Reklama

Reklama

Juliane Koepcke: Dziewczyna, która spadła z nieba

Gdy gdzieś na świecie spada samolot, ona już wie, że za chwilę zadzwoni telefon. Znowu będą ją pytać, jak to jest, gdy uczestniczy się w katastrofie lotniczej, jak duże są szanse przeżycia i jak mogą czuć się poszkodowani. Juliane Koepcke los uczynił bowiem wyjątkową ekspertką w tej dziedzinie: jako jedyna przeżyła upadek samolotu z wysokości trzech tysięcy metrów w środek lasu deszczowego. Przeczytaj fragment książki "Siła wewnętrznej wolności".

Losy lotu 508 peruwiańskich Líneas Aéreas Nacionales (LANSA) do dziś uznaje się za jeden z najpoważniejszych wypadków w historii południowoamerykańskiego lotnictwa. W Bożego Narodzenie 1971 roku turbośmigłowiec wystartował ze stolicy Peru, Limy, do Pucallpa. Po drodze natrafił na bardzo złą pogodę i z niewyjaśnionych przyczyn spadł w środek dżungli.

Siedemnastoletnia wówczas Juliane Koepcke znajdowała się na pokładzie razem z  matką. W  tajemniczy sposób została wyrzucona z samolotu wraz z fotelem i mniej lub bardziej świadomie runęła w dół. Odzyskała przytomność dopiero następnego ranka, na leśnej ziemi, całkowicie przemoknięta i zabłocona. Do dziś nie wie, dlaczego przeżyła upadek.

Reklama

Zawdzięcza to zapewne nieprawdopodobnie szczęśliwemu zbiegowi okoliczności - po pierwsze, silnym wiatrom wstępującym, które wiały w burzowych chmurach i mogły pochwycić spadającą swobodnie osobę, a nawet wypchnąć ją do góry. Po drugie, upadek złagodziła gęsta plątanina lian łączących korony olbrzymich drzew. Po trzecie, dziewczyna była przypięta do fotela. Koepcke spekuluje, że "gąszcz lian zamortyzował upadek, a ja w miarę łagodnie wylądowałam na poszyciu".

"To wszystko brzmi logicznie" - napisała później w książce "Kiedy spadłam z nieba". "Ale pozostaje coś niemożliwego do wyjaśnienia. Wielu ludzi pytało mnie, jak to się stało, że nie umarłam ze strachu, kiedy spadałam. To zadziwiające, ale wtedy w ogóle nie odczuwałam żadnego strachu".

W zdumiewającej historii Juliane Koepcke najbardziej godne zapamiętania może być właśnie to, co mówi nam ona o wewnętrznym stanie człowieka uczestniczącego w katastrofie i o tym, jakie siły można w sobie odnaleźć w takiej sytuacji.

Zaczyna się od tego, że w pierwszych chwilach katastrofy nasza psychika błyskawicznie uruchamia mechanizm obronny, ukierunkowany wyłącznie na przeżycie i wytłumiający wszystkie inne bodźce. Wszelkie doznania emocjonalne, jakie sobie wyobrażamy, czytając tę historię - przerażenie, panika, strach, smutek - umysł Juliane Koepcke w tamtym momencie zablokował. Tak działa "mechanizm obronny", mówiąc jej słowami. W głębi duszy pozostawała obojętna, pozbawiona emocji i nie czuła lęku.

"Chociaż wiedziałam, że wypadłam z samolotu, to ciężkie wstrząśnienie mózgu i prawdopodobnie głęboki szok ochroniły mnie przed szaleństwem". Leżąc na leśnym poszyciu, przypomniała sobie natomiast wpajane jej od małego nauki rodziców: dzięki opanowaniu i namysłowi można poradzić sobie z niemal wszystkimi sytuacjami, które występują w przyrodzie. Na szczęście bowiem dla Juliane jej rodzice byli biologami. (...)

Mała Juliane już jako dziecko towarzyszyła rodzicom podczas ekspedycji do dżungli i poznawała jej sekrety. To wszystko przypomniała sobie tuż po katastrofie i nie miała wątpliwości, że "wyjdzie z tej dżungli". I choć jej położenie było beznadziejne - sama pośrodku lasu deszczowego, w cienkiej letniej sukience, bez jakiegokolwiek wyposażenia i wiedzy, gdzie dokładnie się znajduje - zamiast poddać się rezygnacji pozostała raczej dobrej myśli.

Później stwierdzi, że wszyscy "mamy w sobie coś w rodzaju wbudowanego bezpiecznika, który w takich ekstremalnych chwilach chroni nas przed tym, żebyśmy nie zwariowali albo wręcz nie umarli ze strachu". Najpierw poszła za radą ojca, by w dziczy zawsze podążać za biegiem cieku wodnego. "On zaprowadzi cię do ludzi" - mówił.

Juliane wyruszyła zatem, w jednym sandale (drugi zgubiła), w poszukiwaniu strumienia - i po pewnym czasie go znalazła. Szła z nurtem, dotarła do większego strumienia, wreszcie do dużej rzeki. Przez cały dzień dryfowała z prądem w nadziei, że dotrze do ludzkich siedzib. W tamtym momencie nie podejrzewała nawet, że jej samotna przeprawa przez dżunglę potrwa jedenaście dni. To prawdopodobnie ją ocaliło, podobnie jak inna niewiedza.

"Dobrze, że nie wiedziałam [...] iż poszukiwania zostaną wstrzymane". Naturalnie trzymała się nadziei, że wkrótce odnajdą ją ratownicy. Nawet ciężki szok miał dobre strony - dziewczyna nie pojmowała bowiem powagi sytuacji. W przeciwnym razie zapewne by się poddała, osłabiona głodem i niezliczonymi przeszkodami, jakie kryły się w dżungli.

Przedzierała się naprzód, dzień po dniu, początkowo posilając się znalezioną torebką cukierków, później zaś tylko błotnistą wodą. W porze deszczowej w lesie nie ma prawie żadnych owoców, a ponieważ wiele roślin jest trujących, Juliane wolała ich nie próbować. Codziennie popychała ją naprzód nadzieja, że wkrótce zostanie dostrzeżona z samolotu poszukiwawczego lub natrafi na jakąś osadę.

* Więcej na temat książki "Siła wewnętrznej wolności" przeczytasz TUTAJ.

***Zobacz także***

Nocami jednak często doświadczała głębokiej rozpaczy - przede wszystkim w niekończących się godzinach, gdy albo gryzły ją komary, albo moczył ulewny lodowaty deszcz. "Czułam się bezgranicznie opuszczona". Równie przerażające, co wstrętne, było odkrycie, że w jednej z trudniej dostępnych ran z tyłu prawego ramienia zagnieździły się białawe larwy; pomimo starań nie zdołała ich się pozbyć.

Do tego dochodził strach przed wężami i kajmanami w rzece, którą płynęła za dnia, by szybciej posuwać się naprzód. Po siedmiu czy ośmiu dniach popadła w głęboką apatię. "Byłam bardzo zmęczona. Potwornie zmęczona". Nocami śniła o smacznych potrawach, a rano coraz trudniej było jej wstać z niewygodnego legowiska i wejść do zimnej wody w rzece. Wciąż się zastanawiała, czy jest sens kontynuować walkę. "Ale w końcu jakoś się mobilizowałam i ruszałam dalej, powtarzając, że tutaj zginę". (...)

W godzinach rozpaczy sił dodawała jej przede wszystkim myśl, że poświęci się czemuś większemu, "czemuś wielkiemu i ważnemu, co przyniosłoby korzyści ludziom i przyrodzie". Nie miała jeszcze pomysłu, co mogłoby to być, niemniej była pewna, że chce "zrobić coś istotnego dla świata".

Dziesiątego dnia Juliane zabrakło siły. "Powoli zaczęłam sobie uświadamiać, że umrę z głodu, bo zbyt długo nic nie jadłam". Nie czuła co prawda bólu ani nawet głodu, ale była przeraźliwie słaba. Wtedy zdarzył się mały cud - pośrodku rzeki, na żwirowej mieliźnie, dostrzegła łódkę. Najpierw chciała ją zabrać, ale ostatecznie tego nie zrobiła, bo przyszło jej do głowy, że ktoś inny pewnie jej potrzebuje.

Na brzegu zobaczyła schronienie i spędziła w nim noc. Ponieważ następnego dnia padał deszcz, a ona czuła się słaba i bezsilna, nie zdołała ruszyć dalej i po prostu leżała. Uratował ją ponowny niewiarygodny zbieg okoliczności: tego wieczora, jedenastego dnia przeprawy Juliane przez dżunglę, z lasu wyszło trzech mężczyzn. Szukali schronienia przed deszczem. Stanęli przed dziewczyną z oczami nabiegłymi krwią i popatrzyli na nią jak na ducha.

Zabrali ją łodzią do najbliższej większej osady. Dopiero tam, gdy wreszcie znalazła się między ludźmi i została zabrana do szpitala, otrząsnęła się z szoku. Wciąż czuła się dziwnie nieobecna, ale jej ciało wiedziało już, że jest bezpieczna, i zareagowało. Z godziny na godzinę dostała wysokiej gorączki. Utrzymywała się przez kilka dni, a potem znikła, ku zdumieniu lekarzy.

Równie nagle Juliane ogromnie spuchło kolano. Gdy ocaloną dziewczynę dokładnie zbadano, stwierdzono, że ma zerwane więzadło krzyżowe. "I z tym szła pani jedenaście dni przez puszczę?" - spytał skonsternowany ortopeda. "Z medycznego punktu widzenia to niemożliwe".

Również Juliane Koepcke dziwiła się, w jaki sposób jej ciało zdołało przez tak długi czas tłumić naturalną reakcję spowodowaną urazem, do momentu, gdy została uratowana. "Podczas swojej jedenastodniowej wędrówki nie odczuwałam bólu i nie byłam opuchnięta". Wywnioskowała zatem, że w jej organizmie musiał się włączyć swego rodzaju program awaryjny, tak jakby ciało wiedziało: "Gdybym była unieruchomiona, na pewno bym nie przeżyła".

Aktualne badania nad bólem faktycznie dowodzą, że wszyscy mamy wbudowany sprytny program jego regulowania. Wewnętrzne doświadczenie bólu nie jest nieuchronną odpowiedzią na określony bodziec - na przykład uraz kolana - tylko wynikiem złożonego współdziałania ciała i umysłu.

W tak zwanym rogu grzbietowym rdzenia kręgowego, gdzie pomiędzy kręgami przebiegają nerwy, przetwarzane są wszystkie otrzymywane z nich sygnały i następnie albo tłumione, albo wzmacniane. Poprzez kanał zwrotny mózg może regulować siłę i odczucie bólu, po czym modyfikować jego przekazywanie dalej. Innymi słowy, nasze ciało dysponuje swego rodzaju hamulcem bólu, którym sterują (zazwyczaj nieświadome) sygnały mentalne. (...)

Dziennikarze ekscytowali się jej historią i ozdabiali ją zmyślonymi szczegółami, więc w rezultacie niektóre doniesienia "miały niewiele wspólnego z rzeczywistością". Część reporterów przedstawiała dziewczynę jako osobę chłodną i nieporuszoną, jakby cały ten dramat nic dla niej nie znaczył, a przecież Juliane w duchu próbowała nie dopuścić do siebie ogromu lęku, smutku i wyrzutów sumienia - dlaczego ja przeżyłam, a matka nie?

* Więcej na temat książki "Siła wewnętrznej wolności" przeczytasz TUTAJ.

***Zobacz także***

Ojciec nie potrafił pogodzić się ze śmiercią żony. Zarzucał córce, że obojętnie pozuje w kostiumie kąpielowym przed kamerami - a przecież ekipa telewizyjna zaskoczyła ją na basenie. Relacje córki z ojcem stawały się coraz trudniejsze, niemal zerwali kontakt, ale jednocześnie zaczęła dostawać mnóstwo listów od nieznajomych.

"Inni chcieli mnie poinformować, że bardzo podziwiają sposób, w jaki szukałam drogi przez las, i uważają mnie za niezwykle dzielną, rozsądną i nieustraszoną" - stwierdza ze zdumieniem Koepcke. Cieszyło ją to, ale zarazem całe to uznanie nieco ją dziwiło. Uważa, że "i tak nie miała innego wyboru".

Z czasem wokół przeprawy Koepcke przez dżunglę narosło coraz więcej legend i półprawd. Również opowiadający o tych wydarzeniach włoski film "I miracoli accadono ancora" (Cuda nadal się zdarzają) pełen jest kiczowatych scen, będących czystym zmyśleniem. Nic dziwnego, że Juliane Koepcke nie ma dobrego zdania o dziennikarzach ani ogólnie o przedstawicielach mediów.

Istnieje jeden wyjątek: Werner Herzog, który w 1998 roku powrócił z nią do lasu deszczowego i w miejsca prawdziwych zdarzeń, by nakręcić film dokumentalny Skrzydła nadziei. Herzog ma szczególny stosunek do historii Juliane. W 1971 roku o mały włos także on znalazłby się wśród ofiar katastrofy. Podczas prac nad filmem Aguirre, gniew boży miał zarezerwowane bilety dla siebie i ekipy na lot 508 linii LANSA, ale nie znalazło się dla nich miejsce na pokładzie. To uratowało reżyserowi życie.

Po dwudziestu siedmiu latach nakłonił Koepcke, by ponownie zmierzyła się ze swoją historią. "Jego delikatne, wyrozumiałe pytania i zdolność do autentycznego wsłuchiwania się w drugiego człowieka, a także możliwość powrotu z nim na miejsce tej tragedii" okazały się dla niej "najlepszą terapią".

Dziś Juliane Koepcke nosi nazwisko Diller, jest zastępcą dyrektora Państwowych Zbiorów Zoologicznych w Monachium oraz kieruje stacją badawczą Panguana w peruwiańskim lesie deszczowym, założoną w 1968 roku przez jej rodziców. Ojciec zmarł w 2000 roku, na szczęście zdążyła się z nim już dawno temu pogodzić.

Po latach starań udało się jej zrealizować jego marzenie i ustanowić stację badawczą oficjalnym obszarem ochrony przyrody. Z czasem dzięki hojnym datkom i zakupowi sąsiednich terenów zdołała poszerzyć obszar Panguany z początkowych 187 hektarów do 1,3 tysiąca, chronionych przed karczunkiem, polowaniami i zasiedlaniem. Na tym terenie możliwe jest dziś "połączenie badań, ochrony przyrody i projektów socjalnych, wyjątkowe w Peru - a być może w całej Ameryce Południowej" - opowiada z dumą.

Juliane spełniła w ten sposób również obietnicę złożoną niegdyś sobie, siedemnastoletniej dziewczynie zagubionej w lesie deszczowym: że poświęci życie czemuś większemu, na czym skorzystają ludzie i przyroda. Postrzeganie swojego życia w szerszym kontekście, jako czegoś "istotnego dla świata", daje jej siłę do niestrudzonej walki o ratowanie środowiska.

Prowadzi też wykłady. Opowiada w ich trakcie swoją historię - wciąż poruszającą ludzi na całym świecie i skłaniającą ich do pisania do Juliane listów - a także wspomina, że już datek w wysokości pięciuset euro może uratować dziesięć tysięcy metrów kwadratowych lasu deszczowego. (...)

Wciąż jest traktowana jak ekspertka od katastrof lotniczych. Proszona o kolejną wypowiedź, co należy zrobić, żeby przeżyć w dziczy, odpowiada ostrożnie. "Trudno to uogólnić". Według niej każdy las jest zupełnie inny i rządzi się swoimi prawami.

Nie chce być także osobą kontaktową dla ocalałych z katastrof. Nie czuje się powołana "do mówienia obcej osobie, jak ma kształtować swoje życie, tylko dlatego, że obydwie przeżyłyśmy katastrofę lotniczą". Takie pytania ją denerwują. "Nie lubię się wymądrzać i udzielać innym ludziom jakichkolwiek rad". Poza tym wie, "że każda sytuacja wymaga nowych decyzji".

Historia Juliane Koepcke­Diller nie może zatem służyć jako model dla ocalałych z wszelkich katastrof lotniczych, ale pokazuje, do czego zdolny jest człowiek, jeśli się nie podda, i jakie rezerwy, o których zwykle nie mamy pojęcia, drzemią w naszym ciele i duszy. To świetny wzór.

* Więcej na temat książki "Siła wewnętrznej wolności" przeczytasz TUTAJ.

Zobacz również:


Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: katastrofy lotnicze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje