Stworzyć miejsce do życia

Osiedle Ursynów był jedną z ostatnich wielkich inwestycji urbanistycznych w PRL-u. Zaprojektowane jako modelowe miejsce do życia dla 40 tys. ludzi, szybko stało się symbolem bylejakości i dezorganizacji. O tym idealnym i realnym osiedlu, opowiada Lidia Pańków, autorka książki „Bloki w słońcu. Mała Historia Ursynowa Północnego”.

Aleksandra Suława: - Z dzieciństwa na Ursynowie zostały ci trzy zdjęcia. A wspomnienia?

Reklama

Lidia Pańków: - Imieniny albo urodziny, rodzina i goście siedzą przy stole, a moja starsza siostra znika. Wszyscy wpadają w panikę, następuje akcja poszukiwawcza, aż w końcu dziecko odnajduje się na placu budowy. Dzisiaj ta anegdota brzmi  jak historia o patologicznej rodzinie, która nie potrafi zaopiekować się dzieckiem, ale wtedy nikogo to nie dziwiło. Po pierwsze mieszkań na Ursynowie nikt nie zamykał, a po drugie całe osiedle było wtedy placem budowy. Poza tym wiele nie pamiętam. Tylko taki ogólny obraz mieszkania: dużego, jasnego, pustego M4, jak na tamte czasy naprawdę dużego - ok 80 metrów.

Na dzisiejsze również.

- Przy dobrych wiatrach, pod koniec lat 70. rodzina z trójką dzieci mogła liczyć na taki metraż.

Oczywiście, trzeba było dołożyć wszelkich możliwych starań, żeby pragnienie posiadania mieszkania się ziściło! Czyli czasem po prostu je "wychodzić", pilnować formalności typu książeczka mieszkaniowa dbać o relacje z urzędnikami, trzymać się instytucji, które mogły proces przyspieszyć. W naszym przypadku, sprawę rozwiązało pojawienie się bliźniaczek. A jako rodzina - rodzice z dyplomami, troje dzieci poniżej 4. roku życia i babcia, byliśmy w pewnym sensie modelowymi adresatami  ursynowskiej oferty mieszkaniowej.

W materiałach propagandowych Ursynów nazywano "osiedlem młodych"

- I całkiem słusznie, bo co trzeci jego mieszkaniec miał mniej niż 10 lat.

Polityka mieszkaniowa ówczesnych władz, miała wielkopłytowymi osiedlami dla setek tysięcy mieszkańców, zaspokoić wieloletni deficyt, który uniemożliwiał życiowy rozwój i zwyczajnie ludzi ogromnie frustrował.

W przypadku Ursynowa Północnego, projektowi i realizacji towarzyszyły wielkie nadzieje, że powstanie coś trwałego i sensownego. Edward Gierek pojawiał się na uroczystości oddania pierwszych bloków, niezależnie od realnego stanu zaawansowania, a architekci musieli opędzać się od reporterów i fotografów. Nie lubili tego, bo interesowała ich dobra robota, a nie aplauz władz.

Zlecenie na budowę osiedla młodych dostają młodzi. 150-tysięczne pasmo, na początek Ursynów Północny - czterdziestotysięczne osiedle - miasto i zabiera się za to grupka architektów zaraz po studiach, niemal bez doświadczenia. Brzmi jak szaleństwo.

- Dla nich to brzmiało jak życiowa szansa - mogli stworzyć projekt, który po pierwsze nie trafi do szuflady, ale zostanie zrealizowany, a po drugie będzie miał wpływ na życie dziesiątków tysięcy ludzi.

Kiedy myślałam o tych młodych architektach i ich wizji, cały czas nurtowało mnie pytanie: Skąd oni brali wzorce? Skąd wiedzieli, jak mają budować? My dzisiaj cały czas myślimy w kategoriach powielania, kopiowania, przetwarzania, zanim się do czegokolwiek zabierzemy, robimy ogromny research, a oni owszem, podróżowali i oglądali,  liczyli przede wszystkim na własne siły i wykształcenie.

Ale jakieś wzorce i autorytety musieli mieć.

- Byli pokoleniem wychowywanym przez bardzo dobrych, przedwojennych architektów z Politechniki Warszawskiej. Uczyli się od Kazimierza Wejcherta, specjalisty w dziedzinie kompozycji przestrzennej. Powoływali się też na wzorce budownictwa powojennego Józefa Sigalina - odpowiedzialnego za projekt Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej, Bohdana Lacherta i Józefa Szanajcy - projektantów Muranowa, Haliny Skibniewskiej, autorki Sadów Żoliborskich i Osiedla Szwoleżerów. Mogli odwołać się do doświadczenia  odbudowy Warszawy i dokonań Biura Odbudowy Stolicy, w które zaangażowana była część wymienionych architektów. Nie działali w próżni.

Architekci Ursynowa wierzyli, że jeśli się racjonalnie podejdzie do sprawy i stworzy listę czynników, które decydują o tym, że coś jest przyzwoitą architekturą, to powinno się udać.

Co znalazło się na tej liście?

- Można na to patrzeć jak na elementarz racjonalnej urbanistyki. Przede wszystkim znalazła się tam wizja uliczki, jako miejsca ożywiającego osiedle. Wzdłuż uliczek, jak w XIX wiecznym mieście, miały znajdować się sklepy, punkty usługowe, małe warsztaty. Na parterach bloków, w poziomie -0,5 pomyślano o  specjalnych lokalach pod kluby mieszkańców. U zbiegu tych uliczek miały powstać place - ambicja głównego architekta Marka Budzyńskiego - na których można było handlować, albo brać udział w różnych wydarzeniach kulturalnych. Z osiedla wyeliminowano ruch kołowy, samochody miały poruszać się główną arterią przecinającą osiedla, a mieszkańcy chodzili zanurzonymi w zieleni alejkami. Chodziło o to, by park był wintegrowany w przestrzeń osiedla, a dzieci, idąc do szkoły, nie przechodziły przez żadną ulicę.

Wtedy wszyscy pamiętali jeszcze szał budowy tysiąclatek...

- Dla ekipy Budzyńskiego tysiąclatki były przykładem tego, czego należy unikać. Oni wymarzyli sobie szkoły idealne - tak w formie, jak i w programie nauczania. W ich wizji szkoła nie miała być ponurym klockiem, ale zgrabnym budynkiem, złożonym z nachodzących na siebie pawilonów. Jej najważniejszą częścią było forum - wewnętrzny plac, na którym miały odbywać się akademie i lekcje sportu. Ruchome ścianki w klasach pozwalałyby dzielić sale na mniejsze przestrzenie i dostosowywać je do pracy w grupach. Założono, że przy ładnej pogodzie, bezpośrednio z klasy, będzie można było wyjść na zewnątrz, do miejsca gdzie dzieci mogłyby hodować rośliny albo brać udział w lekcjach na świeżym powietrzu.

A po lekcjach szkoły zamieniałyby się w rodzaj domu kultury. Rodzicie mieli przychodzić po dzieci, skorzystać ze stołówek, a potem grać w piłkę albo realizować hobby.

A zepsute sprzęty domowe można by zanieść do specjalnego punktu usługowego, działającego  przy szkole zawodowej...

- To był pomysł architektów na odtworzenie tradycji rzemieślniczych. W pobliżu planowanej szkoły zawodowej miały stanąć przeszkolone pawilony, w których uczniowie w ramach praktyk świadczyliby mieszkańcom różne usługi. Brzmi to szalenie ciekawie, ale niestety nigdy nie weszło w fazę realizacji.

A co z mieszkaniami?

- Początkowo miały być "elastyczne", tak żeby mieszkańcy byli w stanie zmieniać układ ścian, kiedy na przykład w rodzinie pojawiło się kolejne dziecko. A same bloki - niewielkie, najwyżej czteropiętrowe, takie które nie przytłaczały ludzi swoją wysokością.

Niestety, nie wszystko z tych projektów wyszło. Czteropiętrowe budynki nie zapewniały takiej ilości mieszkań, jaka była przewidziana w planie i trzeba było stawiać również jedenastopiętrowce. Ale nawet one miały nieregularne bryły, dzięki czemu ich kształt nieco ożywał i nie przypominał zwykłego bloku z wielkiej płyty, od których Budzyński i jego ekipa chcieli odejść. Uważali je za parodię architektury, w której nie szanowano idei struktury miasta.

Od wystawienia pierwszego bloku z wielkiej płyty, do wzniesienia pierwszego bloku na Ursynowie minęło ponad 20 lat. Pojawiały się już głosy, że osiedla z wielkiej płyty się nie sprawdziły? Ludzie narzekali, że źle im się żyje?

- W środowisku toczyła się wtedy wielka debata, w ramach której mocno krytykowano urbanistykę, nie biorącą pod uwagę czynnika ludzkiego. Realia socrealizmu wykrzywiły  piękne wizje Le Corbusiera. Dla przeciętnego mieszkańca, tak jak dla Budzyńskiego i jego architektów, program zerwania z historycznym miastem był zbyt drastyczny. Szukali czegoś pomiędzy.

Pisali o tych osiedlach: Bloki jak pieczątki w zieleni  -  tu bloczek, tam bloczek.

- Uważali za prymitywne, masywne i nieludzkie...

Ursynów był ludzki? Dobrze się tam mieszkało?

- Opinie są mieszane, bo zwykle wiążą się z bardzo indywidualnymi doświadczeniami. Z jednej strony mieszkało się rewelacyjnie, bo ludzie w końcu spełnili swój sen o własnym mieszkaniu, które nie jest klitką i w którym można wyznaczyć miejsce na pokój dla dzieci, gabinet czy - w przypadku twórców - pracownię artystyczną. W realiach ówczesnej Warszawy, gdzie ludzie cierpieli na permanentny głód mieszkaniowy, to był prawdziwy luksus.

Ale była i druga strona medalu. Mimo obietnic, że na miejscu będą sklepy, szkoły, żłobki, kina i domy kultury i to w zasięgu krótkiego spaceru, to bardzo długo nie było nic. Na zdjęciach z pierwszych lat  jest bardzo pusto, błotniście, łyso, nie ma jeszcze tkanki miejskiej. Potem zaczęły się pojawiać pawilony handlowe w postaci kontenerów, wreszcie - wielki market Megasam, wyrzucony poza ramy Ursynowa Północnego, za ruchliwą arterią.

"Jeśli wewnątrz bloków jest tak ładnie jak na zewnątrz, to zdaje się ludzie będą zadowoleni" - mówił Edward Gierek podczas wizyty gospodarskiej na Ursynowie w 1977 roku. Było ładnie?

- To zależy, czy przyszli mieszkańcy zdobyli własnym sumptem materiały wykończeniowe.

A można było mieszkać w niewykończonym?

- Jasne. W latach70., kiedy wykonawcy nie nadążali z realizacją planu, stwierdzili, że będą przyszli lokatorzy sami je sobie wykończą.

Ale i te gotowe mieszkania inne były od dzisiejszych tzw. "pod klucz". Nie było listew podłogowych, parkietu, standardem był lenteks, okna nie chciały się domykać albo były problemy z ich otwieraniem, nie działały zamki w drzwiach. Nie było kafelków, w łazience minimalne wyposażenie. Niby banalne sprawy, ale utrudniają życie. Chociaż, wtedy nikt nie narzekał, ludzie cieszyli się z tego, co było.

Moja znajoma mieszka w bloku, w którym na korytarzach zachowały się toalety. W latach 50. lokatorzy nie mieli łazienek w mieszkaniach, ale i tak byli zadowoleni, że nie muszą biegać do wychodka na podwórku.

- Wtedy ludzie nieco inaczej pojmowali sformułowanie "przyzwoity standard". Chociaż wystrój tych mieszkań to wcale nie była taka bieda z nędzą, jak nam się dzisiaj wydaje. Było dużo światła, kolorów, lekkich, prostych form. Część sprzętów ludzie budowali sami - ja do dzisiaj pamiętam regał, sklecony przez tatę. Niektóre meble lokatorzy załatwiali albo zdobywali. A zdobyć można było prawdziwe rarytasy - na przykład meble Ikei, która miała swoje fabryki w Polsce, a Ursynów i inne osiedla z tego okresu, urządzały się na "końcówkach serii". To wszystko były rzeczy piękne, trwałe i funkcjonalne.

Mówisz o pięknych meblach, architekci narysowali piękne budynki, ale gdy rozglądam się po Ursynowie, to wcale nie jest tu tak wyjątkowo...

- Bo to nie jest wierna realizacja wizji Budzyńskiego. Po okresie "prosperity" za Gierka przyszedł kryzys, brakowało  materiałów wykończeniowych, rozpadła się organizacja pracy, organizacja czegokolwiek. Stworzono nawet wystawę ze zdjęciami z budowy Ursynowa, który miała służyć jako przykład złej organizacji budowy osiedla - tu należy winić wykonawcę i realia polityczne.

Przez ten bałagan, brak pieniędzy i materiałów nie udało się zrealizować dużej części pierwotnej wizji architektów. W znakomitym stopniu nie powstała mała architektura, która miała nie tylko zdobić, ale również ułatwiać orientację na osiedlu, murki i schodki, na których można by przysiąść w trakcie spaceru. Wejścia na klatkę z eleganckimi zadaszeniami powstały z kompromisowych materiałów, brakowało farb. Oni marzyli o tym, żeby to osiedle nie tylko było, ale też żeby było piękne.

Co dzisiaj architekci Ursynowa myślą o swoim projekcie?

- Są dumni, ale nie bezkrytyczni. Wiedzą, że dostali ogromną szansę, wykorzystali ją tak, jak mogli. To że do końca starali się walczyć o realizację swojego marzenia o dobrym miejscu do życia, po prostu budzi szacunek.

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje