Reklama

Reklama

Fascynujący boży rebus. Proroctwo kardynała Wyszyńskiego

Każdego dnia wspólnota Kościoła rodzi dla wieczności rzesze świętych, a każdy z nich zasługuje na to, co tradycja nazywa "czcią ołtarzy". Jednak zaledwie maleńka ich garstka dostępuje tego zaszczytu. Fragment pochodzi z książki "Stefan błogosławiony Wyszyński. 12 znaków Maryi" autorstwa Wincentego Łaszewskiego.

Jest ku temu szczególny powód, a znając go, nie dziwi nas, że we wspomnianej garstce świętych "beatyfikowanych" i "kanonizowanych" jest Stefan Wyszyński. Duch Święty i Kościół mówią: on.

Dlaczego właśnie ten, którego Jan Paweł II nazwał "Prymasem Tysiąclecia"? Powody są co najmniej dwa.

Otrzymaliśmy nowy adres, pod którym możemy szukać pomocy. Kardynał Wyszyński to nowy orędownik. Kościół oficjalnie ogłosił, że ten człowiek jest w niebie, a modlitwa do niego jest celowa. On jest przy Bogu - na wieczność - i może orędować za nami.

Może to dziwne na pierwszy rzut oka stwierdzenie, ale "nowe orędownictwo w niebie" wcale nie jest głównym powodem beatyfikacji. Kościół nie ogłasza go błogosławionym tylko po to, byśmy z ufnością odwoływali się do jego pośrednictwa. Nowy błogosławiony to przede wszystkim nowy wzór. Kościół wskazuje właśnie na niego, bo wśród wszystkich kandydatów na ołtarze jego "model" jest dziś dla nas najbardziej aktualny i potrzebny.

Reklama

Trzeba więc drogi Wyszyńskiego poznać i na nie wejść.

Ktoś powie: Czy po niemal półwieczu od swej śmierci może on mieć nam jeszcze coś do powiedzenia? W czym mielibyśmy go naśladować? Jeśli przyspieszenie historii w tych kilku ostatnich dekadach to więcej niż dawniej czas kilku wieków, to nie ma on nam wiele do zaoferowania. Dodajmy przewrotnie, że sam kard. Wyszyński mówił, że "przyjdą nowe czasy, będą potrzebowały nowych świateł, nowych mocy", a "Bóg da je w swoim czasie". Sam tłumaczył, iż potrzebne są nam nowe, a nie stare, światła, nowe, a nie minione moce! Dlaczego więc Kościół (i Duch Święty), szukając ich, wskazuje na niego? Czyżby "stary" Wyszyński był dla nas dziś "nowym" światłem i "nową" mocą, a my tę nowość mamy odkryć?

Stajemy przed fascynującym - nie tylko kościelnym, ale i Bożym - rebusem.

Proroctwo

Zacznijmy od początku. Zapytajmy, za co szanowali go i podziwiali kolejni papieże, od Piusa XII począwszy. Może tu tkwi rozwiązanie zagadki. Widzieli w nim... proroka. Kogoś, kto pokazał "regułę zwycięstwa". Może to dobry trop, bo tego dziś Kościołowi brakuje. Odkryć "regułę" w kard. Wyszyńskim oznacza znalezienie potrzebnego nam dziś "nowego światła" i "nowej mocy". Czyżby - pytamy zdziwieni - wielki Prymas wypowiedział na łożu śmierci proroctwo, którego sam był podmiotem? To przykład pokazujący, że prorocy nie wiedzą, jaką treść przekazują ludziom, i że oni sami są pozbawieni prawa do interpretacji wypowiadanych przez siebie słów...

Teraz na świecie Wyszyński jest "nowy". Zamyka się krąg. Stare okazuje się "nowe", a tam, gdzie świat nie upatruje źródeł mocy, znajduje się siła, która jest w stanie zmienić wszystko. Prymas Wyszyński pomaga nam odkryć światło, przy którym poznajemy prawdę i otrzymujemy moc, by przy niej trwać.

Co jest dziś "nowym światłem" i "nową mocą"?

Szukamy drugiego tropu. Gdy umierający Prymas prorokował o nowych światłach i mocach, "które Bóg da w swoim czasie", dodał słowa, w których jeszcze raz wspominał o "sile". Zapowiadał, że "Maryja nie będzie słabszą w Polsce". Matka Najświętsza będzie wśród nas nadal "silna"... Domyślnie - to maryjność będzie światłem i mocą.

Jaka maryjność? - pytamy. Tu odpowiedź jest oczywista, choć wcale nie prosta. Świat uratuje maryjność taką, jaką widzimy w Wyszyńskim. Chciałoby się powiedzieć: radykalna, szalona, zmieniająca życie. Maryjność, która jest motorem życia, a nie kolorem jego lakieru.

Na pytanie, dlaczego Kościół wynosi Wyszyńskiego na ołtarze, możemy odpowiedzieć jednym krótkim zdaniem: "jego droga maryjna". Dodajmy: to prawdziwa droga, bo większość maryjnych dróg, jakie znamy, jest mniej lub bardziej fałszywa...

Brama do nieba

Wybór Ducha Bożego i Kościoła padł na Stefana kardynała Wyszyńskiego, kogoś z jasnogórską tarczą, człowieka, który odchodząc z tego świata, wołał, przekazując swój testament idącym pokoleniom: "Jeśli jaki program - to Ona". Prymas Polski odkrył drogę niezwykłą - nie każdy chciał i nie każdy chce wędrować. Ale on wiedział, że to droga zwycięska. I była. Słysząc, że Kościół wynosi go na ołtarze, możemy dodać, że była i będzie.

Kościół ogłasza, że kard. Stefan Wyszyński jest "beatus" - czyli "błogosławiony", ale i "szczęśliwy" (tyle przecież znaczy ten łaciński termin). Może nawet jest "beatus dla nas": jest (ma stać się) źródłem szczęścia i błogosławieństwa narodu i Kościoła? Bo jaki inny byłby sens tej beatyfikacji?

Czyżby jego maryjna droga prowadziła do szczęścia? Tak, do szczęścia i do obsypania błogosławieństwem z nieba - zapewnieniem, że kres życia będzie tożsamy z otwarciem niebieskich bram...

Bo Stefan kardynał Wyszyński wiedział, że jedna jest brama do nieba. "Ianua Coeli" to... Maryja. Do nieba idzie się "przez Maryję".

Ilu dziś burzy się na takie słowa? A jeśli dodamy, że Maryja to wzór, więcej: przypomni się słowa kard. Wyszyńskiego, że Maryja to moja Pani, a ja - Jej niewolnik, to zbliżamy się do linii duchowego rubikonu, którą nie każdy zechce przekroczyć.

To prawdziwie skrajna maryjna droga, która biegnie z daleka od myśli tego świata. Jednak dla "wybranych" - dla ludzi umiejących piękno "niewolnictwa", dla "prostaczków" - coraz mniej dziś licznych ludzi "myślących sercem", dla "ludu (Bożego)" - bo Wyszyński wierzył, że ukazana przez niego droga będzie prowadzić już nie poszczególne jednostki, ale całe wspólnoty i narody - dla nich to miejsce jest jak nowe narodziny. 

Miejmy nadzieję, że nie tylko dla nich. Obyśmy i my sami odkryli, że "zwycięstwo przyjdzie przez Maryję", że Matka Najświętsza to jedyna brama do Nieba.

Dziwne? Kto pozna tę drogę, przestanie się dziwić. Rozproszy się mgła...

Maryja-przy centrum

Skąd u Stefana Wyszyńskiego maryjność tak wielka, że nasączyła całe jego życie, a potem karmiła duszę polskiego narodu? Skąd ta jego maryjna wizja historii, ba - wieczności? Dopowiedzmy, że Prymas marzył o tym, by rozlała się ona na cały świat, nawodniła cały Kościół... Był pewien, że właśnie w ten sposób przyjdzie ocalenie.

W tym momencie był prorokiem.

On wiedział, że do Boga idzie się "przez Maryję". Niejeden - bywa nawet, że jest to wykształcony teolog - wzrusza ramionami, nie rozumiejąc. Przecież drogą jest Chrystus! "Ja jestem drogą, prawdą i życiem" - zapewnia nas Zbawiciel z kart Ewangelii. Słów o Maryi znajdujemy na nich niewiele - na tyle mało, by temat ten uznać za marginalny; nie zgłębiając go, odłożyć do najgłębszej szuflady, do której nie mamy zwyczaju zaglądać.

Rzeczywiście, zdań z Matką Jezusa jako tematem (głównym lub nawet pobocznym) jest w Ewangeliach zaledwie kilka. Tylko że absurdem byłoby stosować do Biblii wymyśloną przez ludzi statystykę! Wyszyński - z wykształcenia socjolog - wiedział doskonale, że w tym momencie ta dyscyplina nauki chybi celu. Zwracanie uwagi na to, ile jest w Piśmie Świętym słów o Maryi, to zupełnie niewłaściwe kryterium. Przecież Biblia nie jest zwykłą księgą i kategorie, jakie trzeba do niej odnieść, nie są ludzkie. "Beatus Stefanus" wiedział, że ona powstała pod Bożym natchnieniem i że każde jej słowo jest ponadczasowym, pełnym łaski przesłaniem z wysoka. Kłopot wielu czytelników Pisma polega właśnie na tym, że oglądają oni tylko litery na płaszczyźnie płaskiej kartki - nic więcej. Nie zaglądają w głąb natchnionych słów.

Wyszyński zajrzał. Nie on jeden zresztą. Kim są ci inni? To także święci...

Odkrył, że zgłębić treść biblijnych słów o Maryi to odkryć skarb, który zmienia życie.

Zaledwie kilka słów... Prymas jest nie tylko wytrawnym naukowcem, duszpasterzem, znawcą ludzkiej natury i charyzmatycznym przywódcą. Jest też wielkim przyjacielem świata przyrody i znawcą natury. Wie, że natchnione słowa Biblii mają w siebie coś z tajemnicy lśniących w górach wodnych oczek. Wie ze swych tatrzańskich wędrówek, jak wygląda górskie jezioro: ma lustro niewielkie - zdaje się nam ono małe w porównaniu z innymi "rozlewnymi wodami", które znamy. Ale ten pozornie niewielki zbiornik zawiera w sobie nieoczekiwanie dużo wody. Jest on głęboki na dziesiątki metrów. Tak jest i z biblijnym przekazem o Matce Najświętszej: zajmuje on niewiele miejsca, ale zawiera bardzo wiele treści.

Prawda o Maryji nie jest na wierzchu - trzeba ją odkryć... Wyszyński zadawał pytanie: Czyżby została ona zastrzeżona tylko dla tych, którzy naprawdę szukają i chcą poznać misterium świętości człowieka, który jest najbliższy Chrystusa?

W tym momencie wędrował szlakiem św. Ludwika Grignion de Montforta, który poznanie i ukochanie Maryi uważał za "łaskę wybrania".

Dlaczego Wyszyński jest maryjny, a nie "Chrystusowy"? To jeden z licznych zarzutów, jakie stawiają mu jego oponenci. (Każdy święty ma ich wielu, inaczej nie byłby świętym!) Przecież - wołają niechętni Prymasowi - rozmawiamy o wierze chrześcijańskiej, a w jego centrum znajduje się "solus Christus" - tylko Chrystus! Przecież nasza wiara nosi od początku nazwę "chrystianizm" i w żadnym przypadku nie jest to "maryjanizm"! To byłaby wielka herezja! Stąd i te apele: Maryja niech pozostanie w cieniu, niech nie zasłania Chrystusa. Niech ludzie modlą się do Zbawiciela, nie do Jego Matki! (...) 

Fragment książki
Dowiedz się więcej na temat: kardynał Stefan Wyszyński | Kościół katolicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy