Reklama

Reklama

Trójka z Memphis

W 1994 roku trzej młodzi mężczyźni usłyszeli wyrok, który wstrząsnął West Memphis w stanie Arkansas. Damien Echols został skazany na śmierć, Jessie Misskelley na dożywocie oraz dwa 20-letnie wyroki, a Jason Baldwin usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. Była to kara za zamordowanie trzech małych chłopców - Michaela, Christophera i Stevena. Kara, którą jak się po latach okazało, ponieśli niesłusznie.

5 maja 1993 roku Chris Byers, Stevie Branch i Michael Moore wybrali się na rowerową wycieczkę po okolicy. Ośmioletni chłopcy dobrze znali wszystkie zakamarki West Memphis i gdy znikali na kilka godzin, rodzice nie czuli niepokoju - w tym mieście nigdy nie wydarzyło się nic, co mogło zachwiać poczuciem bezpieczeństwa jego mieszkańców. Gdy jednak Chris Byers nie wrócił na czas na kolację, jego ojczym zawiadomił policję. Wkrótce podobne raporty złożyli rodzice Stevena i Michaela. 

Na West Memphis padł blady strach, a mieszkańcy rozpoczęli poszukiwania chłopców. Sąsiedzi przypomnieli sobie, że jeszcze o 18.30 widzieli ich bawiących się razem, zapamiętali również, że ojczym Stevena wzywał ich do powrotu do domu. Więcej śladów nie było, chłopcy dosłownie rozpłynęli się w powietrzu. 

Reklama

Okultyzm, metal i Stephen King

Następnego dnia policja i mieszkańcy kontynuowali poszukiwania. Przeczesano całe West Memphis, skupiając szczególną uwagę na wzgórzach Robin Hooda, gdzie często widywano trójkę dzieciaków - nie przyniosło to jednak żadnych efektów. W końcu, kwadrans przed czternastą, jeden z funkcjonariuszy dokonał przerażającego odkrycia - zauważył chłopięcy but, pływający w błotnistej zatoczce. Chwilę później odnaleziono ciała trzech zaginionych chłopców, a West Memphis pogrążyło się w rozpaczy. 

Chłopcy byli nadzy, a ich ciała związane były ich własnymi sznurowadłami. Nadgarstki mieli przywiązane do kostek, byli okaleczeni, podejrzewano również, że przed śmiercią zostali wykorzystani seksualnie. Mogli być także zmuszani do seksu oralnego. 

Mieszkańcy byli przerażeni i pogrążeni w rozpaczy, ale równie mocno pragnęli zemsty. Rozpoczęło się śledztwo, którego celem było jak najszybsze znalezienie sprawcy, nawet za wszelką cenę. 

Pogrążona w bólu społeczność nie czekała długo - już dwa dni po odnalezieniu zwłok funkcjonariusze przesłuchali pierwszego podejrzanego. Damien Echols, sprawiający problemy osiemnastolatek miał na koncie kradzieże i akty wandalizmu, ale najmocniej obciążała go... miłość do muzyki metalowej, długie czarne włosy i mroczny wygląd. Według mieszkańców i większości funkcjonariuszy zainteresowanie okultyzmem i zamiłowanie do książek Stephena Kinga mogło pchnąć go do morderstwa. Funkcjonariusz Jones był wręcz pewien, że "Echols jest zdolny do rytualnego mordowania dzieci". Damien Echols wszystkiemu zaprzeczył, ale podczas przesłuchania przyznał, że jedna z ofiar mogła mieć rany na genitaliach. Od tego momentu regularnie wzywany był na posterunek, (często po prostu w charakterze świadka), ale w oczach mieszkańców West Memphis wyrósł już na głównego podejrzanego w sprawie. Kontrowersyjne, chrześcijańskie i postrzegane przez młodych jako zaściankowe miasteczko nie lubiło bowiem odstępstw od normy. Wymykający się wszelkim schematom Echols był więc na straconej pozycji - żądne zemsty Memphis już go osądziło. 

"Był zaskakująco bliski prawdy"

3 czerwca policja przesłuchała kolegę Echolsa, Jessiego Misskelley'a. Nieletni, posiadający iloraz inteligencji wynoszący zaledwie 72 i zdiagnozowany jako opóźniony w rozwoju chłopak przesłuchany został bez obecności rodziców, choć ci nie wyrazili na to zgody. Przesłuchanie trwało 12 godzin, a Jessie miał być zastraszany, gnębiony i jak sam później przyznał "kompletnie przerażony". Według jego późniejszych wypowiedzi, policja wymusiła na nim zeznania, które ostatecznie okazały się być jednak decydujące. Chłopak opisał jak wraz z Echolsem i jego bliskim przyjacielem, Jasonem Baldwinem porwali, maltretowali, a w efekcie również zamordowali Chrisa, Stevena i Michaela. Prawnik Jessie'go wystosował później pismo, w którym skrytykował pracę policji, wytknął błędy w postępowaniu i zanegował całe śledztwo. Było już jednak za późno. Od tego momentu Misskelley miał być sądzony oddzielnie, oddzielnie oskarżono Echolsa i Baldwina. Wszyscy trzej nie przyznawali się do winy. 

5 lutego 1994 roku Jessie Misskelley został skazany na dożywocie i dwa 20-letnie wyroki. Wyrok zaskarżono, ale Sąd Najwyższy utrzymał go w mocy. Trzy tygodnie później przed sądem stanęli Damien Echols oraz Jason Baldwin. Sąd skazał Echolsa na śmierć, a Baldwina na dożywocie. Choć Echols utrzymywał, że nie ma z morderstwem nic wspólnego, a wszystkie szczegóły, które podał na przesłuchaniu, znał po prostu z telewizji, sąd uznał, że był zaskakująco bliski prawdy. Obrona i część opinii publicznej krytykowała sposób przeprowadzenia śledztwa, na jaw wyszło również mnóstwo nieścisłości, a prawnik Jessiego nazwał dochodzenie "niespełniającym żadnych norm". W maju 1994 roku cała trójka odwołała się od wyroków skazujących, zostały one jednak utrzymane w mocy. Mimo kontrowersji wokół śledztwa część mieszkańców przyjęła wyrok z ulgą. Po latach funkcjonariusze przyznają, że nacisk społeczności West Memphis był ogromny - ktoś musiał odpowiedzieć za to morderstwo, dążono więc za wszelką cenę do szybkiego rozwiązania sprawy. Mężczyźni zostali osadzeni, Jessie i Jason mieli pogodzić się z dożywotnim wyrokiem, a Echols czekać na śmierć. W 2007 roku nastąpił jednak przełom w sprawie. 

"Straciliśmy całą szóstkę"

Minęło trzynaście lat, a skazani, Echols, Baldwin i Misskelley, wciąż nie przyznawali się do winy. W 2007 roku zbadano wreszcie DNA zostawione na miejscu zbrodni - nie pasowało ono do żadnego z osadzonych mężczyzn. W kolejnych miesiącach wychodziły na jaw szokujące zaniedbania w śledztwie. Dość wspomnieć o znalezionym u ojczyma małego Stevena scyzoryku, który chłopiec miał zawsze przy sobie czy próbach wpływania na decyzję przysięgłych przez oskarżenie. Jesienią 2007 roku prawnicy Echolsa złożyli w sądzie komplet dokumentów, niezbędnych do ponownego rozpatrzenia sprawy, a wręcz natychmiastowego zwolnienia swojego klienta. Przedstawiono w nich szokujące dowody DNA łączące miejsce zbrodni... z wspomnianym ojczymem małego Stevena oraz pogrążające go zeznania byłej żony. Wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy został wstępnie odrzucony, po wniesieniu apelacji Sąd Najwyższy Arkansas zgodził się jednak na przedstawienie nowych dowodów w sprawie. 

Sprawą "trójki z Memphis" zainteresowały się media z całego świata, murem za oskarżonymi stanęły również gwiazdy, takie jak idol Echolsa, wokalista grupy Pearl Jam, Eddie Vedder czy aktor Johnny Depp. Vedder przy każdej możliwej okazji apelował o uwolnienie mężczyzn, organizował również specjalne koncerty i zbiórki pieniędzy - zebrane fundusze zespół w całości przeznaczał na opłacenie adwokatów i kolejne badania DNA. 

- Mimo wszystko jestem wdzięczny, że mieszkam w kraju, który pozwala mi mieć jeszcze jakąkolwiek nadzieję. Gdyby Damien został stracony, byłaby to dla mnie tragedia, której nie potrafię sobie nawet wyobrazić - apelował. 

Vedder przyznał również, że kiedy koszty procesów niebezpiecznie rosły, a w sprawę angażowało się coraz więcej osób, odwiedził Damiena i prosto w twarz zadał mu pytanie, czy jest odpowiedzialny za śmierć chłopców. Odpowiedź, którą uzyskał umocniła go w przekonaniu, że musi zrobić wszystko, by Echols wyszedł na wolność:

- Po prostu powiedział "nie", ale wiem, że czuł, że może mi powiedzieć jeśli było inaczej. Widziałem badania, znałem dowody, wiedziałem, że jest niewinny, ale musiałem usłyszeć to od niego. Musiałem widzieć go, gdy w twarz odpowiada mi na to pytanie - wspominał potem w wywiadzie. 

Najmocniej zaangażowana w sprawę była jednak... żona Echolsa, Lorri, którą poślubił w więzieniu w 1999 roku. Para poznała się, gdy Lorri postanowiła napisać do osadzonego list - nigdy nie wierzyła w jego winę i początkowo chciała po prostu podnieść go na duchu. W efekcie poznała bratnią duszę i miłość swojego życia, dla której była w stanie sporo poświęcić. Para musiała jednak uzbroić się w cierpliwość - lata mijały, a sprawa posuwała się do przodu bardzo wolno. 

Po miesiącach długich negocjacji, w sierpniu 2011 roku Damien, Jason i Jessie opuścili w końcu więzienie. Cała trójka zawarła nietypową ugodę - wykorzystano mechanizm prawny, który formalnie utrzymuje wszystkie zarzuty, skazani uznają zgromadzone przeciwko nim dowody, jednak utrzymują swoją rzeczywistą niewinność. Sędzia ogłosił wyrok - łącznie 18 lat i 78 dni pozbawienia wolności oraz 10 lat w zawieszeniu. Mężczyźni nie mogą również ubiegać się o odszkodowanie od państwa. Ta ugoda podzieliła osoby zaangażowane w uwolnienie mężczyzn - wiele z nich sądzi, że jest po prostu niesprawiedliwa, morderca wciąż pozostaje na wolności, a nowy proces i ponowne przedstawienie wszystkich dowodów mogłyby zaprowadzić go przed wymiar sprawiedliwości. Dla trzech mężczyzn, którzy najważniejsze lata swojego życia spędzili za kratkami, ugoda była jednak wygraną - mogli wreszcie zacząć nowe życie. 

Życie po śmierci

Damien Echols w swojej szokującej książce "Życie po śmierci" opisuje ze szczegółami piekło, które przeszedł w więzieniu. Oskarżony o morderstwo trzech niewinnych chłopców mógł tam liczyć na wszystko, co najgorsze. By przetrwać, uciekał w świat fantazji, pisał (jeden z jego tekstów ukazał się na płycie Pearl Jam) oraz tworzył prace malarskie - część z nich wystawiła w 2016 roku galeria w Los Angeles. Jego konto na Instagramie poświęcone jest głównie sztuce, żonie i kotom. Cała rodzina żyje dziś w Nowym Jorku. 

Jason Baldwin po wyjściu z więzienia zamieszkał w Austin. Baldwin chce wykorzystać swoje doświadczenie i pomagać niesłusznie skazanym. Jako nastolatek uznawany był za wyjątkowo zdolnego i obdarzonego wieloma talentami, szykował się do pójścia na studia, miał sporo zainteresowań - dziś chciałby nadrobić stracony czas. Jessie Misskelley od wyjścia z więzienia nie udziela się publicznie. 

Społeczność West Memphis mocno przeżyła zbrodnię i towarzyszący jej proces. Przepełnieni nienawiścią i żądzą zemsty rodzice małych chłopców już kilka lat po procesie apelowali o wznowienie śledztwa i wskazywali na szereg nieprawidłowości.

- West Memphis nie straciło trójki dzieciaków. Straciło całą szóstkę i to jest w tym wszystkim najgorsze - powiedział w wywiadzie jeden z mieszkańców. 


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje