Reklama

Reklama

Kiedy matka morduje dziecko

Heike Schwipper przycisnęła z całej siły poduszkę w kolorowej poszewce. Miękki materiał dociskała prawą ręką tak mocno, jak tylko mogła, i liczyła minuty. Potem z uczuciem przerażenia, wściekłości i ulgi cofnęła rękę z poduszki, którą następnie zdjęła z twarzy swojego sześciomiesięcznego syna Tima-Jordana. W ambiwalentnej mieszance nadziei i paniki zaczęła policzkować nieprzytomne dziecko, chcąc przywrócić je do świadomości i życia. Finał tej historii przeraża. Fragment pochodzi z książki "Morderczynie i psychopatki. Szokujące historie z praktyki psychiatry sądowego" autorstwa Nahlah Saimeh.

Tim-Jordan zmarł wkrótce w wyniku niedotlenienia mózgu wywołanego maltretowaniem ze strony matki. Kiedy w szpitalu stwierdzono krwawienie z ranek wielkości ugryzień pcheł na spojówkach oraz na śluzówce jamy ustnej chłopca, nie było już wątpliwości, że ten zgon nie nastąpił w wyniku nagłej śmierci łóżeczkowej, lecz przestępstwa z użyciem siły. Ale nie tylko to wyszło wtedy na jaw.

Kilka lat wcześniej zadzwonił do mnie prokurator z pytaniem, czy mogłabym sporządzić opinię na temat pewnej młodej kobiety, która niedawno zabiła swojego sześciomiesięcznego syna oraz - jak się okazało po jej obszernych zeznaniach - także córkę osiem lat wcześniej. Heike Schwipper chciałaby teraz kobietę jako rzeczoznawczynię.

Reklama

Zgodziłam się i poprosiłam o przesłanie akt.

Zobaczyłam zdjęcia przestronnie urządzonego dwupokojowego mieszkania. W salonie stały kanapa, stolik, witryna z bibelotami i telewizor. Na sofie leżały dwa pluszowe zwierzątka, co nadawało wnętrzu przytulność. W sypialni znajdowały się łóżko, szafa, fotel, na którym leżało pranie, oraz łóżeczko dziecięce z kilkoma zabawkami. W przedpokoju stała szafka na buty, na ścianie zamontowano wieszaki na ubrania, wisiały na nich dwie kurtki. Wózek dziecięcy blokował korytarz, trzeba go było zapewne przesuwać przy przejściu do łazienki lub kuchni. Całe mieszkanie było posprzątane i czyste, ale bardzo bezosobowe. W drugiej teczce znalazłam fotografie z sekcji zwłok zmarłego chłopca. Na niektórych na spojówkach i skórze twarzy były widoczne charakterystyczne dla uduszenia, punktowe ślady po krwawieniu, tak zwane wybroczyny. Jak przeczytałam w raporcie, Tim-Jordan Schwipper zmarł w szpitalu na skutek hipoksemicznego uszkodzenia mózgu, a więc z powodu przerwania dopływu tlenu. Dziecko musiało być więc przyciskane poduszką w okolicach ust i nosa przez dłuższy czas. Poza tym widoczne były także zranienia wokół oka, co wskazywało na ciężkie maltretowanie, nawet jeżeli matka początkowo tłumaczyła, że dziecko samo się zadrapało.

Kiedy policja skonfrontowała Heike Schwipper z wynikami obdukcji, które w sposób oczywisty zaprzeczały jej wersji wydarzeń, i zarzuciła jej sprawstwo, kobieta postanowiła przyznać się do winy. W obszernych zeznaniach powiedziała, że krótko przed zabiciem dziecka pokłóciła się ze swoim chłopakiem Jürgenem Bangigiem, który nie był ojcem Tima-Jordana. Ojciec dziecka odszedł od niej, kiedy pani Schwipper była w czwartym miesiącu ciąży.

Z Jürgenem Bangigiem, jak wyjaśniła, są parą od trzech miesięcy. On pracuje jako ochroniarz i w wieczór zabójstwa miał nocną zmianę.

"Nie chciałam być sama i poprosiłam go, żeby został ze mną. Powiedziałam, żeby poszedł na chorobowe. Chciałam, żebyśmy mieli dla siebie więcej czasu. A on odparł, że nie może".

Wtedy poczuła się zaniedbana i wściekła się.

"Byłam zła, że Jürgen to zignorował. Nie musiał zostawać ze mną ciągle, ale mógłby chociaż od czasu do czasu, wyjątkowo. Pomyślałam sobie, że jestem mu kulą u nogi".

Podczas kłótni jej syn leżał w sypialni w swoim łóżeczku.

"Wszystko zaczęło się od nowa" - stwierdziła pani Schwipper. Nie umiała poradzić sobie z tą sytuacją i wyżyła się na Timie-Jordanie. Kiedy funkcjonariuszka policji zapytała, co "zaczęło się od nowa", Heike Schwipper zaczęła płakać i opowiedziała więcej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać.

Osiem lat temu pani Schwipper miała córkę, Nicole-Ariane. Jej ojcem był jej ekspartner Nico, z którym żyła przez dwa i pół roku. Dziewczynka zmarła w wieku półtora roku na nagłą śmierć łóżeczkową. Tak w każdym razie określono przyczynę śmierci, ale to nie była prawda. Heike Schwipper kilka razy dusiła córkę poduszką aż do zaniku oddechu. Potem uderzała ją w twarz, aby dziewczynka przyszła do siebie. W pewnej chwili włożyła jej głowę do wanny z wodą, ale szybko wyciągnęła. Mała trochę kaszlała, ale później wszystko było z nią w porządku.

Po kilku dniach Nicole-Ariane zaczęła mocno kaszleć. "Nie poszłam z nią do lekarza ani też nie zadzwoniłam do przychodni. Po prostu siedziałam i na nią patrzyłam. Nie odczuwałam żadnej litości. A potem była już martwa. Stwierdzono nagłą śmierć łóżeczkową. Po tym rozstałam się z Nikiem. To było zbyt wiele dla naszego związku. I znowu zostałam sama. Bez Nico, bez dziecka, bez niczego".

A teraz miała Tima-Jordana, i wszystko zaczęło się od nowa. Kiedy po raz drugi zaszła w ciążę, liczyła, że urodzi dziecko, które zdoła pokochać. Nigdy nie marzyła o córce i myślała, że z chłopcem być może uda jej się nawiązać lepszy kontakt. Ale tak się nie stało. Maltretowała również swojego syna, zadawała mu ból i przyduszała poduszką, tak jak kilka lat wcześniej postępowała z córką. W takich momentach dostawała morderczego szału. Nienawidziła siebie i swojego życia, nienawidziła dziecka, ponieważ widziała w nim z jednej strony siebie samą, a z drugiej - mężczyzn, którzy ją rozczarowali. Niekiedy odczuwała nawet przyjemność, kiedy patrzyła na płaczące dziecko. Wtedy na krótko mijała jej złość, ale nie pomagało to na dłuż­­szą metę.

W aktach przeczytałam także zeznania świadka, ówczesnego chłopaka Heike Schwipper, który potwierdził, że tamtego wieczora się pokłócili. O tym, jaką była matką, niewiele mógł powiedzieć, nie zauważył niczego dziwnego. Tim-Jordan był spokojnym dzieckiem, a ona dobrze o niego dbała. Przy czym Heike Schwipper znajdowała się jeszcze pod nadzorem Urzędu do spraw Dzieci i Młodzieży, który niedługo po porodzie został poinformowany, że widziano, jak Heike Schwipper uszczypnęła niemowlaka w policzek, czym doprowadziła go do płaczu. Kobieta zaprzeczyła wprawdzie, że coś takiego się wydarzyło, ale przyznała szczerze, iż po "nagłej śmierci łóżeczkowej" córki kilka lat wcześniej kolejne dziecko budzi w niej sporo niepewności i chciałaby prosić o wsparcie.

Urząd do spraw Dzieci i Młodzieży był jednak zadowolony z wyników nadzoru. Heike Schwipper dobrze się opiekowała Timem-Jordanem, panujące w mieszkaniu warunki były w porządku, matka nawiązała bliski, jak się wydawało, kontakt z synem i stawiała się na wyznaczone wizyty u pediatry.

Dwudziestoośmioletnią Heike Schwipper odwiedziłam w zakładzie karnym: była to lekko przysadzista, blada kobieta z blond włosami i staromodnymi okularami. Mówiła monotonnym głosem, cicho, robiła wrażenie przybitej, a niekiedy w jej oczach pojawiały się łzy, nie wybuchała jednak płaczem.

Heike Schwipper nie miała szczęścia w życiu, i to od urodzenia. Pochodziła z rozbitej rodziny. Z rodzicami od dawna nie utrzymywała kontaktu, a nawet nie wiedziała, czy oni w ogóle jeszcze żyją.

Była drugim dzieckiem swoich rodziców, którzy oboje ciężko chorowali na alkoholizm. Miała dwóch braci: starszego o dwa lata i młodszego też o dwa. Warunki mieszkaniowe były złe, a stosunki rodzinne cechowały nieustanna przemoc i brutalność. Ta pięcioosobowa rodzina mieszkała w trzypokojowym mieszkaniu, w którym troje rodzeństwa zajmowało jeden pokój. Ojciec bił matkę i dzieci, matka biła dzieci, a zwłaszcza córkę, która od jedenastego roku życia była molestowana seksualnie przez ojca, aż w wieku czternastu lat uciekła z domu i została umieszczona w domu dziecka.

Pewnego razu, jak opowiadała, nawet starszy brat usiłował ją zgwałcić, ale ojciec wszedł do pokoju i odciągnął syna, a potem "o mało nie pobił go na śmierć". Później i ona dostała lanie. Zapytałam, czy matka była świadoma, że ojciec wykorzystuje Heike seksualnie. "Musiała o tym wiedzieć. On przecież regularnie znikał w naszym pokoju, ale jej to nic nie obchodziło. Prawie zawsze była pijana". Kiedy usiłowałam poznać więcej szczegółów na temat stosunków w domu i prowadzenia gospodarstwa, pani Schwipper odpowiedziała ironicznie: "Gotowanie i sprzątanie? Ha! Tak, jak już nie było wyjścia, ja to robiłam. Bo niby kto?".

Miłość, wzajemne wsparcie, poczucie bezpieczeństwa, tego wszystkiego Heike Schwipper nie zaznała. "Tego u nas nie było. Matka nienawidziła ojca, ale przede wszystkim nienawidziła mnie. Bracia mieli trochę lepiej. Ojciec bił nas wszystkich, ale matka częściej mnie niż braci. Nie wiem, dlaczego tak było. Po prostu mnie nie lubiła". Heike miała niewiele zabawek. Pluszowego zajączka i jedną lalkę. "Lalkę ciągle biłam. Nie lubiłam jej. Zajączka już tak". Pani Schwipper wzruszyła bezradnie ramionami. "Moi rodzicie w końcu się rozeszli. Ale nic z tego nie miałam. Wtedy byłam już w domu dziecka". Tam właściwie się jej podobało. "W każdym razie było o wiele lepiej niż w domu".

Zadziwiające było to, że mimo tych straszliwych warunków Heike Schwipper od siódmego roku życia chodziła regularnie do szkoły. "Poszłam do szkoły, kiedy miałam siedem lat. Dlaczego rok później, tego nie wiem. Szkoła była właściwie bardzo dobra. Ludzie mili. W domu było nie do wytrzymania". Po szkole podstawowej poszła do szkoły głównej, do której uczęszczała do szesnastego roku życia. Po zakończeniu nauki otrzymała świadectwo ukończenia szkoły głównej, przy czym przez ostatnie dwa lata mieszkała już w domu dziecka. "Z zadaniami domowymi miałam pewien problem, ale w sumie całkiem nieźle mi szło. W każdym razie to wystarczyło". Potem zrobiła szkolenie z czyszczenia wyrobów włókienniczych, praca jej się podobała. Miała dobre stosunki z kolegami i z szefem, o czym z dumą opowiadała. "Kiedy coś robię, to robię to porządnie".

W domu dziecka Heike Schwipper poznała swojego pierwszego chłopaka. On miał szesnaście lat, ona czternaście. Parą byli przez dwa lata, później on rzucił ją dla innej dziewczyny. Wtedy Heike Schwipper spróbowała się zabić za pomocą alkoholu i tabletek, ale dostała torsji i przeżyła. W szkole spotkała dwóch kolejnych mężczyzn, Jensa i Stevena. Romansowała z nimi na zmianę, u Jensa mieszkała przez dłuższy czas. Obaj mężczyźni brali narkotyki i pili alkohol. Ona sama paliła niekiedy marihuanę, ale piła niewiele. "Widziałam przecież w domu, do czego to prowadzi. Jarałam też niezbyt dużo. Od czas do czasu, tak dla relaksu. Nic więcej".

W wieku dziewiętnastu lat spotkała Nika, który był od niej dziesięć lat starszy. "Nico wyszedł z więzienia. Myślę, że siedział za napad rabunkowy". To z nim zaszła w nieplanowaną ciążę. Kiedy zapytałam o antykoncepcję, stwierdziła: "Nie, nie używałam. Właściwie nigdy". Dlaczego? Ponownie wzruszyła ramionami. "No, sama nie wiem, nigdy o tym nie myślałam. Byłam przekonana, że nigdy nie zajdę w ciążę. Skoro tego nie chcę, to nie zajdę". Heike Schwipper westchnęła. "Ale potem jednak zaszłam". Szybko się zorientowała, że jest w ciąży. "Było jasne, miesiączka ustała, więc kupiłam sobie test, a ten wyszedł pozytywnie". Oczywiście później poszła do lekarza. "Długo się zastanawiałam, czy je zatrzymać, ale wreszcie doszłam do wniosku, że to fajnie mieć dziecko. Coś własnego. Co należy tylko do ciebie". Z tego powodu zdecydowała się na donoszenie ciąży.

"Poród był całkiem okej. Poszło dosyć szybko, ale już wtedy się zorientowałam, że dziecko jest mi właściwie obce. Jakoś nie nawiązałam z nim żadnej więzi. Pielęgniarki twierdziły, że to normalne. Że to jeszcze przyjdzie, tak po trzech dniach albo coś w tym rodzaju, ale u mnie tego nie było. Wtedy człowiek mówi sobie: «To jest twoja rodzona córka, wyłącznie twoja», ale tak po prawdzie takie dziecko nic nie robi. Nie rozmawia z tobą, tylko leży i się gapi, i sra, i przez cały czas nie daje ci spokoju. W sumie to byłam rozczarowana".

I tak wszystko się zaczęło. Heike Schwipper torturowała swoją córkę, przykładając jej poduszkę do twarzy. "Patrzyłam przy tym, jak dziec­ko robi się niespokojne, wierzga nogami, a ja obserwowałam to wszystko. Potem odkładałam poduszkę. Zawsze myślałam, że muszę przecież coś poczuć. Że coś musi do mnie dotrzeć, ale nic nie docierało". Heike Schwipper opowiedziała mi także, jak o mało nie utopiła swojej córki w wannie, ale ostatecznie nie mogła tego "dokończyć". Najpierw była przekonana, że wszystko poszło dobrze, kiedy nagle dziewczynka zmarła. "To było okropne".

"Ale pani przecież chciała, żeby dziecko umarło, inaczej nie wpadłaby pani na pomysł, aby trzymać je pod wodą" - wtrąciłam.

"Tak, w pewnym sensie, ale z drugiej strony, to oczywiście nie chciałam. Wiem, że to przestępstwo".

Śmierć jej córki nastąpiła w wyniku tak zwanego wtórnego utonięcia. Heike Schwipper zanurzyła dziewczynkę w wodzie głową w dół, natychmiast jednak zmieniła zdanie i wyciągnęła dziecko z wody. Mimo to niewielka ilość płynu przedostała się do płuc maleństwa, które tylko lekko kasłało. To po kilku dniach doprowadziło do zapalenia płuc i niedotlenienia, a ostatecznie do uduszenia się. Dopiero u drugiego dziecka zauważono typowe wybroczyny, tak że lekarz medycyny sądowej uznał, że poniosło ono śmierć w wyniku przemocy.

"W jakich innych sytuacjach odczuwała pani potrzebę dręczenia swojej córki?"

Heike Schwipper wzruszyła ramionami. "To było takie uczucie pustki, nie odczuwałam kompletnie niczego. A potem pojawiła się złość. Złość na siebie, złość na Nicole, że nie mogę jej polubić. Że jestem złą matką. I kiedy ten gniew stawał się zbyt duży, wtedy szłam i to robiłam. Kiedyś wzięłam całą garść kostek lodu i wcisnęłam Nicole między nogi". W tamtym momencie dotychczas monotonny ton Heike Schwipper stał się nagle nieco agresywny, bardziej kategoryczny.

"Czy dobrze panią zrozumiałam: była pani wściek­ła na swoją córkę, za to, że samym swoim istnieniem dowodziła, że pani nie potrafi jej kochać?"

"Tak, można tak powiedzieć. Dokładnie".

"Jak się pani czuje, kiedy to wszystko opowiada i wspomina?"

"A jak mam się czuć? Oczywiście, że źle".

"Dlaczego źle?"

"Ponieważ wiem, że to było złe. Ale nie potrafię inaczej. Najpierw są ta pustka i wściekłość, a potem to robię. Mężczyźni nigdy się nie zorientowali. Nie mieli o niczym pojęcia. Robiłam to zawsze wtedy, gdy byłam sama".

"Czy tę złość odczuwała pani także, zanim dzieci przyszły na świat?"

"Ciąć zaczęłam się, kiedy miałam jedenaście lat. Robiłam to przez jakiś czas". Heike Schwipper podciągnęła rękaw bluzy i podwinęła nogawkę, aby pokazać blizny po cienkich nacięciach, jakie zrobiła sobie żyletką i nożem tapicerskim. "Potem, kiedy miałam mniej więcej czternaście lat, przestałam to robić". Przez jakiś czas miała napady żarłoczności, ale gdy przebywała wśród dzieci, złość wyładowywała na nich.

Zadawałam Heike Schwipper kolejne pytania, między innymi po to, aby wykluczyć u niej zastępczy syndrom Münchausena[3]. Ludzie cierpiący na to schorzenie, głównie matki, szkodzą własnemu dziecku, aby w odpowiednim momencie pojawić się przy nim i móc pokazać przybyłym lekarzom, że są troskliwymi opiekunkami. Kiedy skonfrontowałam ją z taką możliwością, potrząsnęła tylko głową. "Nie, to nie był mój motyw. W zasadzie to była raczej zabawa w możliwości. Przeżyje czy nie przeżyje?"

"Czy to było chłodne zainteresowanie, jak podczas jakiegoś eksperymentu, czy raczej przyjemność z zadawania cierpienia?"

Heike Schwipper wzięła głęboki wdech. "To była złość, którą wyładowywałam, a później przychodziło uczucie zadowolenia. Uczucie, że sprawiedliwości stało się zadość. Tak, jeśli pani chce, może to pani nazwać dobrym uczuciem po tej całej złości. A potem z kolei sama siebie za to nienawidziłam. To trudno opisać... To był taki galimatias uczuć".

Kiedy zapytałam o jej różne, mniej lub bardziej krótkotrwałe związki, pani Schwipper stwierdziła: "Nie chciałam być sama. Ale w sumie to nie potrafię pani powiedzieć, dlaczego byłam z konkretnym mężczyzną. Tak jakoś wyszło". Czy była kiedyś zakochana albo czy odczuwała miłość lub sympatię do jednego z mężczyzn, z którymi była? Zacisnęła wargi i zamyśliła się. "No więc najpierw uważałam ich za miłych, ale później się jednak nie układało. Zakochana? Tak, być może. Ale nic więcej nie mogę na ten temat dodać".

Heike Schwipper prawdopodobnie nie potrafiła nawiązać głębszej więzi emocjonalnej z drugim człowiekiem. Jej kontakty były raczej formalnej natury, powierzchowne, związane z dniem codziennym, ale bez zabarwienia uczuciowego. Kontakt ze swoją rodziną pani Schwipper zerwała przed wielu laty. "Nawet nie wiem, czy moja matka, względnie ojciec, jeszcze żyją. Ale nie obchodzi mnie to". Nie ma także pojęcia, jak dodała, co się stało z jej braćmi.

Chciałam się dowiedzieć, dlaczego nikt nie zauważył, że jej córka była maltretowana. "Sama się dziwiłam. Powiedziałam wtedy, że położyłam dziecko normalnie do łóżeczka i poszłam robić coś innego. Kiedy później wróciłam, znalazłam je martwe w łóżeczku. Dodałam także, że zasnęłam i dlatego nic nie słyszałam, i takie rzeczy. A obdukcji nie było. Robiłam taki teatr wokół śmierci mojego dziecka... Miałam po prostu szczęście, wszystko mogło się przecież skończyć zupełnie inaczej. Albo był to pech. Bo wówczas nie siedziałabym teraz tutaj". Dopytywałam, dlaczego tak myśli. "Bo wtedy dostałabym z pewnością jakąś karę, a przede wszystkim przeszłabym terapię. I być może nie zaszłabym w ciążę i nie byłoby Tima-Jordana ani tego, co zrobiłam".

"A według pani jakiej terapii pani potrzebuje?"

"Najpierw muszę dojść do ładu sama ze sobą. Czuję się tak pusta w środku. Myślę, że to jest początek".

"Uważa pani, że mogłaby sterować własnym zachowaniem w stosunku do swoich dzieci?"

"Nie wiem, jak zostanie to ocenione, ale kiedy ta pustka przechodzi we wściekłość, to nie potrafię tego wytrzymać. Muszę wtedy coś zrobić. Wcześniej kierowałam to przeciwko sobie samej. Ale odkąd pojawiły się dzieci, miałam kogoś, na kim mogłam to wyładować. Dzieci były także wyzwalaczem tego mechanizmu. Przez cały czas pokazywały mi, czego w ogóle nie potrafię robić. To budziło nienawiść. Samą swoją obecnością dawały mi do zrozumienia, jaką jestem nieudacznicą. A czasami myślałam sobie: «Dlaczego one mają mieć lepiej niż ja?!»".

W trakcie trwającej kilka godzin rozmowy poprosiłam ją o ponowne wytłumaczenie faktu, że dwukrotnie zaszła w ciążę, a także zapytałam o jej ewentualne inne ciąże. Tych jednak nie było. "Zawsze chciałam mieć dziecko. Wiązałam z tym marzenie o posiadaniu rodziny, o możliwości troszczenia się o kogoś. A więc to wszystko, czego sama nigdy nie miałam. Myślałam, jakie to będzie piękne i że dziecko również będzie mnie kochało. Tego nie znałam z domu".

"To znaczy, że była pani rozczarowana swoimi kilkumiesięcznymi dziećmi?"

"Tak, przyznaję. Było inaczej, niż pokazują to w filmach. Tam wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi, ale ja nie wiedziałam, czy ono mnie teraz lubi, czy też nie. Właściwie to nic nie czułam, a mimo to bałam się, że wszystko robię źle".

Wróciłyśmy także do tematu jej różnych związków. Pierwszego chłopaka pani Schwipper miała w wieku czternastu lat, kiedy przebywała w domu dziecka. "Florian to była moja pierwsza prawdziwa, wielka miłość. Kiedy dwa lata później rzucił mnie dla innej, to mnie wykończyło... Potem byli Jens i Steven, ale ja już nie chciałam się tak mocno angażować. Później trafiło się kilka przygód na jedną noc, aż pojawił się Nico. Miałam wtedy dziewiętnaście lat i po czterech miesiącach zaszłam w ciążę z Nicole-Arianą. Cieszyliśmy się na to dziecko. W sumie to chciałam być z Nikiem".

Zapytałam, jak podzielili między siebie opiekę nad córką. "On pracował, dlatego zajmował się nią mniej niż ja. Ale także brał w tym udział, robił całkiem sporo. Zmieniał pieluchy, dawał butelkę i takie tam". Był obecny również podczas porodu. "Kiedy stało się to z Nicole-Arianą, to najpierw zostałam sama. Potem miałam partnera, Haralda, który był ode mnie szesnaście lat starszy. Poznałam go przez przyjaciółkę. W sumie to on był bardzo solidny, pracował na własny rachunek jako malarz i lakiernik. Z nim byłam najdłużej, cztery i pół roku".

Dociekałam, dlaczego ten związek się rozpadł. "Ach, to trudne do wyjaśnienia. Właściwie to on był dla mnie jak starszy, rozsądny brat. Był przemiły. Niekiedy myślałam nawet, że na niego nie zasługuję. Ale wtedy bardzo chciałam dziecka, a on nie, no i byłam rozczarowana, że nie chciał mieć ze mną dziecka, poza tym chyba uważał, że się do tego nie nadaję. A potem zjawił się Thommy, ojciec Tima-Jordana".

Poprosiłam Heike Schwipper o dokładne opisanie cech tych wszystkich mężczyzn. I zapytałam, co dla niej jest sednem "związku", ale okazało się, że jej zdaniem wszyscy jej partnerzy byli do siebie podobni, bez szczególnych cech. Często zdarza mi się rozmawiać z ludźmi, którzy opowiadają o "związkach", które nimi w ogóle nie są. Mało tego, można by je wręcz uznać za ich przeciwieństwo, działające "nie-związki": ludzie żyją wprawdzie razem i zajmują się codziennymi sprawami, ale niewiele o sobie wiedzą. Nie łączą ich żadne wspólne sprawy, ewentualnie mają specyficzny zestaw cech, który sprawia, że dobrze się uzupełniają.

Siedzenie naprzeciwko ludzi, którzy mieli tak trudne życie i tak zaburzony stosunek zarówno do siebie, jak i do innych, jest niekiedy bardzo stresujące. Takie przypadki jak ten oznaczają nieprawdopodobny wręcz ogrom smutku. W zasadzie było rzeczą godną podziwu, na jaki wysiłek mimo wszystko zdobywała się Heike Schwipper, by pokonywać codzienne problemy, i to przez długie lata. Wystarczy uświadomić sobie, w jakim otoczeniu dorastała - a mimo to chodziła regularnie do szkoły i ją ukończyła. Zdobyła również wykształcenie zawodowe i pracę. Kiedy zaszła w ciążę, podeszła do tego świadomie i odbyła wszystkie konieczne wizyty u lekarza.

Tak więc mimo trudnych okoliczności Heike Schwipper dobrze radziła sobie z wyzwaniami dnia codziennego. Jednocześnie w naszych rozmowach dało się zauważyć bardzo poważne oznaki wskazujące na silne zaburzenia osobowości. Jednak to, czy były one wystarczające do uznania ją za niepoczytalną, to już zupełnie inna kwestia. Cierpiąc na owe zaburzenia, pani Schwipper mogła w pewien sposób ułożyć sobie życie i mimo wszystko tworzyć przez wiele lat partnerskie związki, nawet jeżeli pod względem uczuciowym owe związki były raczej powierzchowne.

Zdjęcia jej mieszkania pokazywały, że potrafiła prowadzić gospodarstwo domowe na przynajmniej minimalnym poziomie, choć samo mieszkanie, wyzbyte jakiegokolwiek osobistego stylu, odzwierciedlało dystans, jaki Heike Schwipper zachowywała w stosunkach z innymi. W mieszkaniu tym nie było absolutnie nic osobistego, co mogłoby świadczyć o jej gustach, potrzebach i skłonnościach.

Heike Schwipper powiedziała parę rzeczy, które unaoczniły złożoność jej problemów. Z jednej strony bardzo szybko czuła się lekceważona przez innych i uważała, że jej potrzeb nie traktuje się poważnie. Swoich partnerów w związkach poddawała rodzajowi testu i wymagała od nich rzeczy, które były sprzeczne z wymogami życia codziennego. Na przykład Jürgen Bangig w dniu zabójstwa miał wziąć wolne z powodu choroby tylko dlatego, że kobieta chciała go mieć przy sobie. A to, że jej nie posłuchał, wywołało w niej wściekłość.

Opowiadała o mającej wręcz sadystyczne cechy przyjemności z maltretowania własnych dzieci, ponieważ w swojej bezbronności uosabiały one jej własną, niezaspokojoną od dzieciństwa potrzebę miłości i uwagi. Jednocześnie pani Schwipper postrzegała je jako roszczeniowe, wymagające i zagrażające obiekty, które należało unieszkodliwić. Poza tym miała poczcie, że i córka, i syn już tylko samą swoją obecnością wykazują jej niezdolność do ciepłych uczuć. Wszystko to prowadziło do napadów złości, podczas których dręczyła swoje dzieci, a w końcu je zabiła.

Heike Schwipper miała całkowicie wypaczone wyobrażenie na temat tego, jak powinna wyglądać miłość do dziecka. Noworodek nie jest po to, aby dowodzić wspaniałości matki. Głównym zadaniem dziecka nie jest też jej kochanie - dziecięca miłość jest i tak zazwyczaj z natury bezwarunkowa z powodu absolutnej zależności od rodziców. Rolą rodziców jest natomiast zapewnienie potrzebującemu ochrony dziecku stabilnego i bezpiecznego domu, jak również warunków do wykształcenia pozytywnego stosunku do siebie oraz świata, a także budowy własnej tożsamości. Heike Schwipper kilka razy dosyć wyraźnie powiedziała, że chciała dziecka po to, aby mieć kogoś, kto będzie ją kochał.

Ten brak umiejętności nawiązywania prawdziwych uczuciowych stosunków z innymi ludźmi był u Heike Schwipper wynikiem ogromnego emocjonalnego deficytu, z jakim sama dorastała. Nie miała rodziców, którzy poświęcaliby jej uwagę. W konsekwencji szybko doszła do przekonania, że nic nie znaczy dla innych ludzi. W swoich późniejszych związkach sprawdzała, na ile jest ważna dla swoich partnerów. W zasadzie również i jej ciąże stanowiły rodzaj takiego testu, ponieważ nigdy z żadnym mężczyzną nie rozmawiała o anty­koncepcji, względnie nie informowała ich o swojej chęci posiadania dziecka - z wyjątkiem Haralda, dużo starszego od siebie partnera, który prawdopodobnie zauważył, że macierzyństwo by ją przerosło. Z powodu swojego rozsądku oraz znajomości ludzi Harald nie zdał owego testu, tak więc ich związek również się rozpadł.

Wydawało się, że zarówno ciąże, jak i porody Heike Schwipper miały za zadanie udowodnić jej bezradność i brak kompetencji oraz nadać nienawiści do samej siebie tragiczny wymiar.

Znęcanie się nad dziećmi to nadal bardzo poważny problem społeczny. Choć dzieci mają prawo do dorastania w środowisku bez przemocy oraz do takiego samego wychowania, a w Niemczech większość rodziców potępia przemoc wobec dzieci, to jednak rocznie w wyniku zaniedbania lub maltretowania umiera tutaj od siedemdziesięciorga czworga do dziewięćdziesięciorga sześciorga dzieci.

Wiemy, że stosujący przemoc rodzice nie potrafią właściwie odczytać mimiki bardzo małych dzieci. Każda dziecięca reakcja, w tym także uśmiech, stresuje rodziców, którzy nie wiedzą, czy dziecko się do nich uśmiecha, czy ich wyśmiewa. Nie zdają sobie sprawy również z tego, że niemowlę nie potrafi wyśmiewać innego człowieka. Dziecięce zachowania są interpretowane jako brak szacunku. Z badań wynika, że w czterdziestu procentach wszystkich przypadków maltretowania dzieci odpowiada za nie oboje rodziców. Im młodsza ofiara, tym wyższy odsetek kobiet wśród sprawców.

Do dwóch trzecich dzieciobójstw w rodzinie dochodzi w pierwszym roku życia dziecka, a motywy są bardzo różnorodne. Klasyczny neonatyd, a więc zabicie noworodka w pierwszych dwudziestu czterech godzinach jego życia przez matkę, popełniany jest w większości dlatego, że ciążę wypierano lub ukrywano. Wiele takich sprawczyń obawia się, że w tej sytuacji partner je opuści, inne nie radzą sobie z perspektywą odpowiedzialności za całkowicie zależną od nich istotę oraz opieki nad nią.

W wypadku Heike Schwipper jawna agresja wobec dzieci doprowadziła do ich maltretowania. Pojawiający się tutaj wzorzec jak najbardziej odpowiada w swoich częściach składowych zastępczemu syndromowi Münchausena, z tą jedną zasadniczą różnicą, że Heike Schwipper nie szukała kontaktu z lekarzami, aby przedstawić się im jako zrozpaczona i zatroskana matka. Stąd też jej zachowanie musiało mieć inną przyczynę.

W zasadzie to oboje dzieci stanowiło w swojej podatności na zranienie intrapsychiczne zagrożenie dla matki. Rozumiem przez to, że te małe, wymagające opieki istoty uświadamiały Heike Schwipper to, czego ona tak bardzo pragnęła i nigdy nie otrzymała. Dzieci w pewnym sensie zmuszały ją do konfrontacji z własnymi bolesnymi doświadczeniami bycia zaniedbywaną, musiały zatem zostać ukarane za to, że przebijały emocjonalny pancerz matki. Zwłaszcza w przypadku zabójstw zdarza się dosyć często, że ofiara unaoczniała sprawcy jego słabą stronę, ból, a także dotkliwą słabość.

Innym czynnikiem zwiększającym ryzyko stosowania przemocy wobec dzieci jest przekonanie, że nie są one niezależnymi istotami - ojciec lub matka traktuje je jako przedłużenie samego siebie. Tak jednak nie jest. Każde dziecko to indywidualna osobowość.

Zasadniczo dzieciobójstwa dokonywane przez rodziców można podzielić na różne grupy. Z fachowego punktu widzenia takie rzeczowe podejście ułatwia przyporządkowanie i ustrukturyzowanie tego typu zdarzeń. I tak: istnieją zabójstwa z powodu zazdrości oraz faktu odrzucenia ze strony dziecka, zabójstwa wywołane zastępczym syndromem Münchausena, zabójstwa jako skutek źle rozumianych metod wychowawczych uwzględniających przemoc, morderstwa wskutek ciężkich zespołów depresyjno-urojeniowych lub psychoz, a także zabójstwa dziecka niechcianego, jak również w wyniku zemsty na partnerze. Ten ostatni rodzaj zabójstwa dokonywany jest czysto instrumentalnie, aby ukarać partnera i zadać mu możliwie największy ból emocjonalny. W nawiązaniu do mitologicznej postaci Medei, która zabiła swoich synów z zemsty na niewiernym małżonku, ten rodzaj zabójstwa określa się motywem Medei.

Zastępczy syndrom Münchausena to rzadka i trudna do zdiagnozowania poważna forma fizycznego i emocjonalnego maltretowania dziecka, a dotyczy zazwyczaj kobiet. W takich przypadkach matka pozoruje ciężką chorobę dziecka: sama wywołuje jej symptomy albo z rozmysłem wzmacnia objawy istniejącego schorzenia i w ten sposób zmusza lekarza do przeprowadzania często inwazyjnych i niepotrzebnych badań, aby zdiagnozować tajemniczą chorobę. Takie dzieci szybko dochodzą do siebie po tym, gdy zostają oddzielone od matki. Dolegliwości z reguły przybierają formę "napadu drgawek", wymiotów, biegunki lub wysypki na skórze. Typowe w takich przypadkach jest to, że informacje pozyskane od matki nie pasują do wyników badań laboratoryjnych i innych orzeczeń lekarskich, co prowadzi do podejrzenia, że dziecko cierpi na wyjątkowo rzadką chorobę.

W zależności od rodzaju badań, od sześciu do trzydziestu trzech procent takich przypadków kończy się zgonem. Im młodsze dzieci, tym groźniejsze skutki ma maltretowanie i tym wyższe ryzyko ich śmierci. Sprawczynie mają zazwyczaj pewną wiedzę medyczną, a w kontaktach z lekarzami udają osoby wyjątkowo zatroskane o dzieci i obeznane w tej dziedzinie.

U Heike Schwipper stwierdzono zaburzenie osobowości typu borderline, charakterystyczne dla niemałej części kobiet, które zabijają własne dzieci. To pojawiające się bardzo wcześnie zaburzenie osobowości cechują - oprócz zachwianego obrazu samego siebie - silne tendencje autodestrukcyjne oraz poważny brak stabilności emocjonalnej. Uczucia mogą być bardzo silne, a odczuwającej je osobie trudno regulować ich intensywność i czas trwania. Zaburzenie osobowości typu borderline nie świadczy o ograniczonej poczytalności; do tego potrzebna jest wyjątkowa postać tej choroby.

Jeżeli przyjrzeć się spektrum diagnoz psychiatrycznych kobiet, które popełniły czyn karalny, przebywających zarówno w zakładach karnych, jak i w klinikach psychiatrii sądowej, to wśród zaburzeń osobowości przeważają te typu borderline. W klinikach psychiatrii sądowej dochodzą do tego oczywiście jeszcze kobiety z klasycznymi chorobami psychicznymi, jak na przykład psychozy schizofreniczne, albo też ze znacznie obniżonymi zdolnościami umysłowymi. Ale w przypadkach wyraźnych zaburzeń osobowości są to z reguły ludzie z syndromem borderline, ponieważ takie zaburzenie, objawiając się impulsywnością, niestabilnością emocjonalną i zachowaniami przemocowymi, oddziałuje tak głęboko, że już samo w sobie stanowi czynnik ryzyka popełnienia przestępstwa.

 W wypadku Heike Schwipper sąd uznał znaczne ograniczenie zdolności kierowania własnym postępowaniem wynikające z jej zaburzonej osobowości i skierował ją na pobyt w klinice psychiatrii sądowej. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać dziwne, ponieważ uduszenie dziecka poduszką, odliczanie sekund oraz następujące potem próby reanimacji i zawiadomienie pogotowia czysto formalnie stanowią uporządkowaną, logiczną sekwencję zdarzeń. Oznacza to, że Heike Schwipper kontrolowała całą sytuację, a więc była w pełni zdolna do kierowania własnym postępowaniem.

Z punktu widzenia psychiatrii sądowej istotna jest jednak nie tylko tak zwana operacyjna zdolność kierowania własnym postępowaniem, to znaczy jedynie umiejętność działania, lecz także ta dotycząca sfery motywacji. Chodzi tutaj o wewnętrzne mechanizmy, które albo hamują destruktywne impulsy bądź myśli, albo też wytwarzają wewnętrzny przymus, by im ulec, mimo świadomości, że nasze działania są zakazane.

Heike Schwipper przebywała w sumie siedem lat w klinice psychiatrii sądowej, po czym została zwolniona. W trakcie terapii zdecydowała się na dokonanie sterylizacji, przede wszystkim, aby udo­wodnić samej sobie, że ponowne wejście w rolę matki nie wchodzi już w jej wypadku w rachubę.

Heike Schwipper przebywała w sumie siedem lat w klinice psychiatrii sądowej, po czym została zwolniona. W trakcie terapii zdecydowała się na dokonanie sterylizacji, przede wszystkim, aby udowodnić samej sobie, że ponowne wejście w rolę matki nie wchodzi już w jej wypadku w rachubę.

Fragment pochodzi z książki "Morderczynie i psychopatki. Szokujące historie z praktyki psychiatry sądowego" autorstwa Nahlah Saimeh. Więcej o książce przeczytasz TUTAJ

Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: morderczynie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje