Reklama

Reklama

Brian Scott: Gujańskie wychowanie

W Polsce panuje przeświadczenie, że dzieci, będąc rodzicom wdzięczne za to, co zrobili, nie powinny o nich zapominać na starość. A w Gujanie jest tak, że rodzice nie chcą mieszkać z dziećmi i wychowują cię, żebyś odszedł z ich domu - opowiada Brian Scott, "Pierwszy Murzyn RP" - dziennikarz mieszkający w Polsce od 1985 roku.

Przeczytaj fragment książki "Pierwszy Murzyn RP" - Brian Scott o Polsce, mediach i polityce w rozmowie z Marią Mazurek:

Kiedy myślisz o swoim dzieciństwie w Gujanie, to towarzyszy ci jakieś wspomnienie, które szczególnie cię wzrusza?

Reklama

- Tak. Słowa mojego ukochanego ojca Josepha Scotta. Ojciec zabrał nas kiedyś na spacer na plantację trzciny cukrowej. Obok niej było takie ekskluzywne getto - system brytyjski działał w taki sposób, że zawsze przy fabryce, instytucji, szkole, szpitalu mieszkali najważniejsi menedżerowie, kadra zarządzająca. Wszyscy, oczywiście, biali. Żyli na zamkniętym terytorium, luksusowym, z basenami w środku i z dwumetrowym ogrodzeniem zakończonym kolcami.

Grodzili się ze strachu?

- Grodzili się raczej, żeby pokazać, że tu mieszkają oni - ważni biali ludzie. Oni nie byli wcale zagrożeni, nikt nie miał zamiaru ich zabić czy skrzywdzić. Ba, wszyscy ich wręcz podziwiali. My mogliśmy w okresie kolonializmu, ale też długo po nim, tylko dążyć do tego, aby być jednym z ich trzeciorzędnych pracowników. Tak wysoko jak oni nigdy nie mieliśmy szans dojść. Najpierw był biały menedżer, potem jego zastępca, następnie jego asystent, a my mogliśmy, jeśli mieliśmy szczęście, być dopiero pod nim. Za tym zakończonym kolcami ogrodzeniem były wystawne domy, baseny, stajnie dla koni, korty do tenisa ziemnego. Wiesz, że nauczyłem się pływać dopiero kilka lat temu w Polsce, tylko dlatego, że moje dzieci się uczyły? Przysięgam na Boga, w Gujanie nigdy nie pływałem, choć jest tam mnóstwo zbiorników wodnych. Rodzice zawsze nam mówili: "Nie wolno do tej wody, trzeba uważać, tam jest aligator, węże". I połowa Gujańczyków nie potrafi pływać. A o pływaniu w basenie nie było mowy. Zawsze uważałem, że pływanie w basenie, jazda konna i tenis ziemny są dla białych ludzi. Daję słowo, tak myślałem. Tak widziałem świat, gdy byłem murzyńskim chłopcem. Wracając do tego wspomnienia: ojciec zabrał nas przed to ekskluzywne getto, spojrzał na nie, na nas i powiedział: "Dzieci moje, mam tylko jedno marzenie: żeby pewnego dnia chociaż jedno z was tak mieszkało".

Mieszkało któreś?

- Mój młodszy brat. Nie tylko mieszkał w takim ekskluzywnym getcie, ale był też później ważnym menedżerem. Kiedy w 2008 roku zabrałem moją żonę i dzieci do Gujany - to była chyba najważniejsza podróż w moim życiu - żeby pokazać im, gdzie są moje korzenie, skąd jestem, to mieszkaliśmy chwilę u mojego brata, w takim samym domu, w jakim kiedyś żyli kolonizatorzy. I tam był basen.

Od kiedy w Gujanie nie ma takiego podziału?

- Uzyskaliśmy niepodległość w 1966 roku, a republiką staliśmy się cztery lata później. Ale z własnego wyboru zdecydowaliśmy się zostać we wspólnocie brytyjskiej, bo to przynosi nam więcej korzyści, niż gdybyśmy w niej nie byli. Gdy wracam do Gujany dzisiaj, widzę projekty, które są fundowane przez Unię Europejską. Z jakiej racji? Przez kontakt z Wielką Brytanią. Oprócz tego na terenie Gujany przebywa ambasador Unii Europejskiej.

Ile miałeś lat, gdy byłeś na tym spacerze?

- Dziesięć, może jedenaście.

Opowiedz o swoim rodzeństwie.

- Mój najstarszy brat, Randolph, jest synem tylko mojego taty. Ale zawsze był z nami, więc moja mama kochała go jak swoje dziecko.

A co się stało z jego biologiczną mamą? Umarła?

- Nie. Jego mama po prostu wiedziała, że Randolph będzie miał lepsze życie z naszym ojcem niż z nią. I tak zdecydowała.

Twój tata rozwiódł się z jego matką?

- Oni nigdy nie byli małżeństwem. Mój ojciec ożenił się raz - z moja mamą. Przecież wolno mieć dziecko bez małżeństwa. Czy każda Polka ma dziecko ze swoim mężem?

Nie.

- No właśnie. Nie wiem dużo o mamie Randolpha, ale wiem dużo o nim, bo to jest mój ukochany starszy brat. Byłem u niego we wrześniu 2015 roku, mieszka na Long Island w Stanach.

Co robi?

- Przeszedł już na emeryturę, ale jest pastorem. Tak jak jego ojciec ma trzech synów i jedną córkę. Jest magistrem filologii angielskiej, przez jakiś czas pracował jako uniwersytecki nauczyciel. Mój ojciec, który nie skończył studiów, i matka, która nie była w high school, wychowali swoje dzieci tak, że wszyscy synowie skończyli wyższe uczelnie.

Po Randolphie urodziłeś się Ty?

- Nie. Najstarsza z naszej gromady jest moja siostra Hazel. Cztery lata starsza ode mnie. W tym roku poszła na emeryturę, była urzędnikiem państwowym. Mieszka w Gujanie. Założyła rodzinę, ale jej mąż już nie żyje. Trzeci z kolei jest Michael. To jemu zawdzięczam to, kim teraz jestem.

Dlatego nazwałeś swojego syna Michael?

- Tak. Na jego cześć. Michael jest moim bohaterem, moim najukochańszym bratem, jest tylko dwa lata starszy ode mnie, ale jego mądrość jest niesamowita. To socjolog, profesor uniwersytecki. Doradca wielu międzynarodowych organizacji, łącznie z Organizacją Narodów Zjednoczonych. Mieszka w tej chwili w Gujanie, ale większość roku spędza na podróżach po wielu krajach na całym świecie.

Po Michaelu urodziłeś się Ty, a później...?

- Po Michaelu urodziłem się ja, a dwa lata później Floyd. Między dziećmi w rodzinie Scottów zawsze były dwa lata różnicy. Floyd to mój kochany młodszy brat. Tak jak ja studiował w Europie Wschodniej, jest inżynierem.

Gdzie konkretnie?

- W Kijowie. Ale odwiedzał mnie często w Polsce, zna bardzo dobrze nasz kraj.

- No i mamy jeszcze najmłodszą siostrę Shurlę. Ona niezupełnie jest naszą siostrą, ale tak ją traktujemy.

Czyli - kim jest?

- Gdy wszyscy byliśmy już dorośli, samodzielni i opuściliśmy dom, to wtedy Hazel sprowadziła tu dziecko, którego matka uciekła ze szpitala, zostawiając bobasa zaraz po narodzinach na pastwę losu. Wtedy moja rodzina była już znana. Ojciec był najpierw merem, później kimś w rodzaju wojewody, przewodniczącym całego regionu. Rodzina Scottów jest w Gujanie bardzo szanowana. Mój ojciec był bardzo sprawiedliwym człowiekiem, takim ponadrasowym, mocno wierzył w Boga, ale nie był fundamentalistą. Podobnie zresztą jak moja mama, nie pozwolił skrzywdzić żadnego człowieka, nawet jeśli ten skrzywdził jego. Czy tacy ludzie mogliby odmówić temu przyniesionemu przez Hazel dziecku szansy na lepsze życie?

- Shurla ma teraz trochę ponad trzydzieści lat. Mieszka w Gujanie, jest dekoratorką wnętrz, jedną z najbardziej znanych w całym regionie. Przygotowuje śluby - zajmuje się dekoracją tortów i całych sal. Teraz powoli wchodzi do lokalnej polityki, startowała ostatnio w wyborach na radną.

A pamiętasz rozmowy w rodzinie o tym, co z tym dzieckiem zrobicie, czy powinniście je brać do siebie? Czy może nie było gadania, tylko szybka decyzja: bierzemy je i koniec kropka?

- Nie było gadania. Po prostu: jest dziecko, którego mama uciekła ze szpitala, bierzemy je, bo taki jest nasz ludzki obowiązek. Tyle. Po latach mój ojciec użył swoich wpływów, by znaleźć biologiczną matkę Shurli. I ona ją poznała, a także swoje rodzeństwo. Ma z nimi kontakt do dzisiaj.

Ile lat miała, kiedy poznała swoją biologiczną mamę?

- Około trzynastu.

Dlaczego chcieliście ją odnaleźć?

- Uważaliśmy, że to jest fair, po prostu. Z tego samego powodu przez tyle lat prowadziłem program o mniejszościach narodowych w Polsce. Bo to jest po prostu ważne, kim człowiek jest, kim się czuje, jaki jest jego bagaż, jaka tożsamość. Bo bez tożsamości nie da się żyć.

Jak daleko mieszkała matka?

- Z tego, co wiem, była w Anglii. Ale kiedy doszło do ich pierwszego spotkania, mieszkałem już w Polsce, więc nie znam szczegółów.

A wiesz, jak tłumaczyła swojej córce, dlaczego zostawiła ją w szpitalu?

- Nigdy nie pytałem o to Shurli. Wiem, że moja siostra zawsze mówiła z dumą: "Jestem Scott, nikim innym". Shurla ma świetną relację z biologiczną matką i na pewno jej wybaczyła, starała się ją zrozumieć, ale jej rodziną jest rodzina Scottów. Jej mamą jest moja mama, jej braćmi - moi bracia. A jej ojciec Joseph Scott nie żyje.

I Shurla mieszka z waszą mamą dalej?

- Nie, Shurla ma swoje mieszkanie. Mimo że moja mama jest już starszą osobą, nie wyobraża sobie żyć z dziećmi, być dla nich - jak uważa - ciężarem. W Polsce panuje przeświadczenie, że dzieci, będąc rodzicom wdzięczne za to, co zrobili, nie powinny o nich zapominać na starość. A w Gujanie jest tak, że rodzice nie chcą mieszkać z dziećmi i wychowują cię, żebyś odszedł z ich domu. I moja mama, choć mój brat Michael wybudował piękny dom w stolicy z całym apartamentem dla niej, żeby była blisko, konsekwentnie odmawia przeprowadzki. Mówi, że będzie mieszkała tam, gdzie ojciec wybudował dla nich dom.

Powiedziałeś, że to, kim jesteś, zawdzięczasz Michaelowi. Dlaczego?

- Bo to on namówił mnie na wyjazd do Europy. Kiedy wyjeżdżałem z Gujany w 1985 roku, byłem ostatnim dzieckiem rodziców, które opuściło dom. Czasami nawet mama mi mówi, że miała dla mnie najwięcej może nie miłości, ale serca i cierpliwości, bo urodziłem się wcześniakiem i musiała o mnie walczyć.

Kiedy wyjeżdżałeś, miałeś już dwadzieścia pięć lat.

- Tak. I byłem najmłodszym radnym w historii naszej miejscowości. Powiem nieskromnie, że miałem przed sobą perspektywę błyskotliwej kariery politycznej, byłem wiceprzewodniczącym ruchu młodzieżowego. Strasznym radykałem, postrachem ludzi dojrzałych i starszych, bo walczyłem jedynie o młodych. Wprost głosiłem, że my, młodzi, stanowimy sześćdziesiąt procent społeczeństwa, a zatem sześćdziesiąt procent dochodu narodowego brutto powinno być wydawane na nas. Bo inaczej będzie rewolucja.

Jak to ugrupowanie się nazywało?

- The Young Socialist Movement - YSM. Tak, byłem socjalistą. Wpływowym młodym politykiem, wytypowanym na kolejnego mera miasta.

Twój ojciec też był merem, prawda?

- Tak. Problem polegał na tym, że nie miałem poparcia prezydenta kraju, który musi mianować merów. Wprawdzie należałem do tej samej partii co prezydent, ale nie zgadzałem się z nim. Nie podobało mi się w ogóle, że to on typuje mera. Uważałem, że merem powinna być osoba, która zostaje wybrana demokratycznie i nominowana przez radnych. Jeśliby tak było, wygrałbym. Ale był nakaz z góry, że ma być ktoś inny. I zacząłem z tym walczyć.

- Mój ojciec i ja przez kilka dni nie rozmawialiśmy ze sobą, bo on, poprzedni mer, był tą osobą, która przekazuje instrukcje i decyzje prezydenta kraju niżej. Czyli na przykład: "Słuchaj, panie Scott, następnym merem będzie pani Maria Mazurek. Macie tak to zorganizować, żeby wszyscy zrozumieli. Ona będzie nominowana, mają być zamknięte możliwości dla wszystkich innych kandydatów. Bo to ona ma zostać merem, tak uważam i koniec kropka". Więc ojciec przekazał mi, że jakaś kobieta ma zostać merem, a ja się sprzeciwiłem. I zaczęła się taka nieprzyjemna sytuacja: ja przeciwko ojcu. Bo ja nie zgadzałem się z tą decyzją, uważałem, że to niedemokratyczne.

Jak bardzo zła była atmosfera między wami?

- Pamiętam, jak ojciec mówił do mojej mamy: "Twój syn stanął dziś przeciwko mnie". Moja mama odpowiedziała: "Mój syn? Po pierwsze, nasz syn. A po drugie, przecież tak wychowałeś nasze dzieci, żeby miały własne zdanie".

- Mój brat Michael wówczas jeszcze nie pracował na uczelni, ale był jednym z doradców prezydenta do spraw reemigrantów, czyli wracających do kraju, wykształconych, bogatych ludzi. Michael już wtedy był więc dość wpływowy. Przyszedł do mnie i mówi: "Ptaki ćwierkają, że zaczynasz sprawiać problemy. To niedobrze. Uważam, a jako twój brat mam do tego prawo, że to nie jest najlepsza droga. Okej, możesz być merem, ale co zostawisz po swojej kadencji? Nie masz wyższego wykształcenia, nie masz niczego". To był 1984 rok. Michael powiedział: "Jesteś cholernie inteligentny, skończyłeś college z bardzo dobrym wynikiem, idź na studia". Więc to on załatwił mój wyjazd do Europy, ja tylko składałem papiery. On jest ojcem tej decyzji.

A co robiłeś między skończeniem high school a 1984 rokiem?

- Poszedłem do college’u technicznego, nazywał się PMTC - Portmourant Apprentice Training Center.

Co to jest college techniczny?

- Do czego to można porównać? Nie do zawodówki. Może do takiego naszego dobrego technikum. Jestem więc z zawodu... mechanikiem rolniczym!

Czego cię uczyli w college’u?

- Wszystkiego, co mechanik rolniczy musi umieć zrobić: naprawiania kombajnów, traktorów, elektryki i spawania. To wszystko umiem albo umiałem, bo nie wierzę, że cała ta wiedza wciąż we mnie jest. I nawet wyjeżdżając na studia do Polski, miałem zamiar zostać inżynierem, a nie dziennikarzem. Na takie stypendium zostałem wysłany. College to jest dwuletnia szkoła, gdzie wszystkie egzaminy są przygotowane przez najbardziej renomowane instytucje edukacyjne w Wielkiej Brytanii, głównie City and Guilds of London Institute.

- Po skończeniu college’u zacząłem pracować w przemyśle cukrowym jako mechanik. Wykonywałem tę pracę, gdy zacząłem być aktywny jako młody, radykalny polityk.

Skąd się wziął ten radykalizm?

- Z wychowania. Mój ojciec mówił: "Bój się tylko Boga. I żadnego żywego człowieka".

No ale musiałeś wierzyć, że to, o co walczysz i co postulujesz, było słuszne.

- Wiem, że było. Używałem także mózgu, no ludzie! To nie była tylko siła, nie byłem robotnikiem. Byłem młody, inteligentny i przekonujący dla wielu młodych ludzi, którzy poszli za mną.

Gdybyś tam został, zrobiłbyś rewolucję?

- Na pewno byłbym merem. Pewnie bym zginął, bo polityka w tamtym regionie była tak brutalna, że młodzi ludzie, którzy byli niewygodni dla władzy, nieraz po prostu znikali. Zapadali się pod ziemię. I kto wie, może mój brat uratował mi życie? Ale nie boję się śmierci. Nawet wtedy się nie bałem. Kochałem mój kraj i uwielbiałem być liderem. To było dla mnie. Lubię demokrację. Głos większości jest dla mnie święty.

-  Odkąd jestem w Polsce i mam możliwość głosowania, zawsze chodzę na wybory. Nie zgadzam się z ludźmi, którzy opowiadają bzdury, że nie mają na kogo głosować. Nonsens! Owszem, nigdy nie będziesz miał idealnego kandydata. Z prostej przyczyny - taki nie istnieje. Ale zawsze masz kogoś, przeciwko komu powinno się zagłosować, więc po prostu wybieraj najmniejsze zło. Ja tak robię. Czy kochałem te partie, na które głosowałem? Albo uważałem, że są najlepsze? Nie. Ale były lepsze od partii, o których wiedziałem, że nie chcę, żeby rządziły. Więc mój głos spowodował pomniejszenie prawdopodobieństwa, że to niepopierana przeze mnie partia zdobędzie większość. Dlatego głosuję.

Jakie są Twoje najdalsze wspomnienia z dzieciństwa?

- Chyba jakieś Boże Narodzenie, moje pierwsze zabawki... Ameryka Północna musiała mieć na nas niemały wpływ, bo pamiętam siebie jako kowboja, w tym charakterystycznym kapeluszu. Pamiętam pasek z nabojami i dwa pistolety i jak udawałem, że z nich strzelam. Pif-paf, pif-paf.

Dostawaliście prezenty pod choinkę?

- Tak. Teraz gdy o tym mówię, wydaje mi się to bardzo wzruszające. W tak biednym kraju dostawało się zabawki pod choinkę!

- Wigilia u nas, protestantów, nie ma żadnego znaczenia. Boże Narodzenie świętujemy dopiero od 25 grudnia, budzimy się z tą radosną nowiną, że Bóg się urodził, gdy my spaliśmy. I Anioł przyniósł te prezenty. Wieczór wigilijny to zwykły dzień, wszyscy idą na spacer, robią ostatnie zakupy. Najważniejszy posiłek to śniadanie bożonarodzeniowe - wtedy raz w roku jemy jakieś europejskie albo inne importowane, nie wiem skąd, produkty. Na stole jest dosłownie wszystko, w tym jabłka.

- U nas jabłka nie rosną, więc są prawdziwym rarytasem. Tylko że jabłko musi być czerwone. Gdy moja mama przyjechała do Polski, poszedłem do hipermarketu i kupiłem jej wielkie, zielone jabłko z Holandii. Przywiozłem jej, myślałem, że się ucieszy, mówię: "Proszę, dawno nie jadłaś, mamo, jabłka". A mama stwierdziła, że jest niedojrzałe i nie będzie go jadła.

Jak zapamiętałeś szkołę?

- To był duży, drewniany budynek. Szkoła nazywała się Skeldon Scots School.

Scots?

- Tak, ale to nie od mojego nazwiska przecież. Szkoły były własnością Kościoła, a ta była własnością Prezbyterian Church of Scotland. To była Scottish school. Widzę przed oczami to prowizoryczne boisko, na którym się bawiliśmy, graliśmy w krykieta. Byłem dobry w bieganiu, cholernie szybko biegałem na sto i czterysta metrów. W Gujanie rok szkolny, tak jak w Polsce, zaczyna się we wrześniu, ale u nas na początek zawsze są różne olimpiady atletyczne - najpierw etap wewnątrzszkolny, potem szkoła tworzy jedną drużynę, następnie są zawody międzyszkolne, później między gminami, między województwami i dalej, aż do stolicy. To było święto, olimpiada odbywała się tylko raz w roku, każdy chciał dojść jak najdalej, bo podróż do stolicy to była wielka rzecz. I mnie się często udawało, bo od małego biegałem szybko.

-  Zawsze wygrywaliśmy nagrody - u nas nie ma medali, bo metal jest drogi, poza tym wolimy praktyczne rzeczy. I większość kubków, talerzy, sztućców mojej mamy to są przedmioty, które jej dzieci powygrywały na zawodach. Bo wszyscy byliśmy dobrzy. Moja siostra Hazel też szybko biegała. Ciekawe, po kim to mieliśmy, bo nasz tata był przecież fajtłapą. Ale był fantastycznym, najlepszym ojcem, jakiego mogłem sobie wymarzyć.

Czym się zajmował, zanim został burmistrzem?

- Był elektrykiem.

A mama?

- Zajmowała się czymś, co dzisiaj nazwalibyśmy cateringiem, tyle że jej catering był specyficzny: zawsze dekorowała torty weselne. Pamiętam ludzi, którzy przywozili do nas do domu te wszystkie ogromne ciasta. Mama siedziała nocami przy świecach, lampach naftowych i dekorowała torty lukrami, ozdobami w różnych kolorach. Dłubała w tym godzinami.

Dobra w tym była?

- O, i to jak! I cieszyła się, że w ten sposób może pomóc mężowi. Mój ojciec nie był bogaty, nie zarabiał aż tak bardzo dużo pieniędzy. A my przecież potrzebowaliśmy ubrań, książek do szkoły. Mama musiała mu więc pomóc. Gdy teraz siedzę z moimi dzieciakami i opowiadam im, że my używaliśmy tych podręczników, z których na samym początku uczył się Randolph i wszyscy musieliśmy o nie dbać, to moi synowie nie dowierzają. Bo w Polsce co roku kupuje się dla dzieciaka nowy podręcznik.

- Ze wspomnień, które utkwiły mi w pamięci, jest jeszcze takie: mój ojciec co dwa-trzy miesiące przychodził do domu w niedzielę, mówił do dzieci: "Chodźcie, trzeba wyczyścić organizm". I dawał nam... po łyżeczce oleju rycynowego. Straszne to było. No i pamiętam jeszcze doskonale, że w brytyjskich szkołach były kary cielesne, nauczyciel mógł bić dzieci.

I dostałeś kiedyś?

- Ba, ile razy!

Za co?

- Za to na przykład, że nie zrobiłem pracy domowej - bach, biją cię. Pamiętam, że czasem uczniowie stali, a nauczyciel bił nas takim elastycznym kijem. To nie tak, że nauczyciele robili dziecku krzywdę, że byli okrutni. Po prostu takie panowały zasady. A bicie w szkołach zostało zabronione w byłych koloniach brytyjskich dopiero kilka lat temu.

Twoi nauczyciele byli Brytyjczykami?

- Różnie, ale najczęściej byli biali. Dyrektorzy szkół nigdy nie byli Gujańczykami. Teraz, owszem, dyrektorami szkół w Gujanie są nasi, ale to nowa historia kraju, która zaczęła się dopiero po ustanowieniu niepodległości w 1966 roku.

Bardzo ciepło wyrażasz się o ojcu. Brakuje ci go?

- Czy brakuje? To był najważniejszy mężczyzna w moim życiu, mój absolutny autorytet. Zmarł 16 listopada 2001 roku.

Chorował?

- Przez lata borykał się z chorobą Alzheimera. To była loteria. Czasami pamiętał, że ma syna w Polsce, a czasami nie. To straszna choroba, kiedy człowiek, który cię kocha, którego ty kochasz, nie pamięta cię i pod koniec jego dni nie możecie nawet wspólnie powspominać, przeżyć tych pięknych chwil jeszcze raz.

- Chociaż... dziwna sprawa. Moja mama mówiła, że była z nim, gdy umierał w szpitalu, i on wtedy, na krótko przed swoim odejściem, wszystko pamiętał. W obliczu śmierci pytał o nas wszystkich, mówił o tym, jak piękne miał życie obok mojej mamy, jak fajne dzieci wychowywali, jaki jest dumny.

Co najbardziej zapamiętałeś z jego pogrzebu?

- Jedno zdanie, które wypowiedziała mama w samochodzie mojego brata, gdy wracaliśmy z pogrzebu. Zdanie, które dla mnie stało się zwieńczeniem całego życia rodziców, czterdziestu lat małżeństwa przerwanego jego śmiercią. Powiedziała: "Dzieci, wasz ojciec nie był osobą bez skazy. Kłóciliśmy się czasami. Ale jest jedna rzecz, której on zawsze pilnował. On nigdy nie chciał się kłócić przy was, nigdy nie krzyczeliśmy na siebie wystarczająco głośno, zawsze robiliśmy to w naszej sypialni. I jedno wy zapamiętajcie, wy, mężowie, i wy, żony: jeśli macie jakiekolwiek problemy z waszymi współmałżonkami, nigdy nie pozwólcie, żeby te problemy przeniosły się na następny dzień. Każdy konflikt trzeba zakończyć przed nocą, gdy razem położycie się do wspólnego łóżka".

Ale jak brzmiało to jedno zdanie? Żeby nie kłócić się przy dzieciach?

- Nie, to najbardziej dobitne zdanie brzmiało: "Patrzcie, dzieci, jakie to życie jest: wyszłam za niego czterdzieści lat temu i to jest pierwszy raz, kiedy wracam do domu bez niego".

- I to była prawda. Moja matka była czternaście lat młodsza od mojego ojca. On ją wychował, rozumiesz? Gdy się pobierali, ona miała osiemnaście lat, a on - trzydzieści dwa. Ich małżeństwo było aranżowane, moja mama pochodziła z bardzo biednej rodziny. Mój ojciec nie wywodził się z bogatej, ale był starszym kawalerem, bardzo ambitnym, miał dobrą pracę, dobrze rokował. Nigdy nie pił i nigdy nie palił. I był Murzynem, który nie potrafił tańczyć, nie grał w koszykówkę i nie biegał szybko. Stanowił zaprzeczenie wszelkich stereotypów o Murzynach.

Odwiedził cię kiedyś w Polsce?

- Niestety nie. Moja mama tu była, odwiedziła nawet program Etniczne klimaty, widziała, jak był robiony. Była w moich programach w Radiu Kraków, zobaczyła szkołę, w której uczę. Cieszyła się. Była dumna. Też staram się ją odwiedzać, jeżdżę na ogół bez Uli i bez chłopaków, bo to jednak jest bardzo drogie. A swój obowiązek spełniłem w 2008 roku, gdy zabrałem żonę i dzieci do Gujany.

Dlaczego uważałeś to za swój obowiązek?

- Uważałem, że mają prawo poznać tamtą stronę rodziny. Moją. Że chłopcy powinni się dowiedzieć, skąd mają tę podwójną tożsamość. Że powinni poznać drogi bez asfaltu, którymi kiedyś chodziłem, miejscowości, które w dalszym ciągu nie mają prądu, a ludzie noszą tam wodę, żeby móc się wykąpać. Szkoły, w których nie ma światła i mogą działać tylko w godzinach, gdy świeci słońce. Albo gdzie nie ma krzeseł, gdzie nie ma nawet tablicy. A te dzieci, które się tam uczą, nie różnią się przecież od dzieciaka, którym kiedyś był ich ojciec. Ich ojciec, który chodził do takiej samej szkoły, a potem wyjechał z kraju do Polski i stał się kimś.

- Chciałem, żeby Marvell i Michael odwiedzili groby rodzinne: moich dziadków, mojego ojca, moich kuzynów. Żeby dowiedzieli się, skąd jestem, jakie tam jest jedzenie. Jacy są sąsiedzi, ci wszyscy Hindusi, Murzyni, Azjaci? Chciałem, żeby zobaczyli na własne oczy, jak w Gujanie mieszkamy blisko siebie. Chciałem, żeby przeżyli wakacje życia, żeby odkąd wylądują na miejscu, był już tylko uśmiech i radość. Radość z tego, że tam są.

Na twojej ulicy mieszkali ludzie różnych ras czy tylko Murzyni?

- My byliśmy jedynymi Murzynami na tej ulicy! Miałem kochanych sąsiadów Hindusów - Shilę i jej męża, który nazywał się Sudi. Byli dla mnie jak drudzy rodzice. Kiedy tylko zobaczyli, że idę z Ulą i chłopakami, niosąc bagaże (bo na tę ulicę nie można nawet wjechać autem, takie jest błoto) zaraz wybiegli przed dom. I od razu zapytali, czy to moja żona, moi synowie. I natychmiast ich wszystkich wyściskali. Ja zostałem przytulony jako ostatni. I wiesz, oni wtedy powiedzieli do Uli: "Pamiętaj, jesteś naszą córką".

Co dalej robiliście podczas tych wakacji?

- Podczas tych dwudziestu jeden dni moja rodzina poznała spory kawał Gujany. Ja, moja rodzina, przyjaciele staraliśmy się pokazać im jak najwięcej. Mój brat organizował spotkania, wyjazdy. Mój przyjaciel z dzieciństwa, Eon, ma restaurację i musieliśmy codziennie w niej jeść, mimo że mieszkaliśmy przecież u mojej mamy, więc i ona nam gotowała. Sąsiedzi też przywozili jakieś hinduskie smakołyki i mówili do Uli: "Córeczko, to jadł Brian, kiedy był mały. Bo wiesz, córeczko, my, Hindusi, zawsze takie rzeczy przyrządzamy na hinduskie uroczystości i dzielimy się z sąsiadami".

Myślisz, że twoja polska rodzina doceniła to, że zabrałeś ich do Gujany? Że ten wyjazd w jakiś sposób ich zmienił?

- Mój starszy syn Marvell powiedział: "Lubię rodzinę taty, bo nikt nie widzi, że jestem inny". Takie słowa wypowiedziane przez dziecko mówią bardzo dużo. Pokazują, że jednak w Polsce jest presja, że gdy rodzice spuszczą swoje dziecko z oczu, to ono może być wytykane palcami, może poczuć się gorzej. I to jest bardzo duża trudność dla tych dzieciaków, młodych ludzi. Bo jeśli mnie ktoś wytyka placami, to wytrzymuję. Gdy dochodzi do takiej sytuacji i jestem już wkurzony, to rzucam po prostu kilka porządnych, dobrych, polskich przekleństw.

Twoja ich znajomość jest, jak zauważyłam, imponująca.

- Znam polskie przekleństwa bardzo dobrze i nie mam najmniejszych problemów z ich artykulacją albo z dobraniem odpowiednich końcówek. Nie ma więc zagrożenia, że ktoś mnie nie zrozumie. Jak tylko kilka razy przeklnę, ludzie na ogół dają mi spokój. Nie muszę się bić. Nawet potrafię, ale nigdy nie uważałem, że to jest dobry sposób, by załatwiać spory. Agresja, przemoc fizyczna - to nigdy nie jest dobre wyjście.

- Mój ojciec, fantastyczny, najlepszy filozof, mówił tak: "Synuś, pamiętaj, kiedy ktoś cię poniża i nie wytrzymujesz, spróbuj z całych sił go nie uderzyć. Bo to uderzenie może być nieszczęśliwe, co może z kolei spowodować, że całe twoje życie się skończy. Zabijesz człowieka, skończysz w więzieniu albo dostaniesz karę śmierci". Bo w Gujanie istnieje kara śmierci. I dalej tata dodawał: "Pamiętaj, wychowałeś się w rodzinie chrześcijańskiej, a bycie chrześcijaninem zobowiązuje. Wysłałem was do szkoły, żebyście zdobyli edukację. Ucz się języka osoby, która cię krzywdzi. I zamiast ją bić, spróbuj powiedzieć jej coś, co będzie tak strasznie ją bolało, że ona nigdy, do końca życia, nawet leżąc na łożu śmierci, o tobie nie zapomni i nie będzie miała spokoju". I wziąłem sobie słowa taty do serca.

- Uważam nawet, że jestem specjalistą w ranieniu za pomocą słów. Potrafię powiedzieć ludziom takie rzeczy, których nigdy by się nie spodziewali. Widziałem, ile razy powiedziałem Polakom coś, co ich zatrzymało. Myślę, że nieraz nawet mieli refleksję: "Kurczę, ten facet mnie skrzywdził, ale dlatego, że to ja skrzywdziłem go wcześniej. Więc może jednak powinienem zacząć postępować inaczej?".

Opowiedz o jakiejś konkretnej sytuacji.

- Nie chciałbym opowiadać o tych rzeczach ze zbyt dużymi szczegółami, bo niektórych, z perspektywy czasu, sam się wstydzę. Nie chodzi mi nawet o przekleństwa. Są rzeczy, które potrafią zranić znacznie bardziej. Raz na przykład powiedziałem staremu mężczyźnie, który przeżył drugą wojnę światową: "Człowieku, Hitler był okrutny i bezwzględny. Ale ty jesteś dokładnie taki jak ci naziści: dręczysz człowieka, którego nawet nie znasz, tylko z tego powodu, że jest innej rasy. Jest mi bardzo przykro, że Hitler nie wykończył ciebie".

Rzeczywiście, mocne słowa. Nie za mocne?

- Nie jestem z tego dumny, ale tak powiedziałem mężczyźnie, który poniżał - albo przynajmniej próbował poniżać - mnie w tramwaju.

Jak do tego doszło?

- Jechałem z miasteczka studenckiego Akademii Górniczo-Hutniczej na ulicę Piłsudskiego w Krakowie, do Collegium Novum, na egzamin. Ten mężczyzna wsiadł do tramwaju i zdaje się, że faktycznie nie było miejsc. Ale nie widziałem go, a w tym tramwaju było dużo innych młodych osób, które, podobnie jak ja, mogły mu ustąpić i które, jak sądzę, zauważyły go wcześniej. Ale ten mężczyzna podszedł akurat do mnie i zaczął krzyczeć: "Czy pan nie widzi, że jestem starszą osobą?! Pan powinien stać!". Odpowiedziałem: "Nie wiem, czy pan uważa, że mam oczy z tyłu głowy, żeby pana widzieć, ale nie mam i nie mogłem pana widzieć wcześniej. Na pewno bym wstał z własnej, nieprzymuszonej woli, gdybym tylko zdawał sobie sprawę, że pan się za mną znajduje".

-  Ale on brnął dalej: "U was, w Afryce Południowej, Murzyni nie mają nawet prawa jeździć tramwajem, a pan tu siedzi jak król". I tego typu rzeczy mówił. I wtedy mu powiedziałem, co miałem powiedzieć. Przecież to on zaczął mi ubliżać z powodu koloru skóry i sugerować, że nie mam nawet prawa z Polakami jechać jednym tramwajem.

To było dawno temu.

- Tak, ale również dzisiaj, w 2016 roku, w Polsce dalej działają organizacje neonazistowskie. Narodowcy mogą legalnie chodzić po ulicach i nikt ich za to nie karze. Przecież gdy w Stanach Zjednoczonych złapią członków Ku Klux Klanu, to koniec z nimi. Oni działają tylko w podziemiu i nawet nie chcą się do tego przyznać. A u nas neonaziści chodzą bezkarnie, a nawet jeśli któryś z nich trafi do sądu, to zaraz słychać o niskiej szkodliwości społecznej. Więc uważam, że wszystko, co jest związane z rasizmem, nazizmem, antysemityzmem, całą ideologią drugiej wojny światowej, powinno być w tym demokratycznym państwie surowo i zgodnie z prawem karane. Nie powinno być faszystowskich organizacji, Polacy za dużo wycierpieli. Jak można być Polakiem i z przyjemnością nosić swastykę na swoich ubraniach, mając jednocześnie świadomość, że dziadkowie, pradziadkowie tu, w Polsce, tyle wycierpieli?

- Naprawdę czuję się Polakiem, kocham ten kraj, jestem bardzo dumny z moich osiągnięć i tego, co robię. Mój wielki idol Martin Luther King apelował, by nie oceniać człowieka po jego kolorze skóry, ale po jego charakterze. Bardzo bym chciał, żeby taki dzień nadszedł. Bo na razie ludzie w ten sposób myślący są w mniejszości, choć owszem, ta mniejszość się powiększa.

- Ale dalej jest mnóstwo osób, które uważają, że nie mam prawa nazywać się Polakiem, tylko dlatego, że mam inny kolor skóry i że nie urodziłem się w Polsce. Czy ktoś zbudował jakąś maszynę, która mierzy, jak bardzo ktoś kocha Polskę? Czy ktoś może stwierdzić, że na przykład Zbigniew Ziobro kocha Polskę bardziej niż Brian Scott? Przecież kiedy Brian Scott przyjechał do tego kraju, zaczął go poznawać i w nim studiować, Zbigniew Ziobro był jeszcze nastolatkiem, miał piętnaście lat. I ta Polska należy do mnie tak samo jak do niego.

Fragment książki "Pierwszy Murzyn RP" - Brian Scott o Polsce, mediach i polityce w rozmowie z Marią Mazurek. Wydawnictwo WAM. Premiera: 12 września 2016.

   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje