdy nie pracowała na etacie.

Reklama

Basia Sapierzyńska urodziła się w 1968 roku we Włocławku, jako trzecia z córek Barbary. Potem na świat przyszedł jeszcze jej brat. Kiedy miała 19 lat, wyjechała do Warszawy i zaczęła studia na wydziale architektury krajobrazu w warszawskiej SGGW AR. Po studiach razem z mężem mieszkała w wynajmowanym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, teraz - w domu w Zalesiu Górnym. Zawodowo związana jest z branżą reklamową.

Marysia ma 22 lata. Jest najstarszą córką Basi. Studiuje polonistykę na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Właśnie broni pracy licencjackiej.

Mój dom z dzieciństwa

Babcia Barbara: Mieszkaliśmy w czworakach. W ośmioro w jednej izbie - rodzice i sześcioro dzieci. Praca zaczynała się rano, a kończyła wieczorem. Wszyscy musieliśmy pomagać. Nie było gadania. Nieważne, jaka była pora roku, czy chodziliśmy do szkoły, czy nie, wszyscy wstawaliśmy o świcie, mama przygotowywała śniadanie (zawsze żur albo zacierki), zjadaliśmy je i każdy biegł do swoich wyznaczonych przez rodziców obowiązków.

Ojciec był kowalem. Często pomagałam mu w kuźni. Dlaczego właśnie ja? Nie wiem. W domu panowała zasada: To, co powiedział ojciec czy matka, było święte. Nikomu z nas nawet do głowy nie przychodziło się sprzeciwiać czy dyskutować. To, że byliśmy niewyspani, nikogo nie interesowało. Tak żyli wszyscy. Panowały proste zasady. Nawet chwile teoretycznie przeznaczone na rozrywkę były poniekąd obowiązkiem.

Niemal co wieczór ojciec zasiadał z książką przy stole, zapalał lampę karbidową, którą sam zrobił, i czytał nam "W pustyni i w puszczy", "Ogniem i mieczem", "Potop" albo "Krzyżaków". Potem każdy z nas musiał powiedzieć, co zapamiętał z przeczytanego fragmentu. Ojciec sprawdzał, czy uważnie go słuchaliśmy.

Mama Basia: Moje dzieciństwo było wspaniałe. Razem z siostrami i bratem byliśmy trochę jak dzieci z Bullerbyn z książki Astrid Lindgren. Lubiliśmy tak o sobie myśleć. Jak dzieciom z książki, i nam ciągle przytrafiały się ciekawe historie, mnóstwo było śmiechu i radości. Do zabawy nie potrzebowaliśmy nawet dzieci z sąsiedztwa. Może dlatego, że dzieliła nas niewielka różnica wieku.

Wzdłuż drogi, która prowadziła do naszego domu, rosły wielkie czereśniowe drzewa. Każde z nas miało swoje. Latem, kiedy mama nas budziła, jeszcze przed śniadaniem w piżamach wspinaliśmy się na nie i obieraliśmy z owoców. Nigdy nie słyszeliśmy od mamy, że coś robimy nie tak. Naprawdę na wiele nam pozwalała. Chociaż zasady w domu oczywiście były. Na przykład nie wolno nam było bujać się na krzesłach, trzymać łokci na stole podczas jedzenia, trzaskać drzwiami ani przydeptywać butów.

Lanie dostałam raz, kiedy włamałam się do skarbonki mojej siostry. Nigdy więcej nie wzięłam nic, co by do mnie nie należało. Mieliśmy też obowiązki. Oczywiste było, że po lekcjach pomagaliśmy rodzicom w polu, zbieraliśmy kamienie i wyrywaliśmy chwasty. Ale nie pamiętam tego jako przykrego obowiązku, tylko coś naturalnego.

Marysia: Moje dzieciństwo to była sielanka. Rowerek na czterech kółkach, piaskownica. Ale najfajniejsze były weekendowe wyjazdy do babci na wieś. Pewnie dlatego, że bywały tam moje siostry cioteczne. Gotowałyśmy zupę z trawy i patyków, budowałyśmy bazę z kartonów i koców. Było co robić.

Marzenia

Babcia Barbara: Uwielbiałam się uczyć. Marzyłam, żeby rodzice pozwolili mi iść do szkoły średniej. Wtedy wszystkie dziewczyny z naszej wsi marzyły o technikum handlowym. Chciały być ekspedientkami. Ja trafiłam do rolniczej zawodówki. Miałam starsze siostry - na moje kształcenie nie starczyło już pieniędzy. Ale co było robić, musiałam słuchać rodziców.

Potem jeszcze wybłagałam, żeby pozwolili mi chodzić na wieczorowy kurs szycia. W domu było mnóstwo żurnali z sukienkami. Chciałam takie szyć. Niestety, znowu z powodów finansowych nie udało mi się go skończyć. Trzeba było pracować w gospodarstwie.

Za mąż wyszłam, kiedy miałam 20 lat. Ani wcześnie, ani późno. Wtedy 22-latka była starą panną i wszystkie dziewczyny bały się, żeby nie zostać bez męża. Mąż to była przepustka do lepszego życia, chociaż oczywiście niektóre trafiały źle. Po ślubie zamieszkałam w domu rodzinnym męża w sąsiedniej wsi. Podczas gdy on studiował w Warszawie, ja miałam pomagać jego rodzicom w gospodarstwie. Widywaliśmy się tylko co jakiś czas, kiedy przyjeżdżał w odwiedziny do mnie i rodziców. Kiedy umarła jego matka, pieniądze na studia się skończyły. Mąż wrócił i zaczęliśmy prowadzić gospodarstwo samodzielnie. Wszystkiego musiałam go nauczyć, bo o pracy w polu nie miał pojęcia.

Dzieci? Zanim skończyłam 24 lata, miałam ich już czwórkę. I nie żałuję. Żałuję za to, że wtedy nie zdecydowałam się na przeprowadzkę do miasta. Było trzeba jechać za chłopem. Mąż mnie do tego namawiał. Wtedy pewnie wszystko byłoby inaczej... Ale bałam się. Że sobie nie poradzę, że nie będzie co jeść. W głowie mi się nie mieściło, że po pietruszkę zamiast do ogrodu idzie się do sklepu! Miasto to był inny, dla mnie całkiem obcy świat. Na wsi byłam u siebie. I tak zostało.

Potem marzyłam tylko o tym, żeby dobrze wychować dzieci. Wiedziałam, jak ważne jest wykształcenie. Nigdy nie oszczędzaliśmy na książkach, jeździły na wszystkie wycieczki - nawet kiedy musieliśmy pożyczyć pieniądze od sąsiadów. Od początku jasne było, że po podstawówce dzieci pójdą do liceum, a potem na studia. Jestem dumna, bo cała czwórka ma dyplomy wyższych uczelni.

Mama Basia: Ja wyjechałam z domu zaraz po maturze. Nie miałam żadnych oporów. Może dlatego, że w Warszawie na tej samej uczelni studiowały już moje dwie starsze siostry... Bywałam u nich w akademiku. Podobało mi się. Życie w mieście było inne, ciekawe, chociaż czasem myślałam o powrocie na wieś. Lubię przestrzeń, spacery, nawet praca w gospodarstwie to dla mnie przyjemność. Nigdy nie była ciężka. Może dlatego, że ojciec był wielkim pasjonatem nowoczesności i szybko mieliśmy najróżniejsze maszyny rolnicze. Wody w kranie nie było, za to kombajn był.

Za mąż wyszłam jeszcze na studiach. Marzyłam o rodzinie. Oczywiście, takiej, jak ta, z której wyszłam. Marzyliśmy, by nasze pierwsze dziecko urodziło się pod koniec studiów. Wydawało nam się, że to idealny moment. Tak, żeby kiedy zacznę już pracę zawodową, nie iść od razu na macierzyński. Wydawało mi się, że na studiach będę miała mnóstwo czasu na opiekę nad dzieckiem. Tymczasem okazało się, że na piątym roku miałam zaskakująco dużo zajęć. Ale kiedy Marysia przyszła na świat, musieliśmy sobie jakoś poradzić. Kiedy szłam na wykłady, Janusz, mój mąż, spacerował z nią pod oknami sali wykładowej. Gdy zaczynała płakać, wybiegałam, żeby ją nakarmić i wracałam na zajęcia.

Pierwsze lata naszego małżeństwa nie były łatwe. Wynajmowaliśmy mieszkanie. Żeby zarobić na czynsz, Janusz pracował w McDonaldzie, łapaliśmy się też różnych dorywczych zajęć, sprzątaliśmy akademik, myliśmy okna w ministerstwie - robiliśmy wszystko, co pozwalało osiągnąć jakikolwiek dochód. Dopiero kiedy dostałam pierwszą stałą pracę, udało nam się osiągnąć pewną stabilizację. Do szczęścia brakowało nam tylko mieszkania. Ale i to z pomocą kredytu bankowego udało się osiągnąć. Zamiast mieszkania w bloku zdecydowaliśmy się na budowę niewielkiego domu za miastem. Policzyliśmy, że koszt domu na przedmieściach jest niższy niż mieszkania w mieście. Dom zresztą był spełnieniem moich marzeń. Bardzo chciałam mieć chociaż niewielki ogródek, w którym mogłyby bawić się moje dzieci. Dzieci, oprócz Marysi, mam jeszcze dwoje.

Marysia: Moje marzenia? W dzieciństwie, jak każde dziecko, marzyłam o psie. Ale miałam silną alergię, więc moje pragnienie nie mogło być spełnione. A teraz? Dopiero startuję w dorosłe życie. Oczywiście, marzę o własnej rodzinie, ale na to mam jeszcze czas. Jeszcze nie jestem gotowa. Muszę znaleźć stałą pracę, która pozwoli mi się utrzymać. Tymczasem ciągle nie wiem, co chciałabym robić.

Rok temu zdecydowałam się na usamodzielnienie, postanowiłam wyprowadzić się od rodziców. Pozwolili, pod warunkiem że sama zarobię na swoje utrzymanie. Wynajęłam mieszkanie, znalazłam pracę w centrum handlowym. Zrezygnowałam po pół roku. Nie wytrzymałam tempa. Dzienne studia, potem praca do 22.00. W domu byłam około 23.00. Nie miałam czasu na naukę ani życie towarzyskie. Rodzice przekonali mnie, że takie życie nie ma sensu. To dla mnie znak, że na dorosłość, samodzielność mam jeszcze czas. Najpierw muszę się dowiedzieć, czego chcę od życia. Może będę dalej studiowała polonistykę, a może coś innego? Na początku mieszkać będę raczej w Warszawie, bo tam mam zamiar szukać pracy. W przyszłości jednak chciałabym mieszkać na przedmieściach.

Spełnienie

Babcia Barbara: Matka uczyła mnie, że najważniejsze to być dobrą gospodynią, żoną i matką. I to robiłam całe życie. Czy mi się udało? Nie mnie oceniać. Starałam się dać moim dzieciom wszystko, czego mi zabrakło. Przede wszystkim edukację, która otwiera drzwi do realizacji marzeń. Nie ograniczałam ich, dawałam możliwości. Chciałam dać więcej niż mnie moja mama.

Mama Basia: Jestem szczęśliwa. Z domu wyniosłam pewność, że cokolwiek by się zdarzyło, jestem w stanie sobie poradzić. Tak jak moja mama. Własnymi rękami, czasem ciężką pracą, ale zawsze starczało jej energii i pogody ducha. Szyła nam ubrania, prała, gotowała. I nigdy nie jeździła na wakacje. Chciałabym mieć tyle hartu ducha, co ona. Staram się. Martwi mnie tylko, że dziś, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, niektórzy zamiast nauczyć dzieci radzenia sobie z problemami, rozwiązują je za nie. Ja staram się tak nie robić. Po co zamiast rozwijać kreatywność, ograniczać dziecko? Kiedyś trzeba było sobie radzić. Chciałaś coś mieć, musiałaś to sobie zorganizować. Dziś wystarczy iść do sklepu. Czy to nie zabija kreatywności?

Marysia: Mama wspiera mnie w każdym moim przedsięwzięciu. Nawet kiedy podejmę złą decyzję, pomoże i postawi do pionu. Zawsze mogę na nią liczyć. Czy w przyszłości chciałabym być jak ona? Świetnie sobie radzi. Pracuje, ogarnia dom, na wszystko znajduje czas. Ale ja jestem inna, spokojniejsza. Choć jak ona chciałabym mieć trójkę dzieci. Jednak jak będzie, zobaczymy...

Aldona Bejnarowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje