Reklama

Reklama

Poznajcie Henry’ego. Kota - detektywa

Pies ratownik? Wiadomo. Ale żeby w ocalaniu zdrowia i życia pomagał kot? Wbrew pozorom, na świecie istnieją i takie mruczki.

Poznajcie Henry’ego. Futro czarno-białe, lśniące, łapy masywne, postawa wyprostowana. Rasa środkowoeuropejska, tzw. dachowiec, a więc kot wytrzymały, stworzony do radzenia sobie w trudnych warunkach. Można by rzec: na misjach specjalnych. A tych, w życiu Henry’ego nie brakuje. Henry bowiem jest kocim detektywem.

Reklama

Jego kariera zaczęła się sześć lat temu. Wtedy to ze schroniska zabrała go Kim Freeman. Spotkanie nie było przypadkowe: dziewczyna, zajmująca się szukaniem zaginionych kotów, od dłuższego czasu szukała czworonożnego kompana do swojego biznesu. Pomysł zrodził się z inspiracji rozwiązaniami, stosowanymi przy szukaniu zagubionych psów: tych coraz częściej szukają wyposażone w doskonały węch czworonogi. W obrębie tego samego gatunku metoda daje dobre efekty, ale żeby pies szukał kota? Kim wolała nie ryzykować.

Henry’ego poznała w jednym ze schronisk. Jak czytamy na stronie catster, na której opisano historię zwierzaka, kot "leżał na trawiastym wzgórku, od czasu do czasu spoglądają na ludzi". Zaiskrzyło.

Zgubę znajduje w 10 minut

Firma, do której wszedł Henry nie była pierwszym lepszym biznesem. Freeman, która, jak przyznaje, poszukiwaniem zwierząt chciała zajmować się już od szkoły podstawowej, w swojej pracy wykorzystuje wiedzę z zakresu zwierzęcego behawioryzmu i sprzęt w rodzaju noktowizorów.

Henry, zanim powierzono mu pierwsze zadanie, przeszedł specjalny trening. "Zdaję sobie sprawę, że to może brzmieć śmiesznie, ale dlaczego miałam przynajmniej nie spróbować wytrenować go na kocią wersję psa tropiącego"? - cytuje Freeman catster.  - "Po roku starań pomyślałam, że jest już gotowy, by spróbować".

Henry okazał się pojętnym uczniem. Pierwszą zgubę: kotkę która uciekła od weterynarza, znalazł już po 10 minutach.

Henry ma na swoim koncie i inne osiągnięcia. Pomógł odnaleźć m.in. półrocznego kociaka, który zniknął w czasie przeprowadzki. Jego właściciele podczas czterogodzinnej podróży zatrzymali się na stacji beznynowej, a brak kociaka zauważyli dopiero po przyjeździe do nowego domu. Henry’ego na pomoc wezwano następnego ranka. Choć znalezienie małego zwierzęcia na odcinku kilkuset kilometrów wydaje się niewykonalne, większość domowych kotów po ucieczce jest tak przerażona, że wciska się w najbliższy, bezpieczny kąt. Tak było i w tym przypadku - Henry, po krótkim węszeniu odnalazł zgubę, ukrytą pod deskami tarasu.

***Zobacz także***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje