Jedno jest pewne: Będziecie ryczeć

Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński, autorzy m.in. książki "Biuro M" /materiały prasowe

- Z książki na książkę od Magdy uczę się, żeby tak konstruować postacie, żeby czytelnik nie ekscytował się tylko akcją, czy też w przypadku komedii kryminalnych zabawnymi gagami, ale też tym, co może wynikać z ludzkich charakterów i przywar - mówi Aleksander Rogoziński, który wraz z Magdaleną Witkiewicz opowiada między innymi o ich wspólnej książce "Biuro M".

Reklama

Agnieszka Łopatowska, Interia: Mam wrażenie, że ludzie teraz poznają się głównie w internecie, a wy w książce "Biuro M" porywacie się na otwarcie biura matrymonialnego.

Magdalena Witkiewicz: - Które na dodatek bardzo dobrze prosperuje! Chcieliśmy pokazać, że czasami lepiej, żeby nasze uczucia zostały w realnym świecie.

Reklama

Alek Rogoziński: - Biura matrymonialne w tych czasach - wierzyć, nie wierzyć - są bardziej popularne niż wtedy, kiedy jeszcze nie było Tindera. Zaczęły podupadać w czasach czatów internetowych, kiedy można było już prowadzić komunikację nie oko w oko. Później z kolei okazało się, że kiedy się nie widzimy, łatwiej jest o oszukaństwo i biura matrymonialne na tym skorzystały. Bardziej się wyspecjalizowały, mają coraz więcej usług. Wszystkie osoby, które się w nich rejestrują, są lepiej prześwietlane. Myślę, że przede wszystkim ich klienci wierzą, że nie zostaną oszukani przez takich ludzi, jak bohater serialu z lat 80. - Tulipan. A z drugiej strony nie będzie niebezpieczeństwa, jakie niesie sieć, że zaczniemy z kimś pisać, on nam powie, że jest wcieleniem Brada Pitta, a okaże się, że rozmawiamy z 80-letnią staruszką.

Oby tylko staruszką...

MW: - Dlatego wybraliśmy biuro matrymonialne, bo pomyśleliśmy, że to może być świetne miejsce do komedii pomyłek. Od razu wiedzieliśmy, jacy pojawią się tam bohaterowie. Że będzie kobieta, która nie wierzy w miłość i mężczyzna, który często i różnorodnie wierzy w to uczucie. Wiedziałam, że dla odmiany to ja chciałam być odpowiedzialna za tę osobę, która uważa, że nie ma miłości. Kiedy wymyśliliśmy to biuro, nie wiedzieliśmy czy takowe jeszcze funkcjonują. Ku - mojemu przynajmniej - zaskoczeniu, one jednak istnieją.

AR: - Kiedy literatura umrze w tym kraju, wtedy założymy biuro matrymonialne. (śmiech)

Biuro nosi nazwę "Minerwa" - to wasza inwencja, czy podczas dokumentacji natrafiliście może na takowe?

AR: - Takie biuro nie istnieje. Z panteonu wszelkich bogiń musieliśmy znaleźć jakąś na literę M, żeby powstało trzy razy M: miłość, Biuro M i jego patronka.

W Minerwie pewnego dnia pojawia się Basia.

MW: - Basia, która nie szuka miłości, ma dość wszystkich mężczyzn, którzy pojawili się w jej życiu. Miała trzech Michałów i każdy z nich odszedł z tą samą lafiryndą. Jedynym mężczyzną, którego akceptuje, w dodatku trochę wybrakowanym, bo jest kastratem - jest jej kot.

Który zresztą jest najbardziej realną postacią waszej książki.

MW: - Oczywiście, jego cechy, charakter i imię to słowo w słowo mój kot - Puszysław. Słynna jest anegdota, kiedy redaktorka naszej książki chciała poprawić zdanie "Puszysław oddalił się" na "Puszysław wyszedł z pokoju". Przecież każdy, kto ma kota zrozumie, że on nie wychodzi z pokoju, tylko oddala się, albo wybiega galopem. Puszysław, cokolwiek by się nie działo, jest zblazowany, stoicki. Jedynie boi się odkurzacza.

AR: - Można go zobaczyć na tylnej okładce, więc okazuje się, że jest twarzą naszej książki. Jeśli nie odniesiemy sukcesu, karmy nie będzie...

MW: - Mój mąż się śmieje, wiadomo, kto w naszym domu jest celebrytą. Kiedy wpiszesz w Google "Magdalena Witkiewicz" - pojawi się pełno rekordów, wpiszesz "Puszysław Witkiewicz" - również, wpiszesz: "Tomasz Witkiewicz" - pojawi się jedno zdjęcie z 1997 roku, z wyprawy rowerowej.

Wracając do ludzkich bohaterów, drugim pracownikiem biura został Jacek.

AR: - Jacek miał być z założenia przeciwieństwem Barbary, która została przez Magdę wymyślona jako pierwsza. Wiadomo było, że ona w miłość już nie wierzy, więc Jacek musiał wierzyć aż za bardzo. Zakochuje się w kim się da. Jest takim trochę "ciapciarakiem", który czego się nie dotknie, zamienia w katastrofę. Zaczyna jako denerwujący młodzieniec, który podpada Barbarze, szefowa w niego nie wierzy, a potem sam z siebie dorasta i mężnieje. Różne sytuacje go też zmieniają, bo uczy się, że nie wszystko złoto, co się świeci, a nie każda kobieta jest... kobietą.

- I Basia, i Jacek to postacie, które na początku są bardzo wkurzające. Basia jest szaro-burą, wiecznie niezadowoloną z życia kobietą, a Jacek żigolakiem połączonym z fajtłapą. Kończą jako taka fajna para - nie para. Chodziło nam też o to, żeby czytelnikowi chciało się zupełnie innego końca tej książki, niż ten, który nastąpił.

Wydaliście dwie wspólne książki "Pudełko z marzeniami" i "Biuro M". Jak wygląda wasza współpraca przy pisaniu?

AR: - Pracujemy w taki sposób, w jaki chyba się nie powinno tego robić. Artystyczno-chaotyczny. Coś planujemy, potem z tych planów robimy skoki w boki. Przychodzi nam coś do głowy - realizujemy to. Nie mamy sztywnych ram.

MW: - Różnice wynikają też z trybu naszej pracy. Ja zajmuję się tylko pisaniem, a Alek jeszcze pracuje na etat, w związku z tym ja mam więcej elastyczności czasowej. Zazwyczaj wygląda to tak, że Alek już napisał pół swojej części, a ja się jeszcze do swojej nie zabrałam. On się na mnie denerwuje, chociaż trzeba przyznać, że przy pierwszej bardziej niż przy kolejnej. Potem wszystko musimy razem posklejać.

AR: - Mamy ten komfort, że się uzupełniamy. Jestem może odrobinę bardziej systematyczny, ale za to na etapie pisania Magda jest zdecydowanie bardziej kreatywna. A jednak kreatywność jest podstawą tego fachu. Ja lubię mieć coś z góry naszkicowane, opracowane, Magdę ponosi wyobraźnia i to się wszystko wzajemnie dopełnia. Możemy na sobie polegać i wiemy, że jeżeli któreś z nas będzie miało sytuację podbramkową, druga osoba będzie potrafiła pociągnąć tę książkę odrobinę dalej, nie trafią się przestoje.

- Magda ma dar jeden na milion: tworzy postacie, które żyją. Są bardzo plastyczne, aż się prosi, żeby o nich pisać. Czołowym przykładem jest pani Wiesia, która uratowała "Pracownię dobrych myśli" - książkę, która jej po prostu nie szła.

MW: - Nagle wymyśliła mi się znikąd pani, która siedzi w oknie - każdy z nas taką zna. I pani Wiesia pociągnęła całą książkę. Podobnie "Milaczka" pociągnął Parys Antonio - pies. A może ja panią Wiesię do czwartej części opowieści o Milaczku wsadzę i wreszcie mi zacznie iść? Aleksander, to jest dobry pomysł!

Magda tworzy plastyczne postacie, a czy ty jako autor kryminałów nie masz takich zapędów, żeby je zabić?

AR: - Mam!

WM: - Ma!

AR: - Ja bym wszystkich pozabijał.

WM: - Ale ja mu nie pozwalam!

AR: - Dlatego nigdy nie namówię Magdy na napisanie kryminału. To byłby co najwyżej kryminał science-fiction, bo zamordowany bohater i tak na końcu wstałby z grobu, otrzepał się i powiedział: "No dobra, udawałem, kogo teraz mam pokochać?".

WM: - Nieprawda, ja już kiedyś kogoś prawie zabiłam. Mogę zdradzić, że w styczniu ukaże się książka, którą napisałam z kimś zupełnie innym, gdzie mój słynny happy end będzie tylko w jednym, z bodajże dziesięciu, wątków.

Czego się uczycie od siebie nawzajem?

MW: - Nauczyłam się od Aleksandra, że nie wszyscy muszą być dobrzy w naszych książkach, że czarny charakter ubarwia fabułę. Wiedziałam to wcześniej, tylko wolałam go na końcu wybielić. A nie zawsze to lepsze rozwiązanie. Alek nauczył mnie jeszcze systematyczności, bo się stresuję, że przez moje zaniedbanie nastąpi koniec naszej przyjaźni. A Aleksander pewnie ode mnie się niczego nie nauczył...

AR: - To nieprawda! Ponieważ kryminał jest innym gatunkiem niż literatura obyczajowa, liczy się w nim przede wszystkim akcja. To, żeby była logiczna, trzymała w napięciu, zaskakiwała, była pełna zwrotów. Kiedy się myśli o kryminale, zwraca się mniejszą uwagę na postaci, a większą na to, co robią. Akcent jest położony bardziej na czyny, a mniej na charakterystykę. Z książki na książkę od Magdy uczę się, żeby tak konstruować postacie, żeby czytelnik nie ekscytował się tylko akcją, czy też w przypadku komedii kryminalnych zabawnymi gagami, ale też tym, co może wynikać z ludzkich charakterów i przywar. Czyli od Magdy nauczyłem się, że przede wszystkim człowiek.

Czy to prawda, że "Szkoła żon" się ekranizuje?

MW: - To prawda, że zostały sprzedane prawa do ekranizacji, ale zanim do niej dojdzie, może minąć wiele lat. Czekamy.

Widzisz kogoś w jej obsadzie?

MW: - Wydaje mi się, że w moich książkach nie wiadomo, jak naprawdę wygląda bohater. Zostawiam więc tę kwestię filmowcom. Bardzo chciałabym zobaczyć "Szkołę żon" na ekranie i mam nadzieję, że się uda. "Pudełko..." też by było dobre do zekranizowania, trzeba trzymać kciuki!

AR: - Znając nasze nastawienie, jeśli by nas zaprosili na plan filmowy, Magda byłaby wszystkim zachwycona, a mnie po 10 minutach zakneblowaliby i związali.

A jak wyglądają wasze plany książkowe?

AR: - Magda jesienią wydaje czwartą część historii Milaczka, a ja wydaję książkę inspirowaną Magdą. No tak - bo zawsze chcesz, żeby na końcu trup jednak ożył, więc cię posłuchałem i próbuję coś takiego napisać. Mam już przepiękną, oryginalną okładkę.

Magda ma też w planach książkę o losach swojej rodziny.

MW: - Inspirowaną moją historią rodzinną. Moi dziadkowie mieszkali w Grudziądzu. W czasie wojny mężczyzn w kwiecie wieku mieszkających na tych terenach wcielano do Wermachtu. Tak też stało się z moim dziadkiem. Zdążył mieć dwoje dzieci - moją mamę i ciocię - a potem wyjechał na front wschodni, gdzie zaginął. Tyle o nim wiem. Zastanawiałam się, co moja babcia musiała czuć wiedząc, że jej mąż gdzieś tam jest, nie może go pochować, nie ma miejsca, w którym może mu zapalić świeczkę. Widziałam w głowie nawet taką scenę, kiedy stoi w kuchni, ktoś próbuje się do niej przytulać i nagle rozlega się pukanie do drzwi. Oni odskakują od siebie, bo nie wiadomo, czy nie puka jej mąż. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca, przynajmniej ja nic o tym nie wiem, ale też z babcią nigdy na ten temat nie rozmawiałam.

- Babcia wydawała mi się bardzo oschła, mocno stąpająca po ziemi, pewna siebie i w ogóle nie romantyczna. A później przeczytałam listy dziadka do babci, które mama pozwoliła mi w tej książce użyć w całości. One są tak cudne! To wzruszające, że mój dziadek tak pięknie pisał do babci. Dopowiedziałam sobie, co mogłoby się stać z tym moim dziadkiem. I oczywiście chcę im napisać happy end. Będzie on jednak trochę przewrotny. Premiera jest zaplanowana na maj. To będzie książka bardzo podobna do "Czereśnie zawsze muszą być dwie" - słodko-gorzka, sentymentalna, ale o pięknej miłości, przyjaźni i tęsknocie. Nie mogę się jej doczekać. Widzę już jej fragmenty, nie wiem jeszcze, jak je poukładam, ale jedno jest pewne: będziecie ryczeć. Nawet ty będziesz ryczał, Aleksander.

***

Dziękuję Empik w krakowskiej Galerii Bonarka za pomoc w przygotowaniu materiału.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje