Reklama

Reklama

Komedia, która śmieszyła widzów i... ekipę filmową

Reżyserzy mówią: jeśli ekipa dobrze się bawi na planie, efekt na ekranie jest słaby. Tym razem stało się inaczej. Film Stanisława Barei odniósł duży sukces.

Film "Poszukiwany, poszukiwana" to jedna z naszych ukochanych komedii z lat 70. Opowieść o tym, jak pracownik muzeum został niesłusznie posądzony o przestępstwo. A że groziło mu więzienie, ukrywał się przebrany za kobietę, pracując jako gosposia domowa, Marysia.

Na planie, podczas produkcji filmu, wiele się działo. Zdradzamy najciekawsze anegdoty.

Ekipa przejęła dom reżysera

Część zdjęć kręcono w warszawskim domu Stanisława Barei, a ściślej w pokoju jego syna, który musiał się na ten czas wyprowadzić. Reżyser cieszył się, że nie musi jeździć do pracy, ekipa czuła się bardzo swobodnie. Zachwytu nie czuła tylko jego małżonka.

Reklama

- To był najazd na dom! We wszystkich umywalkach pety, resztki po truskawkach, bo to była wiosna - wspomina Hanna Kotkowska-Bareja, która długo po zakończeniu zdjęć odkrywała takie niemiłe niespodzianki w różnych zakamarkach. W dodatku, rozkładając kable, oświetleniowcy stratowali piękne kwiaty w ogródku.

Z czasem małżonek wyniósł się z ekipą, ale... niezbyt daleko. - Plenery miały być położone w odległości najwyżej stu metrów od jego domu, aby w przerwie mógł zjeść ugotowany przez siebie obiad - wspominał współautor scenariusza, Jacek Fedorowicz.

Reżyser spalił kotlet

Stanisław Bareja był podobno świetnym kucharzem. Swoimi zdolności postanowił się popisać także na planie, lecz dało to nieoczekiwany efekt. Kiedy "Marysia" (Wojciech Pokora) szykowała obiad dla swoich chlebodawców, asystent reżysera przyniósł na plan usmażony kotlet w panierce, który nie wyglądał zbyt apetycznie. Bareja skrzywił się na ten widok i ze słowami: "Oj, nie tak, panowie, nie tak!" i zniknął z patelnią w kuchni. Po pewnym czasie wyłonił się z kotletem... spalonym na węgiel i nietęgą miną. Cała ekipa wybuchnęła śmiechem.

Kontrola skarbówki

Przy pracy nad filmem spotkała się mocna grupa artystów obdarzonych dużym poczuciem humoru. Współscenarzysta Jacek Fedorowicz był popularnym satyrykiem, grali aktorzy znani z kabaretów, m.in. Wiesław Gołas i Jerzy Dobrowolski, który poprosił reżysera o zatrudnienie kolegi. Był nim... Stanisław Tym. Każdy z nich widział rzeczywistość w krzywym zwierciadle, więc mieli ubaw nawet wtedy, gdy do drzwi Barejów zapukała kontrola finansowa. A to za sprawą donosu, że reżyser remontuje dom na koszt filmu, czyli faktycznie państwa, które płaciło za tę produkcję.

Rzeczywiście, zdjęcia zbiegły się z przebudową ścianki w pokoju dziecinnym, a murarz, który za kołnierz nie wylewał, uwielbiał przesiadywać u gospodarzy, jak długo się dało. To właśnie obudziło czujność autora anonimu. Szczęśliwie Barejowie mieli rachunki za cegły i cement, więc inspektorzy sobie poszli. A skarżypytą okazała się... sąsiadka. Była to żona kolegi państwa Barejów, literata, która napisała ów donos na domowej maszynie. Jak w prawdziwym kryminale, zdradziło ją charakterystyczne uszkodzenie czcionki. 

Kobiece stroje Wojciecha Pokory

Aktor długo nie chciał przyjąć propozycji głównej roli. Zgodził się dopiero po interwencji żony, którą usilnymi prośbami o wsparcie zamęczał sam reżyser. Ujrzawszy jednak męża w ciuchach przygotowanych przez scenografów, Hanna Pokora orzekła, że wygląda... niekorzystnie. Wystroiła go więc we własne sukienki, swetry, a nawet pończochy oraz perukę, którą jej przywiózł z wyjazdu do USA. Jedynie kobiece buty mu kupiono, ponieważ miał dużą stopę.

Ekipa była zachwycona prezencją Pokory w roli Marysi. I rozbawiona, gdy aktor parę razy przewrócił się w nowych butach, a damskie fatałaszki pękły w szwach podczas sceny, w której wyciągał z basenu wielkiego doga.

Pretensje wiceministra

Żarty skończyły się na pierwszym pokazie dla władzy. Wiceminister kultury i sztuki powiedział, że to film dla mało wybrednej widowni. Oburzył się: "Wykształcony człowiek zarabia mniej niż gosposia?". Bareja bronił się, że czytał pamiętnik dziewczyny, która po studiach nie mogła znaleźć pracy i zatrudniła się jako pomoc domowa.

Decydentom nie spodobała się też scena, gdy rozwydrzony synek chlebodawców Marysi upiera się, jak można zastąpić wykształcenie: "Będzie dawał łapówki!" Bulwersowało też słowo na "g", jakiego mały używał na ekranie oraz niekompetencja dygnitarza, "wiecznego dyrektora", którego cudnie zagrał Jerzy Dobrowolski. Po projekcji wiceminister poradził Barei, żeby poszukał sobie pracy w telewizji.

Mimo to film wpuszczono do kin, gdzie odniósł sukces. Przechodnie wołali za Pokorą: "Marysiu", a koledzy w teatrze żartowali: "Ach, te nogi!".

Dorota Filipkowska
Korzystałam z książek: "Z Pokorą przez życie. Wojciech Pokora w rozmowie z Krzysztofem Pyzią" oraz M. Ryplewicz, "Oczko się jemu odlepiło temu misiu...".

Naj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje