Reklama

Reklama

Eksperci wskazują na zachowania, które mogą być oznaką zaburzeń odżywiania

W dobie obsesji na punkcie wyglądu i kultu szczupłego ciała zaburzenia odżywiania stały się swoistą plagą. Specjaliści alarmują, że niektóre niegroźne na pozór nawyki żywieniowe mogą być pierwszym sygnałem ostrzegawczym świadczącym o tym, że nasza relacja z jedzeniem jest niezdrowa. Jak temu zaradzić? Eksperci rozwiewają wątpliwości.

Regularna aktywność fizyczna i zbilansowana dieta to fundamenty zdrowego stylu życia. Gdy jednak to, co ma nam pomóc uniknąć groźnych chorób, utrzymując ciało i umysł w doskonałej formie do późnej starości, ulega wypaczeniu, może przyczynić się do pogorszenia stanu zdrowia - fizycznego i psychicznego. Obsesja na punkcie szczupłego, wysportowanego ciała, z którą mamy do czynienia od lat, wpłynęła na rozwój szeregu zaburzeń, w tym zaburzeń odżywiania. Chcąc zbliżyć się do upragnionego ideału w postaci godnej pozazdroszczenia sylwetki, wielu z nas popada w przesadę, poddając się katorżniczym treningom i stosując restrykcyjną dietę.

Reklama

Dla osób pragnących za wszelką cenę zredukować wagę, by dopasować się do obowiązującego kanonu piękna, jedzenie jawi się wręcz jako przeszkoda stojąca na drodze do celu. Eksperci podkreślają, że zaburzenia odżywiania zaczynają się zwykle niewinnie - od zwiększonej uwagi, jaką poświęcamy porcjom, które lądują na naszym talerzu czy skrupulatnego analizowania składu poszczególnych posiłków. W dobie pandemii zjawisko to jedynie się nasiliło. 

- Obawy ludzi związane z jedzeniem są teraz zauważalnie większe. To zrozumiałe, bo łatwiej się skupić na jedzeniu niż na egzystencjalnych zagrożeniach, przed którymi stoimy czy trudnej sytuacji ekonomicznej - podkreśla w rozmowie z "Huffington Post" psychoterapeutka Barbara Spanjers.

Pierwszym sygnałem ostrzegawczym, który powinien skłonić nas do refleksji nad swoimi żywieniowymi nawykami i ich groźnymi konsekwencjami, jest obsesja na punkcie tzw. "czystego jedzenia". Mimo że niewątpliwie warto ograniczyć spożycie przetworzonych pokarmów, to jednak panicznego strachu przed zjedzeniem czegokolwiek zawierającego cukier czy mąkę pszenną za zdrowy odruch uznać nie sposób. 

- Zwolennicy czystego jedzenia mają tendencję do demonizowania wielu powszechnie spożywanych produktów, takich jak słodycze. Jeśli mając ochotę na coś słodkiego, czujesz wewnętrzny przymus, by zamienić kawałek czekolady na baton z organicznego kakao i cukru kokosowego, a sięgając po pieczywo wybierasz wyłącznie chleb z tapioki i mąki migdałowej, prawdopodobnie wpadasz w niezdrową obsesję - przestrzega dietetyczka Rachel Larkey.

Czerwona lampka powinna nam się zapalić również wtedy, gdy za wszelką cenę staramy się unikać jedzenia na mieście. Bo choć samodzielne przygotowywanie posiłków pozwala kontrolować to, co jemy, to całkowita rezygnacja z jedzenia w restauracjach motywowana obawą przed kalorycznością serwowanych tam potraw jest drogą donikąd. 

- Unikanie sytuacji towarzyskich, które spowodowane jest strachem przed odejściem od swojego planu żywieniowego, jest oznaką zaburzeń odżywiania. Jeśli ciągle przeglądasz menu w poszukiwaniu opcji o najniższej kaloryczności lub nawet sprawdzasz je wcześniej na stronie internetowej restauracji, warto zatrzymać się i zastanowić, dlaczego to robisz - wskazuje dietetyczka i terapeutka zaburze żywienia Alissa Rumsey.

Niepokojącym zwyczajem jest też odmierzanie porcji jedzenia, by mieć kontrolę nad dziennym bilansem kalorycznym. Choć niewątpliwie warto zdawać sobie sprawę z tego, ile mniej więcej kalorii mają spożywane przez nas potrawy, skrupulatne odmierzanie każdego składnika sprawi, że posiłki zaczną kojarzyć nam się wyłącznie z restrykcjami i wyrzeczeniami, co odbiera radość z jedzenia. 

- Osoby borykające się z zaburzeniami odżywiania bardzo często nadmiernie skupiają się na wielkości porcji, od nich uzależniając to, ile zjedzą - nie zaś od swoich faktycznych potrzeb. Zamiast dostosowywać swój jadłospis do jakiejś zewnętrznej zasady określającej to, ile powinieneś zjeść, słuchaj sygnałów wysyłanych przez organizm. Jedz, aż poczujesz się najedzony - wyjaśnia Rumsey.

Kolejnym sygnałem ostrzegawczym jest dokonywanie podziału na "dni diety" i "dni oszukiwania". To praktyka popularna wśród osób, które pragną trzymać się diety, a jednak od czasu do czasu chcą zjeść to, co lubią najbardziej, a czego sobie odmawiają. Jak podkreślają dietetycy, to dość niebezpieczny nawyk - gdy na co dzień stosujemy restrykcyjną dietę zakładającą rezygnację z wszelkich potraw, które lubimy, istnieje duże prawdopodobieństwo, że kiedy nadejdzie "dzień oszukiwania", wpadniemy w drugą skrajność, jaką jest napadowe objadanie się. 

- To zawsze przynosi skutek odwrotny do zamierzonego, bo utrwala pogląd, że pewne produkty trzeba usunąć z diety, gdyż za każdym razem spożywanie ich kończy się obżarstwem. Tymczasem hamulce puszczają nam właśnie ze względu na niemożliwe do zrealizowania cele. Zamiast na co dzień odmawiać sobie tego, co lubimy, by w weekend zjeść potrójną porcję, jedzmy wszystko, ale z umiarem - radzi dietetyczka Nina Mills.

Eksperci zgodnie twierdzą, że wspólnym mianownikiem szkodliwych nawyków żywieniowych jest wewnętrzny przymus samokontroli i narzucanie sobie zbyt dużych ograniczeń. Bo choć dbanie o to, by nasze posiłki nie były zbyt tłuste czy bogate w cukier jest słuszne, fiksacja na punkcie zdrowej, niskokalorycznej diety zaprowadzić nas może nie do wypracowania upragnionej sylwetki, ale do zaburzeń odżywiania. 

- Prawidłowe podejście do odżywiania wynika z potrzeby dbania o siebie, swój psychiczny i fizyczny dobrostan. Ciągłe myślenie o jedzeniu, stresowanie się wizją zjedzenia czegoś zakazanego, powinno skłonić nas do refleksji i być może sięgnięcia po fachową pomoc - konkluduje Rumsey. 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje