Reklama

Filipek musi polecieć do USA!

Jeszcze wczoraj wydawało się, że szczęśliwe zakończenie jest w zasięgu ręki. Dzięki ofiarności wielu ludzi dobrej woli, w tym też czytelników Interii, finał zbiórki na leczenie małego Filipka był już blisko. Niestety, przeszkody się piętrzą.

Okazuje się, że transport chłopca do Stanów Zjednoczonych nie jest możliwy w ramach regularnych połączeń. Linie lotnicze nie mogą podjąć ryzyka i odmówiły przewiezienia tak chorego pacjenta. Słowem, konieczny jest specjalistyczny transport medyczny (odpowiednio przystosowany samolot, a w nim zespół medyków), aby Filip mógł bezpiecznie dolecieć do celu.

Koszty transportu znacznie przewyższają koszt samej operacji - do kwoty zbiórki trzeba doliczyć ponad milion złotych...Te astronomiczne sumy są absolutnie poza zasięgiem rodziny chłopca. Czas też nie jest sprzymierzeńcem walczących - schorowane serce Filipa ma coraz ciężej, nie pomogły mu też ostatnie fale upałów - powoli zaczyna się poddawać, a do tego dopuścić nie można! Siniejąca skóra i opuchnięte ciało to sygnały alarmowe, czas się kończy. "Pomocy!" - pisze mama.

Reklama

Przypomnijmy - już w 24. tygodniu ciąży było wiadomo, że coś jest nie tak, jak być powinno. Diagnoza: poważna wada serca. Można pomyśleć, że w dzisiejszych czasach, w tej epoce lotów w kosmos to nic takiego, chłopiec przejdzie operację i wszystko będzie w dobrze! I wtedy padły te słowa. Te straszne słowa ze ust lekarki: "To, że żyje w brzuchu, nie znaczy, że będzie żył po porodzie". Jak ma poczuć się matka słysząc coś takiego?

Trzy operacje zaplanowano zanim jeszcze chłopczyk się urodził. A po narodzinach, zamiast w matczyne objęcia, Filip trafił w ręce lekarzy, bo od razu konieczna była intensywna reanimacja.

Serce jednokomorowe, nieprawidłowy spływ żył płucnych, nadciśnienie płucne, brak przepływu krwi z lewego płuca do serca - tak złożony zespół wad, jak się okazało, wymagał nie trzech, ale siedmiu operacji ratujących życie. Do tego seria zabiegów, a wszystko to pod narkozą. Każde zapadnięcie w ten sen oznacza kolejne obciążenia dla organizmu. I znowu strach, bo  każda narkoza to ryzyko komplikacji, przede wszystkim ataku padaczki - ostatni trwał ponad dwie godziny.

Chłopiec codziennie przyjmuje 16 lekarstw mających wspomóc pracę serca. W tym roku przedłużające się zapalenie płuc dodatkowo wycieńczyło jego organizm. Po blisko pięciomiesięcznym pobycie w szpitalu malec zapomniał, jak się chodzi - jego nogi nie chciały go nieść. Musiał i tego nauczyć się od początku.

Teraz, gdy wizja operacji ostatniej szansy nabierała realnych kształtów, na rodzinę spadł kolejny cios. Ponad milion złotych na przelot do zebrania na już. Każdy się załamał, ale nie matka walcząca o życie własnego dziecka! Dlatego raz jeszcze musi poprosić o pomoc - serce Filipka nie może się zatrzymać!

Kliknij tutaj, aby pomóc.

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama