Reklama

Reklama

Perfekcjoniści nieustannie walczą

Perfekcjonista ma tendencję definiować sukces jako 100 procent wykonania zamierzeń i planów. Wszystko, co jest poniżej, to klęska. Warto zrozumieć, że moje działania, to coś innego niż ja sam i jeśli przydarzy mi się porażka, to nie znaczy, że ja jestem porażką - tłumaczy psycholog dr Maciej Skibiński. Opowiada, jakie jest podłoże perfekcjonizmu i wskazuje, jak nie motywować swoich dzieci.

Monika Wysocka, PAP Zdrowie: Co jest złego w perfekcjonizmie?

Reklama

Maciej Skibiński: - Dążenie do doskonałości nie jest złe, jednak w niezdrowym wydaniu zaczynamy stawiać je na pierwszym miejscu i najczęściej odbywa się to kosztem zaspokajania innych potrzeb. Dążąc do perfekcji inwestujemy tyle energii i czasu, że nie starcza nam go na inne sfery życia. Na dłuższą metę tak się nie da. Perfekcjonizm zwykle prędzej czy później prowadzi do wyczerpania. Próbując osiągnąć doskonałość jesteśmy w stanie zapewnić sobie pozytywne odczucia na krótką metę, bo po jakimś czasie zaczyna nam iść coraz gorzej właśnie ze względu na wyczerpanie i niedostatki energetyczne.  

Czyli nie warto dążyć do doskonałości?

- Takie pytanie zadają mi zwykle pacjenci, z których niektórzy mają tendencję do perfekcjonizmu. Buntują się i mówią: "Czyli co, mam sobie całkiem odpuścić i nic nie robić? Nie rozwijać się, nie dbać o jakość swojej pracy?". Oczywiście nie o to chodzi. To nie jest tak, że albo jesteśmy doskonali, albo zupełnie sobie odpuszczamy i nic nie robimy. Jest różnica pomiędzy niezdrowym perfekcjonizmem a trzymaniem się swoich wartości i celów życiowych, potrzebą rozwoju. Perfekcjoniści oczekują od siebie doskonałości, podczas gdy przy zdrowym podejściu akceptujemy siebie zarówno przed osiągnięciem celu, jak również w drodze do jego osiągania, będąc przekonanymi, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, by podjąć się zadania. 

Wystarczy być po prostu dobrym?

- Perfekcjonista ma tendencję definiować sukces jako 100 procent wykonania zamierzeń i planów. Wszystko co jest poniżej 100 proc. to klęska. Przy zdrowym podejściu wynik swoich działań traktujemy jako informację zwrotną - jeśli nie wyszło tak, jak tego oczekiwaliśmy, zastanawiamy się, w jaki sposób to zmienić, co można udoskonalić, poprawić, zrobić inaczej, żeby następnym razem się udało. Albo czy w ogóle warto dążyć do osiągnięcia tego celu.

- Jeśli perfekcjoniście coś pójdzie nie tak jak chciał, robi sobie wyrzuty, myśli o sobie bardzo źle. I nie potrafi zrezygnować z obranego celu. Charakterystyczne jest to, że uzależnia poczucie swojej wartości od osiągnięć: jeśli ma sukcesy warunkowo akceptuje siebie. Kłopot w tym, że bardzo trudno jest za każdym razem osiągnąć 100 proc. planu, efekt jest więc taki, że perfekcjoniści dość rzadko są z siebie zadowoleni.
Przy zdrowym podejściu oddzielamy ocenę siebie od oceny swoich działań, przyjmujemy, że coś mogło się nie udać, bo nie mieliśmy wystarczających informacji, błędnie oceniliśmy sytuację i po prostu następnym razem musimy bardziej uważać, podejść do zadania inaczej.

Perfekcjonistom chyba trudno się żyje z samym sobą?

- To ciągła walka. Perfekcjonizm wiąże się też z ignorowaniem istotnych potrzeb emocjonalnych, a czasami nawet biologicznych, bo zaangażowanie w realizację podjętego zadania jest tak duże, że w gorączkowej aktywności zapomina o życiowych potrzebach - jedzeniu czy nawet skorzystaniu z toalety. Trudno znaleźć równowagę pomiędzy zaspokajaniem swoich istotnych potrzeb a osiąganiem celów. Ponadto perfekcjonizm pochłania bardzo wiele energii, co z czasem może doprowadzić do wyczerpania i wypalenia. 

Każdemu chyba zdarza się czasem zatracić w swojej pracy. Jak sobie poradzić, jeśli to wykracza poza normę?

- Jeśli wiąże się z zaniedbywaniem swoich życiowych potrzeb można skorzystać z przypominaczy, np. ustawić sobie alarm w telefonie, który co jakiś czas przypomni nam o przerwie i o tym, że mamy o siebie zadbać.

Nawet przy założeniu, że większość z nas stara się być dobrym w tym co robi, nie wszyscy podchodzą do tego tak obsesyjnie. Skąd bierze się perfekcjonizm?

- To sposób radzenia sobie z poczuciem niższości. A ono najczęściej wynika z przeszłości, z podejścia rodziców do swoich dzieci. Nie zawsze to musi być bezpośrednia krytyka, ale na przykład porównywanie z innymi dziećmi. I nawet nie chodzi o mówienie wprost: "Jesteś gorszy", ale na przykład powtarzanie: "Dostałaś czwórkę ze sprawdzianu? A rodzice Kasi muszą być dumni, że dostała piątkę". I najczęściej mieli dobre chęci, próbowali zmotywować swoje dziecko do bardziej wytężonej pracy. Trzeba mieć jednak świadomość, że jeżeli taki komunikat, przy braku wsparcia, powtarza się, to dziecko może dojść do wniosku, że wszyscy inni są doskonali, a ono jest beznadziejne. W końcu ci, którzy są stawiani za przykład, są cudowni, ich rodzice są z nich dumni, gdy tymczasem moi rodzice nie są ze mnie zadowoleni, więc coś jest ze mną nie w porządku. Takie osoby często w dorosłym życiu regulują swoje zachowania przez samokrytykę, traktują siebie tak, jak kiedyś traktowali ich inni. I nawet jeżeli opiekunowie mieli dobre intencje, to niestety efekt jest słaby.

Nawet taka "delikatna" krytyka może wyrządzić szkodę? 

- Krytyka raczej nas paraliżuje niż motywuje, raczej wyrządza krzywdę niż uczy nowych umiejętności. I niestety, rozluźnia nasz kontakt z rzeczywistością. Samokrytyka jest dodatkowo niszcząca, bo im bardziej krytykujemy siebie, tym trudniej nam rozpoznać, na ile to my przyczyniliśmy do tego, że nie osiągnęliśmy jakiegoś celu, a na ile spowodowały to warunki zewnętrzne i zazwyczaj całą winę przypisujemy sobie pogarszając swoje samopoczucie. 

- Osoby samokrytyczne często są bardziej wycofane społecznie na poziomie emocji. W podejściu do obowiązków zawodowych zwykle jest to smutek, poczucie winy, uczucie beznadziei. W relacjach z ludźmi przejawia się to sposobie spędzania czasu wolnego i sposobie dbania o siebie.

Dowiedz się więcej na temat: perfekcjonizm

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje