Reklama

Reklama

Szkoła do reformy? Nauczyciele biją na alarm!

- Nie mam dnia, żeby nie dzwonił jakiś rodzic z pytaniem: "Co dalej z naszymi dziećmi?". A ja odpowiadam: "Nie wiem” - o projekcie „Edukacji włączającej, edukacji dla wszystkich”, przygotowywanej przez MEiN, opowiada Iwona Pasznicka-Longa, dyrektorka Zespołu Szkół Specjalnych nr 4 w Krakowie, psycholożka, ekspertka Komisji ds. Awansu, specjalistka ds. szkoleń dla nauczycieli.

Beata Bialik, Interia.pl:  "Edukacja włączająca, edukacja dla wszystkich" to projekt zakładający integrację pełnosprawnych dzieci z niepełnosprawnymi we wspólnej klasie. Jednak pomysł, nad którym obecnie pracuje Ministerstwo Edukacji i Nauki, nie przemawia do nauczycieli i pedagogów specjalnych. Dlaczego?

Iwona Pasznicka-Longa: - Bo jest niedokładny i ogólnikowy. Trudno powiedzieć o nim coś konkretnego. Na 180 stronach rozpisano założenia ładne i słuszne, jednocześnie niemożliwe do zrealizowania w polskiej rzeczywistości. Na przykład to, że każde dziecko, bez względu na stan zdrowia, będzie musiało uczyć się w szkole rejonowej, a ta musi otoczyć go opieką specjalistyczną. Musi mieć potrzebne do tego sprzęty i dostosowany budynek. Już tutaj widać utopię tego założenia.

Reklama

Ale przecież, w razie braku specjalistów lub sprzętu, szkoły ogólnodostępne będą mogły o pomoc zwrócić się właśnie do was.  Projekt ministerstwa zakłada, że szkoły specjalne przekształcą się w Centra Wspierania Edukacji Włączającej.

- Tak, CWEW w założeniu projektu ma wspomóc nauczycieli w szkole ogólnodostępnej i być magazynem wypożyczającym sprzęt, jakiego w danym momencie potrzebują. Teoretycznie ma to sens, ale pamiętajmy, że sprzęt do terapii jest różny. Na przykład do integracji sensorycznej potrzebne są specjalne sale. Są w nich huśtawki mocowane na hakach w suficie, sznury poprzyczepiane do ścian, kołyski terapeutyczne. Tego nie da przenieść się pod pachą do jednej placówki dzisiaj, a do drugiej jutro.

- Pamiętajmy też, że do szkół będą trafiały dzieci z różnymi orzeczeniami. Dajmy na to, dziecko autystyczne woli być w wyciszeniu, potrzebuje się skupić. Czasem przeszkadza mu hałas, wystarczy książka spadająca z ławki. A uczeń z umiarkowaną lub znaczną niepełnosprawnością intelektu będzie potrzebował tych bodźców, wyrazistych kolorów. Te dwie wykluczające się potrzeby mogą nam się trafić w jednej klasie. A nauczyciele ze szkół masowych nie mają przygotowania do pracy z niepełnosprawnościami.

Ale przecież, według projektu, doświadczona kadra ze szkół specjalnych ma być wsparciem dla wychowawców z rejonówek.

- Żeby wspomóc nauczycieli, trzeba te dzieci znać. Nasze diagnozy są wynikiem relacji, głębokiej znajomości konkretnego ucznia, jego możliwości i braków, rodziny z której pochodzi. A teraz, jako specjaliści będziemy magazynierami w składach ze sprzętem.

W klasach nauczycieli wspomagających mają zastąpić asystenci...

- Nie zastąpią, bo asystent nie musi być pedagogiem ani specjalistą. To ktoś, kto pomoże przepchnąć wózek lub zaniesie do klasy teczkę. Poza tym, z projektu nie wynika czy taka osoba ma być przypisana każdemu dziecku, nie wiadomo też czy miałaby być obecna przy nim przez cały czas.

A zdaniem pedagogów związanych ze szkolnictwem specjalnym, obecny system się sprawdza i nie potrzebuje zmian?

- System potrzebuje zmian, ale nie szoku rewolucji. Tym bardziej, że w Polsce od dawna działa edukacja włączająca. Rodzic może przyjść do dowolnej placówki i zdecydować o wyborze szkoły. Co więcej, dziecko może przejść ze szkoły rejonowej do specjalnej lub integracyjnej. Te migracje, zależnie od sytuacji, odbywają się także, w drugą stronę. To sprawdza się  dobrze, bo kto lepiej zna możliwości swojego dziecka niż jego rodzice? Jeżeli chodzi o klasy integracyjne, o ich stworzeniu decyduje dyrektor placówki. Na przykładzie Krakowa mogę powiedzieć, że takie decyzje są bardzo odpowiedzialne. Tworzą je ludzie bardzo świadomi tego, jak wiele warunków trzeba spełnić, żeby dziecku niepełnosprawnemu pomóc. Trudno o bardziej elastyczne rozwiązania.

Jakich wyborów najczęściej dokonują rodzice?

- Każdy rodzic chce, żeby jego dziecko poszło do normalnej podstawówki. Dlatego, w nauczaniu początkowym, w szkołach specjalnych dzieci jest niewiele i ma to głęboki sens. Ta proporcja zmienia się dopiero w starszych klasach. Różnice w możliwościach poznawczych dzieci stają się odczuwalne na tym etapie. Zaczynają się problemy w relacjach, wtórne zaburzenia zachowania.


A może te problemy w relacjach znikną, jeśli dzieci z niepełnosprawnościami będą na stałe częścią każdej klasy?

- To nie jest problem systemu albo nieczułej młodzieży. Każdy szuka kręgu osób, z którymi się dobrze czuje, gdzie są ludzie podobni do niego. Czternastolatek idzie po lekcjach pograć z kumplami w piłkę, umówi się z dziewczyną albo na koncert ze znajomymi. Jego rówieśnik z umiarkowanym upośledzeniem intelektualnym jest wciąż na etapie trzeciej klasy. Przecież nie pójdą razem na mecz, ani nie porozmawiają na temat przeczytanej książki, więc gdzie tu jest wspólna płaszczyzna? W młodszych klasach taka integracja przebiega łatwiej. To jest jeszcze zabawa, wspólne rysowanie. Ale w wyższych, rozdźwięk w rozwoju między dziećmi z niepełnosprawnościami a dziećmi zdrowymi jest coraz większy.

- Kolejna rzecz: do pracy motywuje nas sukces, a jego brak motywację odbiera. Dziecko z niepełnosprawnością w szkole ogólnodostępnej zawsze będzie najsłabsze. I przez to będzie czuło się gorsze, bo żaden nauczyciel nie znajdzie czasu, żeby odpowiednio zająć się jego potrzebami.

A może to jest dobry moment, żeby zmienić nasze nastawienie? Uwrażliwić społeczność dzieci i nauczycieli?

- W projekcie jest napisane, że szkoła ma obowiązek stworzyć taką atmosferę, żeby wszyscy czuli się w niej dobrze. I to zdanie jest piękne, ale choćbyśmy w szkołach zmienili milion procedur, a w rządzie powstało tysiąc ustaw, nie zmienimy tą drogą sytuacji społecznej. Potrzebne są lata, w trakcie których całe społeczeństwo będzie miało przeprogramowane myślenie. To długotrwały i kosztowny proces, którego odgórnie nie załatwimy.


W oświadczeniu dotyczącym zmian planowanych przez MEiN, ideę edukacji włączającej nazwali państwo "idyllyczną koncepcją uzdrowienia", która zniszczy nie tylko szkoły specjalne, ale i powszechne.

- Posłużę się przykładem. W zeszłym roku nasza szkoła współpracowała z prywatną podstawówką. Uczniowie zbierali przybory i szkolne pomoce, dzielili się nimi z moimi uczniami i uczennicami. Chciałam to rozwinąć, pozwolić tym dzieciom się spotkać. Zaprosiłam więc je na bal karnawałowy. Po kilku dniach dyrektorka tamtej szkoły zawiesiła współpracę, bo rodzice się skarżyli, że to doświadczenie dla ich dzieci było traumą.

Czy to oznacza, że nasze wyobrażenie na temat dzieci z niepełnosprawnościami odbiega od rzeczywistości?

- To nie tylko uśmiechnięte osoby z zespołem Downa widywane na plakatach. Te dzieci mogą być bardzo różne i mają cały wachlarz zachowań, które przez zdrowych uczniów w ogólnodostępnej szkole zawsze będą uważane za dziwne. Czasem kogoś oplują lub kopną, mogą biegać po klasie bijąc się po głowie. Gdy w szkole dojdzie do takich zachowań, podnosi się raban. Rodzice domagają się usunięcia "takiego" dziecka, a ono w ten sposób komunikuje światu swoje potrzeby.

Proponowana zmiana dotknie nie tylko podstawówki. Co czeka starszą młodzież ze szkół specjalnych?

- Niepełnosprawne nastolatki wypadną z systemu. Skończą szkołę podstawową i system zamknie ich w domach. Obecnie, po szkole specjalnej, jeszcze przez kilka lat przysposabiają się do pracy. Mogą nauczyć się prostych czynności, być pomocnikiem ogrodnika albo stolarza, wykonywać zadania pod czyimś kierunkiem. Po zmianach takie szkoły zamienią się w zwykłe szkoły branżowe, a to znaczy, że będą musiały kończyć się egzaminem zawodowym. Mnóstwo dzieci, z którymi pracuję, w życiu nie zda takiego egzaminu.

Jaki pedagodzy i specjaliści na co dzień pracujący z dziećmi z niepełnosprawnościami, macie wpływ na kształt tych zmian?

- Praktykom od lat pracujących w szkołach specjalnych nie udzielono głosu. Nie było żadnych konsultacji, nikt nie zapytał o zdanie rodziców. Na ostatnie posiedzenie ze strony społecznej nikt nie został wpuszczony na salę obrad, w spotkaniu brali udział jedynie posłowie z komisji. Zaniepokoił nas także pewien zapis. Dotychczas mówiono, że edukacja włączająca to projekt, natomiast w porządku obrad był zapis o założeniach planowanej reformy edukacji.

- A to nie dotyczy tylko szkolnictwa specjalnego i dzieci z niepełnosprawnościami. To zmiana całego systemu edukacji. Obejmie wszystkie szkoły, wszystkie dzieci i nauczycieli. Ale nikt o tym głośno nie mówi. Dowiemy się dopiero gdy zmiana wejdzie w życie.

***

Zobacz więcej:

Przekaż 1% na pomoc dzieciom - darmowy program TUTAJ>>>




INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy