Reklama

Reklama

Babcia idealna

Rozpieszczanie wnucząt to przywilej babci, ale to, co wyprawiała moja teściowa, nie mieściło się w głowie! Mąż trzymał jej stronę i wcale nie dostrzegał problemu, a kiedy wspomniałam o zapisaniu synka do żłobka, przestał się do mnie odzywać. Kiedy powiedzieliśmy matce Marcina, że zostanie babcią, nie posiadała się z dumy, a mnie traktowała jak królową. - I pamiętajcie, że dopóki sił mi starczy, będę bawiła swoje wnuki - oznajmiła stanowczo, choć byłam dopiero w drugim miesiącu ciąży.

Michałek urodził się zdrowy i silny. Z radością spędzałam z nim czas, odpoczywając od stresującej pracy. Po urlopie macierzyńskim musiałam wrócić do firmy i choć trudno było się rozstać się z moją kruszynką, wiedziałam, że jest w dobrych rękach.

A może do żłobka...
Na początku wszystko układało się świetnie. Codziennie zawoziliśmy Michała do babci i odbieraliśmy go po pracy. Był zadowolony, zdrowy - czego chcieć więcej? Mijały miesiące i nawet się nie obejrzeliśmy, jak najważniejszy człowiek w rodzinie dmuchał świeczkę na swoim pierwszym urodzinowym torcie.

Reklama

- A może by tak zapisać Michałka do żłobka? - zagadnęłam męża któregoś dnia. - Jest przebojowy, ciągnie go do dzieci, na pewno sobie poradzi.

- Chyba żartujesz! - Marcin był oburzony. - Nie słyszałaś, jak tam dzieciaki chorują? Oddałabyś dziecko obcym? Nie spodziewałem się tego po tobie!

- Jesteś niesprawiedliwy - oponowałam. - Chciałam tylko powiedzieć, że mały na pewno czułby się dobrze w grupie. Przecież mama też potrzebuje chwili wytchnienia!

Głodne, samotne małe dziecko

Marcin był nieprzejednany. Roztoczył przede mną wizję odtrąconego, niedożywionego i nieszczęśliwego dziecka, które wyrodni rodzice oddali do obcych na poniewierkę. Nie chciałam się kłócić, postanowiłam odłożyć ten temat na jakiś czas. Nie rozumiałam jego złości. Przecież sam chodził do żłobka, a potem do przedszkola i wyrósł na samodzielnego, zaradnego mężczyznę - w przeciwieństwie do swojego młodszego brata, którego do samej zerówki niańczyła mama i tak jej zostało. Bartoszek nie odrobił zadania, jeśli mamy przy nim nie było, a kiedy był chory, to ona przepisywała za niego lekcje z zeszytu kolegi. "Nie mogę tak skrzywdzić swojego dziecka" - pomyślałam.

Dzień przed majowym długim weekendem przyjechaliśmy po Michała wcześniej niż zwykle. Już od progu usłyszeliśmy jego śmiech.

Beztroska teściowej

- Co tu się dzieje?! - wykrzyknęłam, widząc, jak nasza latorośl, trzymana za rączki przez rozanieloną babcię, skacze w najlepsze po stole.

- O, już jesteście - przywitała nas mama. - Michałek to uwielbia, trudno go potem namówić do zejścia.

- Wcale się nie dziwię - burknęłam pod nosem. - Mamo, proszę, nie rób tego więcej, bo niedługo mały nam wejdzie na głowę.

- Przecież to jeszcze dziecko! - teściowej nie opuszczał dobry humor.

- A to co? - zapytałam na widok czerwonego "malowidła" na ścianie. - Przepraszam, mamo, zaraz to zmyję.

- Ależ nic się nie stało, Jolu - uspokoiła mnie teściowa. - Pozwoliłam Michałkowi malować, bo w przyszłym miesiącu i tak planuję mały remont.

Ręce mi opadły. Nie chciałam się kłócić, ale beztroska teściowej mnie przerażała. Czy ona nie widzi, że psuje Michałka? Nic dziwnego, że mały robi z nią, co chce, skoro na wszystko mu pozwala! Rozumiem, że rozpieszczanie wnuka to święte prawo babci, ale bez przesady! Jakby tego było mało, mój mąż trzymał stronę mamusi i w ogóle nie widział problemu.

- Jak możesz krytykować mamę?! - niemal na mnie krzyczał, kiedy wracaliśmy do domu. - Nie stać nas na opiekunkę, bez mamy nie dalibyśmy rady!

- Kochanie, ja naprawdę doceniam jej pomoc - starałam się trzymać emocje na wodzy. - Ale to nie usprawiedliwia pozwalania dziecku na wszystko!

Niestety, nic do niego nie docierało. A kiedy powiedziałam, że rozmawiałam z kierowniczką żłobka i że są wolne miejsca, przestał się do mnie odzywać. Byłam w kropce, zupełnie nie wiedziałam, co robić. Przecież to absurd, żebyśmy przez Michałka, ulubieńca całej rodziny, skakali sobie do oczu! Na szczęście Marcin zachował resztki zdrowego rozsądku.

Historie rodzinne

- Przepraszam, byłem niesprawiedliwy - powiedział po dwóch cichych dniach, kiedy wymienialiśmy tylko zdawkowe "cześć". - Zobaczymy ten żłobek? No, nie patrz tak na mnie - uśmiechnął się. - Oprócz przeprosin, jestem ci winien jeszcze wyjaśnienie. Posłuchaj...

A więc to dlatego mama Marcina nigdy nie wspominała o swojej teściowej, a jeśli już padało jej imię, okropnie się denerwowała...- pomyślałam, kiedy Marcin skończył swoją opowieść.

Wiedziałam tylko, że babcia Marcina mieszka pięćdziesiąt kilometrów od naszego miasta i że od początku była przeciwna małżeństwu jego rodziców, bo miała inną kandydatkę na żonę dla swojego jedynaka. - To tylko wierzchołek góry lodowej - wyjaśnił Marcin. - Mama zawsze wszystko robiła nie tak. Była "niezaradna", "niegospodarna", "bez wykształcenia", a do tego "za niska" i "za chuda". Babcia, choć nie pracowała, nigdy nie chciała się mną zająć. Tego właśnie mama nie może jej wybaczyć.

Mieszkali wtedy niedaleko, a ona mimo to odmówiła opieki nade mną. Kiedy mama wróciła do pracy, musiała oddać mnie do żłobka. Rodzicom było ciężko, musieli wstawać o piątej, by zdążyć na autobus. Dopóki żył tato, trzymał stronę mamy i jakoś dawali radę. Ale z babcią poszło już prawie na noże. Nie zdążył się z nią pogodzić. Jego nagła śmierć jeszcze bardziej odsunęła babcię od nas. Przeprowadziła się do swojej siostry i kontakt się urwał. Obie z mamą są tak samo uparte...

Babcina miłość

To smutne... - Mam tylko nadzieję, że ona nie opiekuje się Michałkiem tylko dlatego, by się "odegrać" na swojej teściowej i pokazać, że jest lepsza - pomyślałam z przerażeniem.

Sytuacja była naprawdę delikatna. Postanowiliśmy z Marcinem stopniowo przygotować mamę do naszego planu zapisania Michałka do żłobka. Niechcący pomogła nam w tym przypadkowo spotkana dawna koleżanka teściowej. Marcin, sobie tylko znanymi sposobami, namówił ją, by wyciągnęła mamę z domu na jakieś zakupy albo plotki. Przecież tak dawno się nie widziały!

Teściowa, co można było przewidzieć, wymówiła się opieką nad wnuczkiem. Pani Marysia nie dała jednak za wygraną i odwiedziła mamę w domu. Zupełnie "przypadkiem" opowiedziała jej o swoich wnukach i o tym, jak pomaga córce i zięciowi, trzy razy w tygodniu odbierając dzieciaki z przedszkola. Ziarenko zostało zasiane, czekaliśmy na efekty.

"Przyjazny" żłobek

- Wiesz Marcinku, była u mnie Marysia, pamiętasz, ta, z którą pracowałam w urzędzie - oznajmiła któregoś popołudnia teściowa.

- Tak? Niemożliwe! - udaliśmy zaskoczonych. - To ona wróciła z Francji?

- Namawia mnie na wspólny wyjazd do koleżanki w góry na dwa, trzy dni.

- To świetnie, mamo, jedź koniecznie, odpoczniesz sobie od tego urwisa - powiedzieliśmy zgodnym chórem.

- A Michałek? - zapytała tonem, który zdradzał, że naprawdę chce jechać, ale boi się zaniedbać swój "obowiązek" opieki nad wnukiem.

Pierwsza część planu się powiodła - pani Marysia wywabiła mamę z domu. Przyszła pora na część drugą.

- Jak tu ładnie i kolorowo! - dziwiła się teściowa, spacerując po korytarzu żłobka.

- Chcecie państwo zobaczyć salę? - uśmiechnięta pani w zielonym fartuszku wskazała nam drzwi. - Zapraszam, właśnie są zajęcia muzyczne.

Zaśmiewaliśmy się do łez patrząc na szkraby tańczące z opiekunką w takt piosenki o krasnoludkach. Rozmowa z kierowniczką żłobka bardzo uspokoiła mamę.

- Obiecajcie mi, że jeśli Michałkowi się tu nie spodoba, natychmiast przywieziecie go do mnie - powiedziała "groźnym" tonem, kiedy opuściliśmy beztroską krainę krasnoludków.

- Ma się rozumieć, mamo!

Uff, udało się. Michałek, po kilku trudniejszych dniach, polubił żłobek, a babcia ma teraz sporo czasu na ploteczki z panią Marysią. No i czuje się bardzo ważna, bo tylko ją pisemnie upoważniliśmy do odbierania Michałka ze żłobka.

Weź udział w dyskusji: O czym marzą nasi dziadkowie?

MWMedia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje