Iza bella!

Delikatna, eteryczna blondynka. W rzeczywistości dziewczyna z charakterem. Izabella Miko wierzy, że jeśli się bardzo chce i ciężko pracuje, można osiągnąć wszystko. Nawet to, co wydaje się nierealne: Zrobić karierę w Hollywood.

"Kim jest Iza Miko?". Od dwunastu lat mieszkam w Stanach, zagrałam w kilkunastu amerykańskich produkcjach. W kraju bywałam regularnie, ale przyjeżdżałam na krótko - tydzień, dwa, góra miesiąc. To zrozumiałe, że mało kto o mnie słyszał.

Reklama

Przypadkiem w recenzji jednego z moich filmów związanych z tańcem - "W rytmie hip-hopu 2" (reż. David Petrarca) - pojawiła się wzmianka, że jestem Polką. Przykuło to uwagę producentów filmu "Kochaj i tańcz". Kiedy zaproponowano mi rolę głównej bohaterki - Hani, długo się wahałam. Ale teraz, po trzech miesiącach pracy, nie umiem sobie wyobrazić, że mogłabym nie być częścią tego wspaniałego przedsięwzięcia.

Reżyser Bruce Parramore i choreograf Jarek Staniek są niezwykle utalentowani. Ich artystyczna pasja poruszyła moje serce i umysł. Na początku lipca skończyłam zdjęcia i wkrótce wracam do Los Angeles. W Stanach rozpoczyna się promocja dwóch filmów z moim udziałem: komedii Bena Gourleya "Repo" i musicalu "Dark Streets" w reżyserii Rachel Samuels. W Polsce mieszkają moi rodzice, brat z rodziną, są przyjaciele z dawnych lat. Ale z drugiej strony w Ameryce ułożyłam już sobie życie. Może kiedyś uda mi się połączyć te dwa światy?

Podobno najpierw tańczyłam, a dopiero potem nauczyłam się chodzić. Kiedy zaczęłam mówić, wszystkim wokół powtarzałam, że zostanę baletnicą. Koledzy i koleżanki z podwórka na Powiślu wiedzieli, że oszczędzam nogi dla wyższego celu i na trzepak nie wejdę.

W szkole baletowej na Moliera zajęcia trwały od rana do wieczora, a ja dodatkowo w sobotę przychodziłam na salę z magnetofonem i ćwiczyłam. Padałam ze zmęczenia, ale i tak ciągle byłam krytykowana. Po kryjomu głodziłam się, bo w szkole w kółko słyszałam, że "w klasie nie ma żadnej chudej tancerki". Ambicja wygrywała. W czwartej klasie szkoły baletowej dostałam dwumiesięczne stypendium w School of American Ballet w Nowym Jorku - uśmiech losu.

Wcześniej na warsztatach tanecznych w Poznaniu jednym z nauczycieli był amerykański choreograf. Uczył nowej techniki tańca. Zauważył moją chęć do eksperymentowania. Kilka miesięcy później siedziałam w samolocie. Miałam zaledwie 15 lat, kiepsko mówiłam po angielsku, w szkole byłam jedyną Polką. Ciężko pracowałam, ale tu podejście do uczniów było inne. Robiłam postępy, wyróżniono moją choreografię stworzoną specjalnie na prośbę dyrektora New York City Ballet. Przekonałam się, że praca plus talent plus wytrwałość przynoszą efekty. Dwa miesiące stypendium przedłużyły się do dwóch i pół roku.

Nie pamiętam już, jakie wrażenie zrobił na mnie Nowy Jork. Pierwsze dziesięć dni spędziłam z mamą, która przyleciała razem ze mną do Stanów, żeby pomóc mi się urządzić. Już pierwszy dzień bez niej rozpoczął się napadem i kradzieżą torby z pointami. W Nowym Jorku byłam kompletnie sama, ale przedziwnie szczęśliwa.

Tu mieszkają ludzie z adrenaliną i wariackim podejściem do życia. Odpowiadało mi to. Nowy Jork dał mi szansę. Wiem, że rodzice mi ufali, gdyby podejrzewali, że zrobię coś głupiego, nigdy by mi nie pozwolili na ten wyjazd. Byliśmy z bratem mądrze wychowywani.

Kiedy Sebastian spotykał się z dziewczyną, mama mówiła, że jeśli chcą się całować, to w domu, zamiast chowając się po parkach. Tata, pijąc raz do roku piwo, pokazywał butelkę i tłumaczył: "To jest alkohol, ludzie to piją, niektórzy się upijają. Chcecie spróbować - OK, tylko przy mnie". Ani ja, ani brat nigdy nie wpadliśmy w nałogi, nie buntowaliśmy się. Bo i przeciwko komu, przeciwko czemu?

W Stanach szybko dorosłam. Żeby zarobić na baletki - pracowałam. Trudne do wymówienia nazwisko Mikołajczak skracano do Miko. Tak już zostało.

Dowiedz się więcej na temat: Hollywood | aktorstwo | miłość | rodzice | Iza Miko

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje