Reklama

Reklama

"Pierwsze kroki wśród ludzi"

"Pierwsze kroki wśród ludzi" to książka Hanny Olechnowicz. Lektura podpowie świeżo upieczonym rodzicom, jak budować relację z dzieckiem i jak stworzyć z nim prawidłową więź.

Od urodzenia gotowe do współżycia z ludźmi - "zarażanie się" uczuciami  

Każdemu chyba zdarzyło się popłakać w kinie. Właśnie w kinie, bo tam jest ciemno i nikt nie widzi naszych łez. Na co dzień nie zawsze możemy sobie na to pozwolić, często nawet nie dopuszczamy do siebie wzruszenia na widok cudzych nieszczęść, nie pozwalamy porwać się współczuciu. Wtedy bowiem musielibyśmy pomóc, zdobyć się na wysiłek, poświęcić komuś swój czas, a to przecież nie zawsze jest możliwe. Dlatego też właśnie w kinie ujawniamy szczególnie łatwo swoją prawdziwą naturę człowieka jako istoty społecznej.

Reklama

Nieszczęścia bohaterów stają się naszymi nieszczęściami, ich radości naszymi radościami. Wychodzimy — i często jeszcze przez pewien czas czar trwa; poruszamy się, uśmiechamy i mówimy tak jak "on" albo "ona". Oczywiście jest to naiwne, ale też i ludzkie. Ta właściwość człowieka, która każe mu "współbrzmieć" uczuciowo z innymi ludźmi, stanowi przecież o przynależności do gatunku ludzkiego.

Oto przykłady, często zresztą cytowane. Gdy śpiewak zachrypnie, wiele osób spośród publiczności bezwiednie chrząka. Gdy podczas meczu sportowego wraz z zawodnikiem "dobiegniemy" wreszcie do mety, rozluźniają się nasze mięśnie i wydajemy, kto wie, czy nie równocześnie z nim, westchnienie ulgi. Zdolność do "współbrzmienia uczuciowego" jest wrodzona.

Aby jednak ujawniła się i rozwinęła w pełni, musi zostać rozbudzona. Można przecież urodzić się z talentem muzycznym i przez całe życie nie natrafić na sposobność, by go rozwinąć. Podobnie ma się rzecz ze zdolnością do współbrzmienia uczuciowego. Pierwszą i najwcześniejszą szkołą uczuć człowieka jest rodzina, zwłaszcza zaś kontakt z matką. Pierwszy uśmiech małego dziecka zwrócony do matki nie jest przecież niczym innym, jak pierwszym widocznym przejawem współuczestnictwa uczuciowego z istotą te go samego gatunku. Począwszy od tego momentu, będącego punktem zwrotnym w uczuciowym rozwoju dziecka, uczy się ono cieszyć radością swych bliskich i smucić ich troskami, matka zaś odpowiada mu tym samym. W ten sposób dziecko staje się z biegiem lat coraz to czulszym "odbiornikiem" i "nadajnikiem" uczucia.

A jeśli takiej "szkoły uczuć" zabraknie?

Znane są opisy pierwszego zetknięcia z ludźmi dwóch małych dziewczynek hinduskich porwanych i wychowywanych przez zwierzęta. Po kilkuletnim pobycie wśród wilków widok człowieka budził w nich tylko jedno uczucie: strach. Wiele pisano o niedorozwoju sfery uczuciowej u dzieci od maleńkości pozbawionych opieki macierzyńskiej — u wychowanków domów małych dzieci.

Tak zwana choroba sieroca, której te dzieci ulegają, charakteryzuje się między innymi częściową, a nierzadko niemal całkowitą, niezdolnością do wymiany uczuciowej z drugim człowiekiem, przy czym niezdolność ta może się utrzymać do wieku dojrzałego jako trwała wada rozwojowa osobowości. Nawet u dzieci wychowywanych w rodzinie nie zawsze występuje owo współuczestnictwo uczuciowe pomiędzy rodzicami a dziećmi.

Z niedostatkami rozwoju współuczestnictwa uczuciowego spotykamy się zwłaszcza w warunkach uprzemysłowionej cywilizacji wielkomiejskiej. Zazwyczaj zauważa się to późno, gdy dziecko już stało się trudne, gdy stosunki pomiędzy rodzicami a dziećmi stały się naprężone, wreszcie — bo i takie być mogą konsekwencje zaburzeń porozumienia uczuciowego — gdy dziecko popadło w konflikt z prawem. Korzeń zła tkwi jednak zazwyczaj, choć nie zawsze, we wzajemnej obcości, której narastanie rozpoczęło się już w najwcześniejszym dzieciństwie.

Omówione fakty stanowią dodatkowy argument przemawiający za ogromnym znaczeniem owej najwcześniejszej wymiany uczuciowej pomiędzy dzieckiem a jego najbliższymi. To najważniejsze zadanie wychowawcze wobec małego dziecka spoczywa na rodzicach i oni to muszą rozwinąć w nim zdolność do dawania i przyjmowania uczucia. Dziecko tylko w gronie swoich najbliższych może poznać całą bogatą gamę uczuć. Od nas zależy, aby wyrosło na człowieka o subtelnej wrażliwości, umiejącego trwale kochać i umiejącego czerpać pełnię przeżyć z kontaktu z ludźmi — słowem, aby osiągnęło pełnię człowieczeństwa.

Naśladownictwo - niezbędny etap uspołecznienia  

Naśladownictwem nazywamy — w odróżnieniu od "zarażania się" uczuciem — odtwarzanie ruchów i czynności niekoniecznie połączonych z wyraźnie widocznym stanem uczuciowym. W każdym okresie rozwoju dziecka spotykamy się z innymi nieco przejawami naśladownictwa. Najwcześniejsze jest to naśladownictwo, które można by nazwać zwierciadlanym: niemowlę bez żadnej świadomości tego, co czyni, naśladuje proste ruchy warg i języka, proste gesty. Naśladowanie następuje natychmiast, niemal równocześnie ze wzorem. Drugim rodzajem jest współdziałanie naśladowcze.

Dziecko naśladuje już nie tylko ruch, ale i końcowy wynik czynności dorosłego, jak na przykład otwieranie i zamykanie pudełeczka. Trzecim rodzajem naśladownictwa jest przejmowanie ról społecznych, to jest naśladowanie przeróżnych czynności otoczenia, początkowo nie zawsze ze zrozumieniem ich celu, przy czym w miarę dojrzewania psychicznego dzieci naśladują coraz to bardziej skomplikowane formy zachowania się dorosłych.

Początki mowy są również związane z naśladownictwem. Każdy z tych przejawów naśladownictwa jest inny, wspólną jednak ich cechą jest to, że u normalnego dziecka naśladownictwo jest jakby początkowym ogniwem łańcucha samodzielnych, inteligentnych czynności. Z pojęciem naśladownictwa łączy się wiele określeń ujemnych, na przykład małpowanie, owczy pęd, bezmyślne powtarzanie, jednak u małego dziecka naśladownictwo jest normalnym i koniecznym etapem rozwojowym.  

Najwcześniejsze przejawy naśladownictwa 

Już w drugim miesiącu życia dziecko zaczyna naśladować uśmiech. Umie go odtwarzać, bo natura dawno przygotowała potrzebny mechanizm ruchowo-mięśniowy. Nawet malutkie wcześniaki zdają się czasem uśmiechać. Francuzi nazywają ten nieświadomy skurcz warg "uśmiechem do aniołków". Ale gdy dziecko kilkutygodniowe odpowiada na uśmiech, dzieje się coś więcej. Widok uśmiechu matki przykuwa całą uwagę niemowlęcia. Wpatruje się ono w nachyloną nad nim uśmiechniętą twarz i stopniowo odtwarza już nie tylko sam skurcz warg, ale i uśmiech oczu z malutkimi kurzymi łapkami w kącikach powiek.

Kilkutygodniowe niemowlę jest skłonne uśmiechać się do każdego bez wyboru. Jest to początkowo jak gdyby niezależne od jego woli, w drugim półroczu natomiast uśmiecha się już raczej do bliskich i znanych osób. Samo zaczepia uśmiechem i dlatego począwszy od tego okresu nie będziemy już skłonni zaliczać uśmiechu do kategorii naśladownictwa, staje się on bowiem dobrze już opanowanym narzędziem porozumienia społecznego, w dowolny sposób przez dziecko używanym.

Ta "przymusowość" we wczesnych stadiach naśladownictwa, przypominająca niekiedy automatyzm na przykład ziewania, sprawiała wiele kłopotów psychologom pragnącym wyjaśnić to zjawisko. Zacytuję tutaj dane z interesującej pracy dr Aliny Jankowskiej.

Jedna z prób stosowanych przez Autorkę polegała na skłanianiu dzieci do wysuwania języka i ściągania ust. Boguś D., wiek 3 mies. "Na widok wysuniętego języka dziecko przestaje się uśmiechać, robi szereg prób: porusza ustami, krzywi się, oblizuje, wysuwa stopniowo język. Wciąga i wysuwa go wielokrotnie, mruczy, gaworzy". Roman B., wiek 4 mies. Naśladuje ruch ściągania ust. "Przygląda się badającemu, oczy i głowa zwrócone do eksperymentatora, ciało sztywne, jak automat otwiera usta coraz szerzej i zamyka je gwałtownie. Potem następuje rozciąganie i ściąganie ust, wykonane dokładnie według wzoru i powtórzone kilkakrotnie".

We wszystkich niemal obserwacjach dzieci w czasie tego eksperymentu poważnieją, wykazują wyraźne skupienie uwagi. Podobne eksperymenty dotyczące naśladowania wysuwania języka i innych ruchów przeprowadził na własnych dzieciach badacz angielski C. W. Valentine. I on również uzyskał ruchy naśladowcze języka. Autor ten czyni niezmiernie ciekawą próbę wytłumaczenia mechanizmu tego zjawiska. Wychodzi on ze słusznego założenia, że zakres uwagi małego dziecka, a zwłaszcza zdolność dzielenia uwagi, to jest zauważania kilku rzeczy równocześnie, jest bardzo ograniczony.

Gdy coś niezwykle interesującego przykuje jego uwagę — a taką najbardziej dla dziecka interesującą rzeczą jest twarz ludzka — wszystko inne jakby przestawało istnieć. Stan ten, chwilowy oczywiście, wykazuje według Valentine’a pewne podobieństwo do stanu człowieka zahipnotyzowanego, który również niezdolny jest do skierowania uwagi na cokolwiek poza osobą i nakazami hipnotyzującego, i dlatego pozwala sobą dowolnie kierować. Na poparcie swego śmiałego przypuszczenia cytuje Valentine taki oto fakt z życia.

Na meczu lekkoatletycznym skoczek pręży się do skoku. Widownia, zafascynowana, wpatruje się z zapartym tchem. W tym momencie psycholog robi ukradkiem migawkowe zdjęcie pewnego poważnego profesora, dziekana jednego z wydziałów uniwersytetu. Na zdjęciu widać wyraźnie, że dziekan wpatruje się w startującego skoczka i jednocześnie całkowicie bezwiednie przyjmuje pozycję jego ciała: nogi zgięte, całe ciało sprężone do skoku. Oto — mówi Valentine — taka sama sytuacja jak w przypadku małego dziecka, tak zafascynowanego nową dla siebie i w jakiś sposób emocjonującą czynnością, że bezwiednie, automatycznie ją odtwarza. To pozornie proste tłumaczenie mechanizmu naśladownictwa nie jest jeszcze oficjalnie przyjęte przez naukę, ale na pewno nie jest nieprawdopodobne. Bez wątpienia niemowlę naśladuje przede wszystkim ludzi bliskich, których widok jest dla niego najbardziej interesujący.

Dowiedz się więcej na temat: wychowanie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje