Reklama

Reklama

Tuna. Gwiazda Instagrama

Oto historia gwiazdy mediów społecznościowych i zawodowego poprawiacza humoru, małej, zabawnej znajdy, która dzisiaj ma ponad 2 mln obserwujących. To wynik, o którym większość polskich influencerów może tylko pomarzyć. Przeczytaj fragment książki Laury Greaves o kudłatych bohaterach zatytułowanej "Pies zawodowiec".

Każdy rekin biznesu był kiedyś płotką. Henry Ford był najstarszy z sześciorga rodzeństwa; dzieciństwo spędził na farmie i co niedzielę zasuwał na piechotę do kościoła sześć kilometrów, a swoją słynną firmę założył dopiero w wieku 40 lat. Steve Jobs, syn syryjskiego imigranta, współzałożyciel giganta technologii, Apple, pierwsze biznesowe kroki stawiał w garażu przybranych rodziców - po tym, jak wyleciał ze studiów. Sir Richard Branson jeszcze jako nastolatek prowadził dyskont z płytami muzycznymi w jednym z londyńskich kościołów - dziś należąca do niego Virgin Group to konglomerat składający się z ponad 400 firm.

Reklama

Historia Pana Herschela Burnsa, gwiazdy mediów społecznościowych, lepiej znanego pod pseudonimem Tuna (Tuńczyk), również zaczęła się skromnie. Jego droga ku sławie rozpoczęła się pewnego zimnego niedzielnego ranka w grudniu 2010 roku na jednym z bazarów Los Angeles.

Courtney Dasher niedawno przeprowadziła się do miasta z Atlanty w stanie Georgia w pogoni za karierą projektantki wnętrz. Uwielbiała swoją pracę, miała wielu przyjaciół i znajomych oraz bujne życie towarzyskie, mimo to czuła się nieco zagubiona w swoim nowym domu. Jej znajoma prowadziła dom tymczasowy dla zwierząt, w którym akurat opiekowała się pitbullem. Zasugerowała Courtney to samo rozwiązanie - dom tymczasowy zawsze oznaczał towarzystwo. Courtney nie miała wtedy bladego pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak domy tymczasowe dla zwierząt. Dorastała w miejscu, w którym zawsze było mnóstwo zwierząt - jej ojciec mieszkał na wsi, a matka miała trzy psy rasy cockapoo pochodzące z hodowli - mimo to Courtney nie zdawała sobie sprawy z istnienia całego systemu ochrony i ratownictwa zwierząt.

Zaintrygowana, wypytała koleżankę o szczegóły. Dowiedziała się, że wiele psów - albo znajd, albo odebranych właścicielowi lub hodowcy - potrzebuje domu tymczasowego do czasu, aż fundacja znajdzie im nową rodzinę. Uznała to za świetne rozwiązanie dla siebie. Już wcześniej rozważała adopcję psa, pół żartem, pół serio deklarując znajomym, że jeśli nie wyjdzie za mąż przed trzydziestką, sprawi sobie mopsa. Courtney miała wtedy 28 lat i doszła do wniosku, że krótkoterminowa opieka nad psem czekającym na stałą adopcję to znakomita okazja do przetestowania siebie w roli psiej mamy.

Natychmiast pomyślała o miejscowym bazarku, na który lubiła zaglądać w niedzielę w drodze z kościoła; niewielka fundacja zawsze wystawiała tam stoisko z kilkoma zwierzakami do adopcji. Courtney już wcześniej zwróciła uwagę na klatki z psami i kotami, ale nie wiedziała do końca, o co chodziło. Po rozmowie z koleżanką wybrała się na stoisko i powiedziała wolontariuszce, że chciałaby spróbować swoich sił w opiece zastępczej. Wyjaśniła też, że z racji mieszkania w kawalerce, pracy na cały etat i bujnego życia towarzyskiego nie czuje się gotowa na pełną adopcję. W odpowiedzi wolontariuszka zaproponowała jej przygarnięcie dowolnego zwierzęcia na tydzień.

Do świąt Bożego Narodzenia zostały wówczas dwa tygodnie. Courtney z radością wzięłaby do domu wszystkie urocze pieski ze stoiska, ale jej uwagę przyciągnął zwłaszcza jeden - swoją mocno cofniętą dolną szczęką. Niestety okazało się, że ktoś już wstępnie zarezerwował psiaka. Courtney szukała więc dalej, aż zauważyła maleńkiego szczeniaka, który - choć ubrany w sweterek - trząsł się z zimna. Smętnie zwiesił głowę i wyglądał na głęboko przybitego, niepewnego siebie i spragnionego miłości. Dla Courtney pozostałe psy jakby zniknęły. Smutny czteromiesięczny maluch drżący z zimna mimo sweterka również miał tyłożuchwie i niesamowicie pomarszczony kark. Dla Courtney to była miłość od pierwszego wejrzenia. "Uważam, że już kiedy byłam dzieckiem, Bóg wyposażył mnie w serce do kochania niekochanych. Jestem bardzo wrażliwa na innych ludzi, wyczuwam ich emocje. Gdy zobaczyłam tego pieska, od razu pomyślałam, że jest taki biedny i tak bardzo potrzebuje miłości, że po prostu muszę go wziąć do domu i kochać całym sercem", wspomina.

Szczeniak był kundelkiem, mieszanką chihuahua z jamnikiem (jamniki są znane w Stanach Zjednoczonych jako psy parówki). Został znaleziony 200 kilometrów od Los Angeles - ktoś porzucił go na poboczu drogi w okolicach San Diego. Fundacja zgarnęła podrzutka do schroniska w Los Angeles, gdzie przejęła go Robin Faber - wolontariuszka, z którą Courtney rozmawiała na bazarze i która bierze do siebie psy z przepełnionych schronisk. "To niesamowita kobieta, a to, co robi, jest wspaniałe", zachwyca się Courtney. Robin dała pieskowi na imię Wormy (Robaczek) - był tak uległy i przerażony, że zamiast chodzić, czołgał się po podłodze. Courtney to imię całkiem przypadło do gustu; żartuje, że jako dziecko uwielbiała owady, więc natychmiast poczuła więź łączącą ją z psinką.

Więcej o książce dowiesz się TUTAJ>>

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje