Reklama

Reklama

Violetta Villas: Jaką była córką, jaką chciała być mamą?

Dorosłe życie zaczęła jako bardzo młoda dziewczyna. Cały czas brakowało jej wsparcia emocjonalnego najbliższych. Swemu dziecku też nie potrafiła go dać, chociaż się starała...

Była trzecim z kolei  z czwórki potomków Bolesława i Janiny Cieślaków. Wszyscy oni zjechali do Polski w 1946 r. Czesia miała wtedy  8 lat. Urodziła się w Belgii, gdzie jej ojciec pracował jako górnik w kopalni, a mama zajmowała się dziećmi. Bardzo chcieli po wojnie wracać do kraju, przybyli więc na Ziemie Odzyskane i zajęli dom po Niemcach w Lewinie Kłodzkim koło Kudowy. Naokoło też mieszkali przyjezdni z różnych stron dawnej Polski. Trzeba było zarabiać na życie, toteż mama Czesi poszła do pracy jako bufetowa. Ojciec jako "wartościowy element", czyli robotnik, który wrócił  z Zachodu do ludowej ojczyzny, został komendantem milicji. Ale rychło stracił to stanowisko, bo... trafił do więzienia. Ponoć przymykał oczy na przemyt przez granicę.  

Reklama

Kiedy wyszedł, zatrudnił się na kolei. Jako muzyk-samouk założył też zespół, z którym występował na imprezach. Ojciec miał ambicje  nauczyć dzieci gry na różnych instrumentach  i niestety, tłukł maluchy podczas lekcji, czym popadło. Mama zaś nie miała wpływu na męża... Wprawdzie czuł do Czesi słabość, bo podobno umiała mu się sprzeciwić, lecz i ona dostawała smyczkiem po palcach. Grała wtedy na skrzypcach w szkolnym zespole, a śpiewała głównie w łazience i na łąkach. 

Czesia bardzo chciała wyrwać się w świat i wierzyła, że się kiedyś uda. A to przyśniła się jej Matka Boska  i przepowiedziała karierę, a to sama miała przeczucie. Była pełną wyobraźni dziewczynką z warkoczami, za które ciągnęli ją koledzy ze szkoły. Gdy podrosła, robiła sobie  z nich żarty. Razem z koleżanką umawiały się z kilkoma amantami w tym samym miejscu, o tej samej godzinie, a potem ich podglądały, żeby się przekonać, jakie mają miny. - Te dziewczyny nas do grobu wpędzą! - żaliła się pani Cieślakowa mamie tej drugiej. Ojciec też się martwił. Widział, że Czesia bardzo rozwinęła się fizycznie i zaczyna spotykać się z chłopakami. Nie chciał słuchać jej marzeń,  że wyfrunie w świat - świetnie wiedział, czym to grozi, bo sam nie był obojętny na wdzięki kobiet. Toteż ucieszył się, gdy na horyzoncie pojawił się porucznik wojsk pogranicza, Piotr Gospodarek. 

Villas utrzymywała  potem, że ojciec zmusił ją do małżeństwa. W każdym razie sąd wyraził zgodę na ślub 16-latki z 21-letnim mężczyzną. Wkrótce przyszedł na świat ich syn Krzysztof. Ale wczesne macierzyństwo nie przyćmiło marzeń młodej matki o karierze. Czesia chciała występować! Czuła, że to jej prawdziwe powołanie, w które nie wierzył nikt poza nią. Zwłaszcza mama, bardzo skupiona na codziennych sprawach, uważała, że dziewczyna żyje mrzonkami. Powtarzała, że nikt na nią nie czeka w wielkim świecie. "Mama była dla mnie największym autorytetem i największym krytykiem" - powiedziała Villas po latach. Pani Cieślakowa nie umiała dać córce tego, czego potrzebowała - wsparcia psychicznego  i wiary w jej talent. Chciała, żeby Czesia była jak inne - dobrą żoną, matką. Ponoć nieraz przez nią płakała... A powody do łez szybko się znalazły. 

Pewnego dnia  Czesia wsiadła  do pociągu, który zawiózł ją do Szczecina. Wreszcie pełnoletnia, mogła robić, co chciała, zdała więc do średniej szkoły muzycznej. Próbowała pogodzić naukę z rolą matki. W jej rodzinie potem mówiono, że "wzięła synka na barana" i uciekła razem z nim. Zamieszkali ponoć na poddaszu, gdzie kilkumiesięczny chłopczyk się rozchorował, więc po dwóch tygodniach odwiozła go z powrotem. Ale nie rezygnowała z kontaktów z synkiem; już po roku przeniosła się do szkoły we Wrocławiu, jak mówiła - po to, żeby częściej odwiedzać chłopca. Pewnie chciała, lecz nie wyszło, bo syn twierdził potem, że ją poznał jako czterolatek. Bił się z dziećmi na podwórku, gdy podeszła młoda pani i powiedziała, że jest jego mamą. Zdziwił się. "Dla mnie mamą była babcia" - opowiadał już dorosły Krzysztof Gospodarek. Ojca też przy nim nie było: nie zniósł roli porzuconego męża i wyjechał na dobre z Lewina. Czesia zaś to przyjeżdżała, to wyjeżdżała... Przeniosła się do Warszawy,  a tam jeden z profesorów załatwił jej przesłuchanie  w radiu. Głos Czesi bardzo się spodobał muzykom. Wymyślono jej pseudonim estradowy (imię sama wybrała,  nazwisko wzięli z książki telefonicznej), radio wyemitowało pierwszą piosenkę. Poczuła, że łapie wiatr w żagle. W 1961 r. zaśpiewała w Sopocie: "Dla ciebie, miły". Synkiem zaś opiekowali się dziadkowie.

Dopiero gdy chłopczyk skończył 7 lat, zabrała go do siebie. Próbowała wtedy wynagrodzić mu nieobecność. "Ona nie miała pieniędzy, a ja zobaczyłem w kiosku karabin. I za ostatnie pieniądze mi go kupiła. Starała się... na pewno się starała. Ale jak teraz na to patrzę, to ona nie wiedziała, co zrobić z dzieckiem. Przerastało ją to" - wspominał dorosły Krzysztof Gospodarek. Zatrudniła więc nianię. Potem zostawiła z nią 10-latka przed wyjazdem na trzyletni kontrakt do Las Vegas. Dzieckiem zajmowali się też znajomi i babcia. "Przyślij dziecku kapiszony"- pisała do córki pani Cieślakowa. Przysłała więc  i zaprosiła syna do Ameryki. Spędził u niej wakacje, oglądał na estradzie u szczytu kariery. Grali razem na automatach, śmiali się, pili colę. Ale musiał wracać do kraju. 

Bliskiej więzi już nie nawiązali. Gdy wróciła z USA, nie wiedziała, co począć z nastolatkiem, który sprawiał kłopoty w szkole. Sama awanturowała się pod wpływem uzależnienia od alkoholu. Bolało ją załamanie kariery, niespełniona miłość.  Syna nieraz zostawiała samemu sobie. A Krzysztofowi nie udało się nigdy nakłonić jej,  by poszukała pomocy  u specjalistów...

Tekst: Dorota Filipkowska

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje