Macierzyństwo w dawnych czasach

W XIX wieku kobiety z wyższych sfer nie były raczej dobrymi matkami.

Bardzo często dzieci traktowały jak lalki. - Każda chciała je mieć, bo miały je inne kobiety, bo takie słodkie, bo wydanie na świat syna podnosiło uznanie w oczach otoczenia. Chętnie się z nimi fotografowały, pozowały do portretów, chwaliły podczas spotkań, zdecydowanie gorzej było z opieką i uczuciem.

Reklama

Kobieta już po kilku tygodniach od porodu wracała do świata zabaw i przyjemności. By nie niszczyć sobie figury i nie odrywać się od spraw światowych, szybko przestawała karmić piersią, a jej miejsce zastępowała niańka i bona. Niańki, rekrutujące się z nizin społecznych, popijające wieczorami nie raz raczyły dzieci wszelkimi możliwymi chorobami z kiłą włącznie. Ich niski poziom nie wpływał rozwijająco na dzieci. W 1905 roku redakcja Świata Płciowego przeprowadziła ankietę dotyczącą uświadomienia, następnie co ciekawsze listy opublikowano na łamach. Poniżej krótki fragment jednego z nich:

"Uległem zepsuciu, ledwie odrosłem od ziemi. Pamiętam, że gdy rodzice i służba wyjechali pewnego dnia do kościoła, a ja pozostałem sam z niańką, ona mię - chłopca kilkoletniego - układała na sobie i pieszczotami, a gdy to nie pomogło, biciem zmuszała do wykonywania rzeczy, o których dopiero później oczywiście dowiedziałem się, że miały dawać jej złudę obcowania płciowego."

Karmieniem zajmowały się niańki, natomiast wychowaniem bony, w późniejszym wieku guwernantki. Bywały domy, gdzie dzieciom zaledwie raz - dwa razy w tygodniu pozwalano stanąć przed obliczem rodzica. Wizyta rozpoczynała się od ucałowania pani matki w rękę, trwał kilkanaście minut i kończyła się zdawkową rozmową na temat tego, jak idzie nauka, które przedmioty lubi dziecko i gdzie pojedzie latem. Niejedno dziecko ze strachem patrzyło na swego rodzica, nie czując do niego miłości. Fryderyk Schulz, odwiedzający nasz kraj pod koniec XVIII wieku, zapisał:

"Najregularniejsze życie (w domu) prowadzi córka, która ponieważ lat jeszcze nie ma, aby razem z matką bywała w świecie, (...) siedzi więc większą część (dnia) w domu i co najwięcej po obiedzie do przyjaciółki rówieśnicy się wymknie (...), albo na teatr i jaki balik dziecinny. Często się trafia, że gdy nikt z państwa w domu nie je, jej przynoszą obiad z najbliższej restauracji. Trzy dni niekiedy nie widzi ani matki, ani ojca, ani braci i jest dla nich niewidzialną."

W/w relacja F. Schulza dotyczy wprawdzie końca XVIII wieku, pozostaje jednak w pełni aktualna w odniesieniu do następnego stulecia.

I może jeszcze jedno "urocze" zdanie znalezione we Wspomnieniach Anny Potockiej - Wąsowiczowej:

"Później mówiła o moich biednych dzieciątkach, o których nie myślałam od dwóch dni."

Innym razem dzieci podrzucano na wychowanie babkom, czy też możnym, wierząc w to, że na cudzych salonach nabiorą światowej ogłady. Efekty takiego powierzania obcym bywały opłakane w skutkach. Aleksandra Tarczewska wspomina swoją siostrę Klementynę, która została oddana na wychowanie pewnej starościnie.

"Ta dama dając jej wytworne, że tak powiem, wychowanie nic nie dbała o jej powierzchowność, nosili ją brudno, obszarpano, przez złe sznurowanie (gorsetu) skrzywili (...), biedna moja Siostra musiała im czytać, ale to tak ciągle (że) i w dwunastym roku zaczęła pluć krwią".

Jeszcze mniej szczęścia miała niejaka Ostrowska, wspominana przez Henrietę Błędowską:

"Pani Ostrowska (...) przez dziwne koleje życia przechodziła. Cztery lata miała, kiedy odesłana została przez matkę do klasztoru w Lublinie, aby tam ją wychowano na zakonnicę. Ani świata nie znała, ani matki nie pamiętała, gdyż nigdy ją nie odwiedzała."

Wiek XIX dziwne to były czasy. Kobiety od dziecięcia marzyły o wielkiej miłości, zaczytywały się w romansach, szukały jej w wierszach, wzdychały do portretów ledwo poznanych mężczyzn, noszonych w pamięci. Gdy wyszły za mąż, kochały ślepo mężów lekkoduchów, przymykały oko na zdrady, domową przemoc i inne nieszczęścia małżeńskie. Tego bowiem wymagały od nich konwenanse. Szkoda, że tak rzadko przychodziło im do głowy, by swoją miłość przelać na dziecko.

Niejedna kobieta z wyższych sfer wstydziła się chodzić z dzieckiem  na spacer. Było to zajęcie nazbyt prozaiczne i niegodne prawdziwej damy. Od tego typu przyziemnych czynności były służące i bony. Białe fartuchy na spódnicach kobiet świadczą o tym, że na pierwszym planie z wózkami widzimy służące.

Niżej urodzone kobiety same chodziły z dziećmi na spacery (choć w tym przypadku trudno powiedzieć, czy mamy do czynienia ze służącą czy też z matką).

Jak już wspominałam powyżej, kobiety z wyższych sfer nie były dobrymi matkami, choć zdarzały się wyjątki. Czy na obrazie poniżej widzimy matkę przepełnioną faktyczną macierzyńską miłością, czy tylko słodką, wyidealizowaną scenkę, tego nie dowiemy się nigdy.

A to już zdecydowanie niższe sfery.

I jeszcze niższe.

Poniższy obraz August’a Heyn’a zatytułowałabym klęska urodzaju.


Źródło: Blog Historyczno-Obyczajowy Agnieszki Lisak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje