Reklama

Reklama

Polki źle oceniają swoje ciała. Jak to wpływa na ich zachowania w łóżku?

Polskie kobiety nie lubią swoich ciał, nie akceptują ich wyglądu, nie potrafią mieć zdrowego, bezpiecznego dystansu do własnych niedoskonałości. To wszystko przekłada się na brak swobody w łóżku. W sypialni, zamiast skupiać się na bliskości i przyjemności, coraz częściej odgrywamy scenariusze porno - mówi seksuolog Marta Niedźwiecka w rozmowie z Martą Szarejko. Wywiad pochodzi z książki "Seksuolożki. Sekrety gabinetów", która trafi do księgarń 14 sierpnia.

Według badań WHO Polki zajmują pierwszą pozycję wśród nastolatek z 42 europejskich krajów, jeśli chodzi o negatywną ocenę swojego wyglądu. 

Reklama

Śmiało można powiedzieć, że zmierzamy na wyżyny absurdu - niezadowolone ze swojego wyglądu są już nawet dzieci. Pierwsze operacje plastyczne przeprowadzane są za pieniądze komunijne albo wcześniej, żeby dziecko nie brało udziału w uroczystości z atrybutem niedoskonałości, na przykład odstającymi uszami. I choć polskie nastolatki odnajdują się w tym dążeniu do perfekcji słabo, to presja dotyka wszystkich - procesy globalizacji promujące jednakowe wzorce właściwie pod każdą szerokością geograficzną zrobiły swoje. 

Prym wiodą Stany Zjednoczone z konkursami piękności dla kilkuletnich dziewczynek, ale Azjatki też mają swoje wzorce - wybielają skórę, inwestują pieniądze w operacje wydłużania nóg. W Ameryce Południowej dziewczyny na osiemnaste urodziny dostają od rodziców pakiet operacyjny, żeby ich pośladki czy piersi w żaden sposób nie odbiegały od normy.

Polki jeszcze nie dostają takich pakietów, ale też marzą o operacjach plastycznych. Z badań TNS OBOP wynika, że ponad 80 procent kobiet z wyższym wykształceniem poddałoby się im, gdyby mogło.

Robię konsultacje dla kliniki ginekologicznej, która zajmuje się między innymi ginekologią estetyczną. I robi to, dbając o etykę. Pamiętam rozmowy z jednym z lekarzy, podczas których zastanawialiśmy się, jak odwodzić kobiety od nieumotywowanych medycznie zabiegów, na przykład labioplastyki, czyli operacji warg sromowych. 

Dla rozsądnego lekarza te rozmowy są trudne, bo on patrzy na zabieg z zupełnie innej perspektywy niż pacjentka. Dla niego to pomieszanie porządków, dla niej nadzieja na lepsze życie. Dlatego sugeruję jej, żeby zamiast zastanawiać się, którą część ciała dać pod nóż, zapytać samą siebie uczciwie: dlaczego akurat teraz nie czuję się ładna? I jak to się stało, że asymetria warg sromowych czyni mnie gorszą? Zwłaszcza że to akurat szalenie powszechne. Niestety zdarza się, że dziewczyny, wiedząc, że nie wyglądają jak aktorki z filmów porno, chcą się do nich upodobnić.

Czasem w ogóle nie znają swoich narządów, nie oglądają ich, więc ich własne strefy intymne wydają im się zupełnie obce. Według mnie w pragnieniu tej zmiany sprzęga się wiele tropów, które są niesłychanie charakterystyczne dla Polek. Po pierwsze: totalne odcięcie od ciała jako ekspresji ja.

Ciało to nie ja.

Ciało to skafander, który musi być idealny. Groza tego zdania mnie powala.  

W pragnieniu poprawienia warg sromowych odbijają się przekonania kobiet na temat ich seksualności - one myślą, że asymetria, która jest czymś zupełnie naturalnym, czyni je mniej ponętnymi. Co więcej: najczęściej w ogóle nie myślą o tym, dlaczego akurat teraz chcą to zrobić. 

W ich związku pojawił się kryzys i w ten sposób chcą go zażegnać? Jeśli tak, to będzie to próba zupełnie nietrafiona. No i najsmutniejsze jest to, że źródła swojej atrakcyjności czy wręcz kobiecości nie widzą w osobowości, temperamencie, pewności siebie czy inteligencji, tylko w ciele. A właściwie w wyglądzie.

Psycholożki Katarzyna Schier i Ewa Młożniak robiły badania, w których jednym z zadań było dokończenie zdania: "Moje ciało to...". Kobiety odpowiadały: narzędzie, organizm, wizytówka, mięso. Niewiele mówiło: "Moje ciało to ja". Albo: "Moje ciało to część mnie".

Polki są socjalizowane do instrumentalnego traktowanie siebie. Język to odzwierciedla. Nie uczy się nas, że ciało jest mną, bo jest siedliskiem moich przeżyć, wspomnień, emocji czy myśli, że dzięki niemu doświadczam świata. Tylko tego, że jest kombinezonem, opakowaniem, które nie może przeżywać słabości związanych z chorobą, nie może mieć gorszego dnia i pod żadnym pozorem nie może źle wyglądać! Musi być wytresowane. 

W spektrum przeżywania właściwie  zbliża się do androida, w kwestii wyglądu też jest coraz bardziej nieludzkie. I nie wystarczy, że kombinezon jest dość dobry, czyli zdrowy, w miarę jędrny, otwarty na interakcję ze światem i przyjemność. Normy wyglądu dla niego są precyzyjnie określone - wystarczy wejść na Instagram, żeby dowiedzieć się, jakie ramię jest sexy, a jakie nie. Jaki powinien być brzuch, pierś, noga, wszystko. To jest rzeczywistość kobiet, nie tylko tych młodych, ale też ich matek, które powinny rozumieć, że poczucie własnej wartości buduje się nie tylko na ciele.

Mam wrażenie, że wyniki badań WHO więcej mówią o rodzicach niż nastolatkach.

Dziewczynki nasiąkają tym, co mówią ich matki. Jeśli te krytycznie podchodzą do swoich ciał, narzekają, że są za grube, za chude, że wyglądają staro, to trudno, żeby córki tego nie uwewnętrzniły. 

Dziewczynka rośnie, krytycznie zaczyna oceniać siebie, bo przecież nikt jej nie nauczył, jak lubić i doceniać ciało. Potem zagląda do sieci i natychmiast znajduje potwierdzenie swoich obaw. Rówieśnicy wzmocnią ten przekaz, bo też oczekują realizacji powszechnych wzorców. A ona zacznie myśleć, że musi coś zrobić, żeby zyskać akceptację.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje