Reklama

Reklama

Anna Przybylska odchodziła z różańcem w dłoni

Kiedy dowiedziała się o śmiertelnej chorobie, wróciła do Boga. Wyspowiadała się po raz pierwszy od 14 lat, chodziła do kościoła i żarliwie modliła. Do końca miała nadzieję, ale była też pogodzona z tym, że odejdzie.

Modlitwy różańcowej nauczyła się w ostatnich miesiącach życia. Kiedy umierając, żegnała się z trójką małych dzieci, ukochanym, mamą oraz siostrą, ściskała w dłoni drobne koraliki i krzyżyk.

Anna Przybylska odeszła 5 października 2014 roku pogodzona z Bogiem. Jednak nie zawsze było jej z nim po drodze. Wprawdzie aktorka wychowała się w wierzącej rodzinie, przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej i bierzmowania, ale w dorosłym życiu oddaliła się od Kościoła.

Reklama

Zbyt szybka decyzja o ślubie 

W dużym stopniu przyczyniło się do tego nieudane pierwsze małżeństwo Anny. Wzięła ślub kościelny w 2000 roku, miała wtedy 22 lata. Z Dominikiem Zygrą, biznesmenem z branży budowlanej i tenisistą z Trójmiasta spotykała się wówczas od 9 miesięcy.

- Znaliśmy się króciutko, ale już po dwóch rozmowach wiedzieliśmy, że musimy być razem. Nie mogliśmy się od siebie oderwać i wciąż łapaliśmy się na niesamowitych podobieństwach - opowiadała w wywiadach Marylka ze "Złotopolskich".

Rozwijająca się kariera aktorki, ciągłe wyjazdy na plan zdjęciowy do Warszawy nie służyły młodemu małżeństwu. W biografii Przybylskiej "Ania" czytamy, że Dominik zakazywał żonie udziału w premierach filmów, ingerował w pracę, ograniczał rozwój. W maju 2001 roku gwiazda wspominała już o rozwodzie. - Decyzja o szybkim ślubie nie była dojrzała - stwierdziła.

Teraz kumpluję się z Bogiem 

Rozwód Przybylskiej i Zygry trwał prawie tyle co małżeństwo, czyli półtora roku. Sprawa przeciągała się między innymi dlatego, że kilka miesięcy po odejściu od męża aktorka zaczęła spotykać się z Jarosławem Bieniukiem, pochodzącym z Trójmiasta piłkarzem. Dominik chciał orzeczenia o jej winie.

Kiedy w końcu zapadł wyrok, Anna była już w ciąży z Jarkiem. Wkrótce na świat przyszła Oliwia. Nieudany związek na długo zaważył na życiu aktorki. Szczęśliwej relacji, jaką stworzyła z Bieniukiem, nie starała się sformalizować. - Ja już miałam męża - mawiała.

Przez życie na "kocią łapę" trzymała się z dala od Kościoła. Poświęciła się pracy, ale przede wszystkim ukochanemu i dzieciom. Urodziła jeszcze dwóch synów: Szymona oraz Jana. Nigdy nie ukrywała, że rodzina jest dla niej najważniejsza.

Marzyła, żeby mieć czwórkę pociech i spieszyła się, jakby czuła, że nie ma dużo czasu. - Mój tato umarł, kiedy miałam 16 lat. Ja sobie wtedy poprzysięgłam, że nigdy nie będę starym rodzicem - opowiadała. To właśnie o dzieci martwiła się najbardziej, gdy dowiedziała się, że cierpi na raka trzustki. Ta diagnoza była szokiem dla wszystkich, również dla lekarzy. Nie podejrzewali nowotworu u tak młodej osoby.

- Często myślę o tym, jak bardzo skaleczyłabym swoje dzieci, gdybym przedwcześnie umarła. One już nigdy nie byłyby tymi samymi beztroskimi, pogodnymi dziećmi co teraz - mówiła.

Ponad roczna walka z chorobą stała się również czasem jej powrotu do wiary. - Teraz znowu kumpluję się z Bogiem, chodzimy co niedziela na kawę. Bardzo dobrze mi z tą przyjaźnią. Po tych spotkaniach jest mi o wiele lżej. I myślę, że dostałam swoją lekcję od niego w jakimś celu - opowiadała.

Po raz pierwszy od 14 lat, czyli od spowiedzi przedślubnej, przystąpiła do sakramentu pokuty. Przygotował ją do niego i wyspowiadał zaprzyjaźniony ksiądz z Brzeźna, nadmorskiej dzielnicy Gdańska.

Jej nawrócenie obserwowali wierni z kościoła Matki Boskiej Bolesnej w Gdyni-Orłowie. - Nie raz widziałam ją z dziećmi, jak klęczy oparta na ławce, prawie leżąc z twarzą zasłoniętą rękami. Modliliśmy się za nią - mówiła jedna z parafianek.

Kiedy Anna nie miała już siły samodzielnie iść do świątyni, prosiła, żeby zawieźć ją na wózku. W salonie postawiła krzyż, a obok zdjęcie nieżyjącego ojca. "Jeszcze mnie nie zabieraj, tato, jeszcze nie jestem gotowa..." - rzucała ilekroć mijała fotografię.

- Przez cały ten czas nie rozmawiałyśmy o śmierci. Raz tylko zapytała mnie: "Mamuś, a co będzie z dziećmi?" - wspomina Krystyna Przybylska. - Innym razem stwierdziła zamyślona: "Wiesz, jak coś, to przynajmniej Dominik będzie mógł wziąć ślub kościelny...".

Anna pod koniec chciała również uregulować swój związek z Jarosławem. Miała nadzieję zrobić to, kiedy wyzdrowieje. - Ania nie miała ślubu kościelnego, bardzo chciała to nadrobić. Powiedziałem jej wtedy, że jest dobrym człowiekiem, cudowną matką i partnerką, a Pan Bóg patrzy na nasze życie całościowo - opowiada ksiądz Bernard Zieliński.

Miała potrzebę uporządkowania innych swoich spraw, więc spisała testament. Jednak nigdy nie straciła nadziei, że pokona chorobę. - Zawsze modliła się o życie, a nie o śmierć - podkreśla mama.

Jeszcze we wrześniu wszystko planowała, załatwiała, działała. Już była słaba. Ciężko było jej chodzić, ale siadała na wózek i jechała po ciuchy dla dzieci. Kiedy przyszedł ten ostatni dzień, wszyscy czuli, że to teraz. Był 5 października 2014 roku. Przy łóżku Anny czuwali mama, siostra i ukochany.

- Wyglądała jak mała śpiąca laleczka. Jeszcze wstałam. Wzięłam ją za rączkę i szepnęłam: "Dziecko, nic się nie martw, wszystko będzie dobrze". Już nie odpowiedziała, tylko spod powiek popłynęły jej dwie łzy - opowiada Krystyna Przybylska. Miała zaledwie 35 lat.

- Odeszła w otoczeniu najbliższych, ściskając w dłoniach różaniec. Teraz ona potrzebuje modlitwy. Módlmy się za nią - mówił na pogrzebie ksiądz Grzegorz Miloch z hospicjum św. Wawrzyńca w Gdyni.

Monika Górniak



Ludzie i wiara

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje