Reklama

Reklama

Związek z młodszym partnerem

Ukrywają swój związek, czasem się go wstydzą, a jednak... tak trudno zerwać. „Przy nim czułam się beztroska jak na studiach” – opowiada Edyta. „Znów odkryłam, czym może być seks” – mówi Hanna. Dojrzałe kobiety wybierają młodszych partnerów, bo taka miłość odświeża, daje poczucie, że wciąż są atrakcyjne. No i jeszcze ten zakazany owoc.

Edyta 46 lat, prawniczka, Robert 27 lat, rehabilitant

Reklama

Nigdy nie myślałam, że dojrzała kobieta jest w stanie uwieść dwudziestolatka. To przecież mężczyźni wiążą się z młodszymi. Dla nich porzucają „stare” żony. Byłam taką porzuconą żoną. Po moich 44. urodzinach mąż, naukowiec z doktoratem, zamieszkał ze swoją studentką. Tłumaczył: „To silniejsze ode mnie, nie mogę już dłużej okłamywać serca”. Kiczowate, prawda?

W dodatku w ustach informatyka. Płakałam. Błagałam, żeby został. Myślałam: to moja wina. Bo się zestarzałam, za mało starałam, byłam zbyt zmęczona, wyśmiewałam naprężone od botoksu twarze koleżanek, zamiast też go sobie wstrzyknąć. Gdy się wyprowadził, poczułam się oszukana. Kupowałam dziesięciocentymetrowe szpilki, desperacko szukałam faceta, ale nikogo nie mogłam poznać. Właściwie mężczyzn już dla mnie nie było. Pamiętam, jak na 45. urodziny koleżanki sprezentowały mi pakiet w biurze matrymonialnym dla vip-ów.

– „Postaramy się panią z kimś umówić, ale ostrzegam: mężczyźni szukają bezdzietnych trzydziestolatek – usłyszałam. – W porządku, mogę spotkać się z pięćdziesięcioparolatkiem – powiedziałam. – Właśnie o nich mówię” – konsultantka posmutniała. Powiedziałam jej o moim byłym łysiejącym mężu i wpatrzonej w niego atrakcyjnej gówniarze. „Świat jest okrutny dla kobiet”, przyznała. Oczywiście, że nie zwróciłam na Roberta uwagi. Nie w „tym” kontekście. Młody, przystojny, umięśniony. Czyli nie dla mnie. Jak go poznałam? Był rehabilitantem. Trafiłam do niego po upadku na nartach, z zerwanym więzadłem kolanowym.

Powiedział, że uśmiecham się jak Julia Roberts. Nie on pierwszy to zauważył, więc za trafiony komplement zostawiłam mu napiwek. Trzy razy w tygodniu masował mi nogę, coraz więcej gadaliśmy. Znał się na filmach, praktykował buddyzm, no i patrzył mi w oczy dłużej, niż powinien. Jak to sobie tłumaczyłam? „Pewnie jest taki dla wszystkich kobiet”. Podczas ostatniej rehabilitacji pomagał mi wstać z łóżka, a potem nie chciał puścić mojej ręki. – „Umów się ze mną na kawę – zaproponował.

– Ile masz lat?” – zapytałam. – Dwadzieścia siedem”. „Idź, co ci szkodzi”, namawiała przyjaciółka. „Chłopakom teraz trudno dogadać się z pannami w ich wieku, wolą starsze kobiety”, dodawała inna. Poszłam. Wypiliśmy kawę. Kolejnego dnia wino i... wylądowaliśmy w jego wynajętej kawalerce.

Myślałam, że tak namiętny seks istnieje tylko w filmach

„Co ty robisz? Młodszych od ciebie ma pewnie dziesiątki”, powtarzałam sobie w myślach, gdy wracałam do domu nad ranem. Ale nie miał. Żonkile, tulipany, lizaki z napisem: „love”, serca z czekolady. Przysyłał mi je do biura. Pisał, dzwonił.

Czytałam jego sms-y z rumieńcami. Rozjaśniłam włosy, zaczęłam nosić dżinsy, buty na płaskim obcasie, bo wyglądałam w nich młodziej. Faceci w firmie się za mną oglądali. Wciąż myślałam o Robercie. Nie chciałam przedstawiać go szesnastoletniej córce, więc spotykaliśmy się w jego kawalerce. Wyglądała jak miejsce, w którym mieszkałam na studiach. Materac na środku pokoju, sterta brudnych naczyń w zlewie, pusta lodówka. Nie przeszkadzało mi to, znów czułam się beztroska, młoda.

Częstował mnie kawą rozpuszczalną z saszetek i winem za trzynaście złotych, które piliśmy w szklankach. Odmiana po wiecznie niezadowolonych facetach w moim wieku. Po mężu, który chodził wyłącznie do drogich restauracji i zawsze coś było nie tak. Stolik stał za blisko kuchni, brakowało konkretnego wina w karcie.

Poniżał kelnerów za niedostateczną, jego zdaniem, wiedzę na temat szczepów i aromatów. Robert zabierał mnie do tanich barów. Nie obchodziło go nic dookoła – niemrawa obsługa, niedoprawiona zupa, cieszył się, że jest ze mną, że może trzymać mnie za kolano. Buntował się, kiedy chciałam płacić, więc kolacje najczęściej jedliśmy w jego kawalerce.

Robił kajzerki z nutellą albo żółtym serem. Wiecznie na diecie nie jadłam ich latami! Nie widział niczego niestosownego w robieniu kanapek na kolację i to mi się podobało. Nie martwiłam się kaloriami ani tym, że w moim wieku biała mąka odkłada się w biodrach.

Pamiętam, jak zabrał mnie do leśniczówki, którą odziedziczył po dziadkach. Od lat nie spałam w tak spartańskich warunkach, ale poczułam dziką radość, gdy zaproponował ziemniaki z ogniska. Odetchnęłam. Przy nim nie musiałam się spinać, udawać lepszej, niż jestem. Dopóki byłam z mężem, nie wyobrażałam sobie wakacji w hotelu poniżej pięciu gwiazdek.

Luksusem rekompensowałam sobie brak bliskości w związku, marne partnerstwo. Teraz już nie musiałam. Byłam z facetem, który nie zadręczał mnie historiami o spadających słupkach sprzedaży, o problemach w pracy, bo jeszcze ich nie miał. Jeszcze wierzył, że sukces ma przed sobą, że osiągnie wszystko.

„Zrobię licencję pilota, kupię awionetkę”, mówił, a wtedy i ja przypominałam sobie o swoich marzeniach. O nauce hiszpańskiego. Zapisałam się na lekcje! Zaskakiwał mnie tym, że umiał słuchać. „Opowiedz mi o tej sprawie. Odzyskałaś dla tej firmy pieniądze?”, dopytywał. Podziwiał mnie, nie konkurował ze mną, bo przecież nie mógł porównywać się z kobietą starszą o dwadzieścia lat. A kiedyś mąż kpił z moich sukcesów w pracy, wypominał, że nie dostałam się na aplikację.

Dla Roberta byłam wybitną prawniczką. A może też na taką się przed nim kreowałam? On mi wierzył. Gdy córka jechała na weekend do ojca, zapraszałam Roberta do domu. Spinał się w moim mieszkaniu. „Te lampy pewnie kosztowały cię majątek”, mówił. Czasem dogryzał: „Sterylne i zimne to wnętrze”.

Albo pytał: „Co zamożna i piękna kobieta robi z takim biedakiem jak ja?”. Rozśmieszał mnie tym, bo ja nie mogłam uwierzyć, że taki chłopak jest ze mną. Przecież mam cellulit i zmarszczki. Widziałam, jak patrzą na niego małolaty. Słyszałam w sklepie ich śmiech za naszymi plecami.

Taka scenka: Robert chciał płacić za zakupy, ale powiedziałam „Daj spokój” i wyciągnęłam kartę. Dziewczyny zachichotały. Myślały, że jestem jego sponsorką? „Nie rozumiesz, że masz w sobie więcej seksu niż tysiąc dwudziestolatek?!”, mówił. I sprawiał, że wierzyłam. „Weekendowy maraton”, tak mówiłam przyjaciółkom o naszym seksie. Robert wciąż miał ochotę. Był wytrzymały i namiętny.

Robiliśmy to ciągle

Szliśmy na film, ale po kwadransie wychodziliśmy z kina, żeby zaszyć się w moim samochodzie na parkingu. W wieku 45 lat odkrywałam swoje ciało, otwierałam się przed kochankiem tak, jak przez dwadzieścia lat małżeństwa nie otworzyłam się przed mężem.

Janusz mówił: „urosła ci dupa”, Robert: „kręcą mnie twoje pośladki”. Seks małżeński od lat nie dawał mi satysfakcji, myślałam, że to moja wina, bo nie potrafię rozpalić męża. Uważałam, że ten rodzaj rozkoszy mam już za sobą. Myliłam się. „Chcę, żeby było ci dobrze, żebyś nigdy przy mnie nie udawała”, mówił mi Robert. Rozkwitałam. „Przy żadnej kobiecie nie czułem się tak jak przy tobie”, powtarzał. Miał za sobą tylko jeden poważny związek.

Był jeszcze ufny, nieskażony porażkami, rutyną. Myślał, że między nami będzie tak zawsze. Gorąco, zgodnie, namiętnie. Chciał poznać moich przyjaciół, córkę, ale ja bałam się wpuścić go do mojego świata. – „Wyhamuj – prosiłam. – Teraz jest dobrze, ale w przyszłości nam się nie uda. Będziesz chciał mieć dziecko, poznasz rówieśniczkę. – Skąd wiesz?! – dopytywał. – Bo znam życie” – odpowiadałam. Obrażał się.

Znalazłam niedrogie bilety do Barcelony. Kupiłam sobie i jemu. Oburzył się: „Nie stać mnie na taki wyjazd i na pewno nie będę twoim utrzymankiem”. Poleciałam sama, więc miał do mnie pretensję. Zrozumiałam, że się angażuje, więc zaczęłam się bać, że go skrzywdzę.

„Pojedź ze mną do leśniczówki”, prosił, ale już nie chciałam, bo jesienią było tam za zimno. Denerwował się: – „Zdejmij z głowy koronę, jesteś za bardzo luksusowa. Nie zapewnię ci takiego życia. – Wiem. I nie oczekuję tego” – tłumaczyłam. Innym razem wściekał się, że w osiedlowym sklepie przepłaciłam za łososia. – „Nie szanujesz pieniędzy. Wiesz, za ile żyją ludzie z mojego miasteczka? – Ty mógłbyś żyć za więcej, gdybyś nie spał codziennie do jedenastej” – odpowiedziałam.

Zniknął na tydzień. Niedawno odwiedziła mnie koleżanka z Londynu, razem studiowałyśmy. Powiedziała: „Małżeństwo cię zgasiło, ale teraz wyglądasz młodo”. Opowiedziałam jej o moim romansie. „Przyjedźcie do mnie w sierpniu, pokażę wam miasto”, zaproponowała. Ale do lata jeszcze kilka miesięcy, a ja nie wiem, co z nami będzie.

Boję się, że Robert za bardzo się zakocha. Chce skanować moje myśli. Gdy mam gorszy dzień, dopytuje: „O co chodzi, co się dzieje, uraziłem cię? Porozmawiajmy”. „Są sprawy, które są tylko moje” – mówię, ale on ma inne zdanie.

Również wtedy, gdy zwracam mu uwagę: „W domu masz chlew, umyj wannę”. „Kiedyś ci to nie przeszkadzało”, odpowiada. Kilka dni temu zaprosił mnie na kawę mój klient, rozwodnik z dwójką dzieci. Dużo się śmialiśmy, gadaliśmy o naszych pierwszych małżeństwach. Zaproponował, żebyśmy w weekend poszli z dzieciakami do planetarium. Zawahałam się. „Masz kogoś?”, zapytał. Zaprzeczyłam.

Bo przecież z Robertem nie planuję życia.

Właściwie od niedawna nie planuję niczego. Ostatnio zauważyłam, że mężczyźni patrzą na mnie inaczej, jakbym przestała być dla nich przezroczysta. Czasem też myślę: „Skoro uwiodłam przystojnego 27-latka, być może zdobędę każdego”. Nie wiem, na razie jest mi dobrze tak, jak jest.

Hanna 47 lat, szefowa księgowości w firmie budowlanej Marcin 28 lat, architekt

Parking przed biurem. „Nie dotykaj mnie! Nie tutaj, jeszcze ktoś nas razem zobaczy!”, irytuję się, gdy Marcin próbuje objąć mnie w pasie. Bo o samotnej matce grubo po czterdziestce romansującej z dwadzieścia lat młodszym chłopakiem mało kto pomyśli: „On jest jej trofeum”.

Prędzej usłyszy, że jest lafiryndą, a jej związek wywołuje litość i zgorszenie. Tak powiedziała mama, gdy przypadkiem zobaczyła nas razem. „Jaki przykład chcesz dać dziecku? Wstyd mi za ciebie”, grzmiała. Współczucie okazała też przyjaciółka: „Nie martw się, jeszcze znajdziesz kogoś na swoim poziomie”. Najlepiej jednak wyjaśniła mi wszystko sprzedawczyni w empiku.

– „Szukam książki lub filmu o relacji starszej kobiety z młodszym kochankiem – powiedziałam. – Chyba odwrotnie? – zdziwiła się. – Ma pani na myśli relację: on stary, ona młodsza? – Nie, na odwrót – zaprzeczyłam.

– Aaa, to nic takiego nie ma. – Czemu? – Nie byłoby zainteresowania. To takie... wie pani, niesmaczne i perwersyjne”. Mój „niesmaczny” romans trwa już dziesięć miesięcy. Jak się zaczęło? Od mojego krzyku. Stoję przed samochodem i wydzieram się przez telefon na czternastoletniego syna: „Jak mogłeś mnie tak zawieść?! Co ci przyszło do głowy, zdajesz sobie sprawę z konsekwencji?!”. Ktoś chwyta mnie za ramię. Marcin, stażysta, któremu w zeszłym miesiącu zaproponowali etat. „Mogę jakoś pomóc? Kogoś zastrzelić?”. Rozłączam się.

„Jak się spoufala z kobietą w wieku jego matki”, myślę. Opowiadam mu, że były mąż złapał mojego syna ze skrętem. Marcin słucha, a potem rzuca żart, którym mnie rozbraja. – „Podwieźć cię dokądś? – pytam. – Chętnie” – odpowiada. Okazuje się, że mieszka ulicę dalej ode mnie. Od tego czasu widujemy się coraz częściej. Trudno powiedzieć, kiedy się w nim zakochuję.

Czy wtedy, gdy kolejny raz „przypadkowo” pojawił się na mojej trasie, którą biegałam każdego ranka. Czy zaraz po tym, kiedy zjawił się pod moimi drzwiami z paczką cementu, szpachlą i farbą do ścian, a dzieje się to krótko po mojej opowieści: „były mąż wyniósł z naszego mieszkania nawet półki, po których zostały okropne dziury w ścianach”? Czy wtedy, gdy zepsuł mi się akumulator i chwilowo nie było mnie stać na nowy, a on pożyczył mi pieniądze.

Poczułam, że nie jestem sama

A może stał się ważny, kiedy zobaczyłam, jak dogaduje się z moim dzieckiem? W sobotę, w którą wpadł do nas z farbą i szpachlą, przyniósł też płytę ulubionej grupy Szymka Xxanaxx. „Hania, idź na masaż. My zajmiemy się chatą”, mówił. „Mamo, idź, zrobimy tu porządek”, wtórował mu Szymon, który od miesięcy odpowiadał półsłówkami i nie chciał nawet wyjąć naczyń ze zmywarki. Poszłam na spacer i do koleżanki. Gdy wróciłam wieczorem, ściana była pomalowana, a chłopaki zamówili chińszczyznę i oglądali Mad Maxa. „Chciałabym, żeby Szymon miał takiego ojca – pomyślałam.

– Ale przecież to niemożliwe, on jest dla mnie za młody”, skarciłam się za tę myśl. Dlatego gdy Marcin czasem łapał mnie za rękę, odsuwałam się. Nie dlatego, że nie marzyłam, żeby mnie dotykał, całował. Po prostu bałam się, że jestem dla niego za stara, nie chciałam się skompromitować. „Czego on ode mnie chce? Kogo we mnie widzi?”, zastanawiam się wieczorami. „Może poplecznika w firmie”, wyrokowała koleżanka. „Może matkę”, dodawała inna.

„Pewnie chce cię okraść”, załamywała ręce moja mama. „Tylko z czego, ja nic nie mam”, mówiłam. „Opowiedz o swoich rodzicach”, proszę któregoś dnia Marcina. „Ojciec jest mechanikiem, mama bibliotekarką, świetnie się dogadujemy” – relacjonuje. Czasem słyszę, jak serdecznie rozmawia z nimi przez telefon. A więc nie jest sierotą, jego rodzice żyją.

Może widzi we mnie kobietę?

Czy to możliwe? A dlaczego nie? Przecież nie wyglądam źle. Biegam, zdrowo się odżywiam, ćwiczę jogę. Którejś soboty wpada do nas na film. Gdy mój syn idzie już spać, my jeszcze długo pijemy wino, gadamy. „Marcin, co robisz w mieszkaniu czterdziestoparolatki? – pytam go. – Zachwycam się tobą” – odpowiada. To pierwszy raz, kiedy zostaje na noc. Jest niepewny i nieśmiały. Może to i lepiej, bo dzięki temu mam mniejsze kompleksy, mniej wstydzę się swojego ciała. Myślę o nim, tęsknię, pragnę go.

Uwielbiam to jego: „Jakoś to będzie. Po co się tak wszystkim przejmujesz, napijmy się wina!”. Dziwię się, gdy mówi: „Spędzimy razem weekend?”. Przecież jest tyle młodych kobiet, które mógłby w tym czasie zabrać na drinka. W weekendy u nas pomieszkuje. Dużo żartuje, przy nim ciągle się śmieję. Gotuje nam azjatyckie dania, Szymon jest zachwycony: „Wreszcie coś dobrego, a nie te twoje kotlety”, mówi. Marcin jest pierwszym facetem, którego mój syn akceptuje. Pierwszym, który go nie poucza, nie próbuje wychowywać twardą ręką. Nawet wtedy, gdy zdenerwowana dzwonię do Marcina: „Przesadzałam kwiaty na balkonie i w doniczkach znalazłam skręty. Szymon tłumaczy, że to stare, ale ja nie wiem”.

„Przyjadę później i z nim pogadam”, słyszę. Wychodzą z domu, nie ma ich prawie dwie godziny. Syn wraca odmieniony. – „Mamo, będę się od tego trzymał z daleka – mówi. – Dobrze, kochanie, jesteś taki mądry” – przytakuję. – „Co mu powiedziałeś? – pytałam później Marcina. – Zapaliliśmy papierosa i pogadaliśmy szczerze” – mówi, całując mnie w szyję. – Co zapaliliście?!” – burzę się, ale odpuszczam. Może między nimi tak musi być.

– „Mamo, czy on z nami zamieszka? Byłoby fajnie – dopytuje mój syn. – Marcin mieszka u siebie, to twój kumpel, a nie drugi ojciec” – próbuję niezdarnie tłumaczyć nasz układ. Nie chcę za bardzo się angażować, boję się, że później będę długo płakać, że zranię Szymka. „Nie chcę żadnej innej!”, mówi mi Marcin, ale mu nie wierzę.

Zakocha się w młodszej, to kwestia czasu

Gdy z zapaleniem wyrostka jadę do szpitala, z moim dzieckiem zostaje Marcin. „Pani syn czeka pod blokiem operacyjnym”, słyszę od pielęgniarki, która budzi mnie z narkozy. „Mój syn jest w szkole, tu siedzi mój chłopak”, mówię. Wtedy dociera do mnie, że jestem dla niego ważna. Nigdy nie sądziłam, że dojrzała kobieta może czegoś nauczyć się od młodziaka. Wszystko zaczęło się od kłótni, że za dużo pracuję. – „Kupiłem bilety do kina na 18.30 – mówił. – Oddaj je, muszę zostać w pracy – odpowiadałam.

– Oszalałaś?! Pracujesz do 17 – grzmiał. – Dlaczego dajesz się tak wykorzystywać? Nawet nie płacą ci za nadgodziny!” – tłumaczył. Jest z pokolenia, które chce mieć wszystko od razu i na swoich warunkach. „Zarabiam pięć tysięcy miesięcznie” – mówiłam mu, a on odpowiadał: „Mój kolega architekt ma tyle z małego zlecenia”. Wściekałam się na niego, ale w końcu poszłam do szefa: „Może po 15 latach porozmawialibyśmy o wynagrodzeniu za nadgodziny”. Zgodził się. To sukces Marcina. Jedno mnie niepokoi. Zaczynam być o niego zazdrosna. Niedawno wymyślił, że chce zrobić kurs trenera fitnessu. – „Nie inwestuj w nowe umiejętności, szlifuj te, które już masz. Posłuchaj mnie, bo wiem więcej niż ty – tłumaczyłam.

– A kim ty jesteś? Moją matką? – zapytał. – Nie przeżyjesz życia za mnie”. Miał rację, ale ja po prostu się boję, że nowa pasja go wchłonie, że kogoś pozna, że go stracę. Co ja mówię?! Przecież obiecałam sobie, że zachowam dystans! Dlatego coraz częściej tłumaczę sobie: „Niczego z nim nie planuj, nie oczekuj. Po prostu ciesz się, gdy jesteście razem, a gdy przyjdzie czas, pozwól odejść”. Staram się, gdy dłużej niż zwykle nie oddzwania. Kiedy na firmowym korytarzu rozmawia z ładną dwudziestolatką. Niedawno zaproponował, żebyśmy z Szymkiem pojechali do jego rodziny na majówkę.

– „Chcę cię im wreszcie przedstawić – mówi. – Nie żartuj – powiedziałam. – Nie martwmy twoich rodziców”. „Dystans, dystans”, wieczorami powtarzam sobie w głowie jak mantrę. Pierwsza myśl po obudzeniu jest zawsze taka sama: „czy już wstał, czy o mnie myśli, czy do mnie napisał?”.

Natalia Kuc

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje