Reklama

Reklama

​Anna Seniuk: Bałagan z przodkami

Anna Seniuk z córką Magdaleną Małecką-Wippich /Wojciech Rudzki /Wydawnictwo Znak

W tej rodzinie była smutna babcia, prababka, która postradała zmysły z rozpaczy, jej córka, po którą narzeczony przyjechał do... klasztoru i cała plejada postaci z fascynującymi życiorysami. To przodkowie aktorki Anny Seniuk, która w raz z córką Magdaleną Małecką-Wippich stara się uporządkować drzewo genealogiczne.


Przeczytaj fragment książki "Nietypowa baba jestem, czyli Anna Seniuk w rozmowie z córką Magdaleną Małecką-Wippich":

Reklama

Zanim rozpoczęłyśmy nasze spotkania do książki, powiedziałaś: "Chciałabym, żeby to była książka dla wnuków, które być może za ileś lat do niej sięgną". A przecież ich prawdopodobnie nie będą fascynować Jarocki, Łomnicki czy Holoubek, może nawet nie będą wiedzieć, kim ci artyści byli. Będą ich raczej interesować dawne czasy, dzieje rodziny, losy przodków, inny świat, to, jak się kiedyś żyło, i to, czym się żyło. Twój tata, Włodzimierz Seniuk, wspominał jeszcze, że oglądał prawdziwą bitwę z pierwszej wojny światowej. Chodził gdzieś z kolegami na wzgórze... Wiesz, gdzie to było?

- Nie wiem. Na pewno gdzieś na wschodzie, nieopodal Knihinina, gdzie wówczas mieszkał. Tam właśnie musiała być ta bitwa. Twój dziadek stał z innymi chłopcami na górce w lesie i widział, jak strzelano, jak przejeżdżały jakieś wozy, kawaleria, konie. To była taka telewizja na żywo tamtych czasów. To, co ocalało z czasów pierwszej wojny i jest pięknym świadectwem epoki, to pocztówki, które z kolei mój dziadek, a twój pradziadek Fryderyk wysyłał do swoich synów. Sto lat temu!

Pradziadek wysyłał pocztówki z frontu?

- Tak, pisał do swojego syna Włodzia, mojego taty, żeby był grzeczny, żeby pamiętał o nim. Był w austriackiej armii. Nie było go w domu dobrych parę lat, więc wysyłał kartki. Wiesz, czasem zostają takie dziwne pamiątki... jakaś zapalniczka zrobiona z łuski pocisku z czasów pierwszej wojny. Tę zapalniczkę jeszcze mam.

To również pamiątka po pradziadku Fryderyku?

- Tak. A poza tym niewiele zostało w rodzinie pamiątek z tego czasu. Życie pokolenia twoich dziadków i pradziadków było bardzo niespokojne, tragiczne. Pomyśl. Moja mama, Maria Janicka, urodziła się w 1907 roku i miała siedem lat, gdy wybuchła pierwsza wojna światowa. Opowiadała mi, że jako dziecko wciąż chodziła głodna, bez ciepłych butów, bez rękawiczek. Przez całą wojnę była zmarznięta. Do tego nieustannie zmieniała z rodziną miejsce zamieszkania, bo jej tata, Stanisław Rola-Janicki, był naczelnikiem stacji i stale przenoszono go służbowo z miejsca na miejsce.

- Później, po skończeniu seminarium nauczycielskiego, mama została skierowana do pracy na ukraińską wieś. A gdy w latach trzydziestych życie zaczęło się stabilizować, wybuchła druga wojna i czekało ją wygnanie z rodzinnego Stanisławowa. Potem nadeszły okupacja sowiecka i komunizm. Takie były losy tamtego pokolenia. Widzisz, ta maszyna do szycia Singer, na której za młodu szyłam sobie sukienki, przyjechała z nami w wagonie bydlęcym ze wschodu. Można powiedzieć, że jest takim właśnie świadectwem losu mojej rodziny. Przetrwała do dziś, dalej można na niej szyć, wystarczy ją tylko naoliwić. Kiedy myślę czasem o tych nielicznych przedmiotach, które zostały po mojej rodzinie z Kresów, wtedy zawsze przypomina mi się temat wykładu Franciszka Starowieyskiego na Akademii Sztuk Pięknych...

Człowiek epizodem w życiu przedmiotu.

- Tak. Wiem, że to wielokrotnie słyszałaś, ale mówię o tym teraz po to, żeby to zapisać. To jest ważne. W każdym domu jest taki przedmiot. Przedmiot, który jest kawałkiem historii, można go wziąć do ręki, dotknąć, spytać, jaki był jego los, z kim był związany. Przedmiot, który jest jakimś dowodem, nieraz świadectwem ludzkiego dramatu. Tam, gdzie domy są zasiedziane od pokoleń, tam, gdzie są strychy i piwnice, jest tego pełno. Można się tam zanurzyć i wyławiać skarby. Ja w solidnym kufrze przywiezionym ze wschodu odkryłam na przykład taftową suknię mojej babci i nawet parę razy wystąpiłam w niej na koncertach. Znalazłam listy, gazety, resztki wachlarza, przepiękną ręcznie haftowaną pościel - co z nią zrobić, kiedy rozsypuje się w palcach? - pudło aparatu fotograficznego wielkości solidnego mebla, gipiury...

Gipiury?

Takie grube, haftowane ręcznie koronki o dużych, nieregularnych oczkach. Dalej krochmalone kołnierzyki na chudziutką szyję twojej prababci Wandy, ręczny młynek do kawy z szufladką, jakąś pieczątkę do lakowania listów, dziurkacz do papieru - kto teraz wie, co to jest? - oprawioną w okładkę z kości słoniowej książeczkę do nabożeństwa, w której jest modlitwa o zachowanie żywiny wszelakiej w zdrowiu...

- Trzymam też w tej skrzyni cudo zupełne, które dostałam od mojej teściowej na chrzest Grzegorza - cienkie jak mgiełka kaftaniki wydziergane ręcznie z delikatnych nici przez twoją prababcię na chrzest twojej babci Kasi! Te kaftaniki krążą teraz czasem wśród znajomych i żyją, towarzysząc maluchom w uroczystym dniu. Wiele z tych rzeczy zaniosłam do Akademii Teatralnej i wzrusza mnie, gdy na egzaminach widzę babcine suknie i szale, które po stu latach - "O zgrozo!", pomyślałaby pewnie twoja prababka - rozpoczęły na scenie swoje drugie życie.

A rodzinny sztambuch w drewnianej oprawie? Do kogo należał?

- Sztambuch należał do mojej cioci-babci Małgorzaty, światowej kobiety. Czuję, że jeszcze nie raz opowiemy o Małgorzacie Magerlowej. Małgorzata, siostra mojej babci, była osobowością wyjątkową. Przystojną, postawną, a do tego obdarzoną ogromnym poczuciem humoru kobietą, która w okresie mojego dzieciństwa odegrała w naszym rodzinnym życiu dużą rolę.

- A sam sztambuch? Waży prawie trzy kilo. W ciężkiej oprawie, na której widnieje płaskorzeźba według rysunku Grottgera z cyklu "Polonia". Wewnątrz kunsztownie przygotowane karty do wpisów. Rysunki, akwarele, nawet olejne obrazki. Na grubych kartach przygotowane ramki na fotografie rodziny i przyjaciół. A wszystko to spowite patriotyczno-sentymentalną poezją, w której Ojczyzna, pragnienie niepodległości Rzeczypospolitej i nadzieja łączą wszystkich wpisujących się.

- Cokolwiek będzie, cokolwiek się stanie,
Jedno wiem tylko: sprawiedliwość będzie,
Jedno wiem tylko: Polska zmartwychwstanie,
Jedno wiem tylko: na dziejów przestrzeni
Grób nasz nam w życiu w gmach się przepromieni,
Jedno wiem tylko: krzykniemy serdecznie
"Bądź Ty pochwalon, Święty Boże, wiecznie!".
Na pamiątkę skreślił życzliwy...

Tutaj niewyraźny podpis oraz miejsce i data: "Drohobycz 20 lipca 1899".

- Skoro mówimy o rodzinnych pamiątkach. Przydarzyła mi się niedawno wzruszająca historia związana z przedmiotem, a raczej z kilkoma rekwizytami, w filmie "Kanadyjskie sukienki". Reżyser Maciej Michalski po mojej prawie dwudziestoletniej nieobecności na ekranie odnalazł mnie, "odkurzył" i zaproponował mi główną rolę w filmie opartym na autentycznej historii jego babci Zofii. Fundusze były skromne, więc ekipa korzystała z gościnności rodziców Macieja i film kręciliśmy w naturalnych wnętrzach domu, w których kiedyś mieszkała jego babcia. Był to oczywiście dom ze strychem, gdzie zachowało się wiele pamiątek rodzinnych, taki właśnie zasiedziany od pokoleń dom. Szukając dla mnie kostiumu, znaleźliśmy w nim sukienki naszej bohaterki, które - o dziwo - pasowały na mnie jak ulał! Znalazły się tam również pożółkłe listy od męża, laurki od wnuków. Wszystkie te rzeczy zagrały później w filmie.

- Muszę się przyznać, że nie bez wzruszenia trzymałam w rękach autentyczną korespondencję między Zofią a jej mężem, który wyjechał za chlebem do Kanady. Te listy były pełne czułości, wzajemnego szacunku. Wzruszające. Jestem pewna, że nieznana mi Zofia bardzo mi w tej roli pomogła, wyraźnie czułam jej obecność i akceptację. Przedmioty, które po sobie zostawiła, miały dla mnie ogromne, wręcz metafizyczne znaczenie.

Teraz widzę, skąd się u ciebie wzięło zbieractwo. Z sentymentu! Ty po prostu lubisz stare przedmioty, lubisz się nimi otaczać. Uwielbiasz te nieliczne rodzinne pamiątki, lubisz ich dotykać, patrzeć na nie. Jesteś sentymentalna z natury. Od kiedy pamiętam, kupujesz bardzo dużo staroci.

- Może, może... Kiedy przyjechaliśmy z rodziną ze wschodu, to przyjechaliśmy w zasadzie bez niczego. Z rodzinnych pamiątek zostały tylko te drobiazgi, które były w kufrze, i kilka przedmiotów po mojej cioci-babci Magerlowej, które wiszą w moim salonie. Niezwykłej urody rama i szafka. Tę przepiękną secesyjną ramę i szafkę rzeźbił pierwszy z trzech mężów babci Małgorzaty Magerlowej. Stąd pewnie wzięło się moje zainteresowanie secesją. A ponieważ tylko to ocalało z mebli, pomyślałam sobie któregoś razu, że mogłabym tę "kolekcję" w jakiś sposób dalej uzupełniać, poszerzać.

Stąd twoje kolekcjonowanie staroci - jako potrzeba przywracania i ocalania rodzinnych wspomnień.

- Trochę tak. Drugi powód mojego sentymentalnego, jak mówisz, zbieractwa był podyktowany epoką, w której żyliśmy. Ponieważ komuna była czasem wszechobecnej tandety w postaci meblościanek, płyty pilśniowej, linoleum i wyrobów meblopodobnych, zbieranie staroci dawało mi poczucie obcowania z czymś estetycznym, pięknym, wartościowym.

Z czymś, co ma duszę.

- Wtedy alternatywą dla komunistycznej tandety były desy, w których można było znaleźć szlachetne meble czy przedmioty codziennego użytku. Lubiłam też jeździć na warszawski Wolumen, a później na Koło, gdzie nieraz można było coś upolować. Pamiętam, że kiedy tylko zaparkowałam samochód w okolicy targu staroci, od razu w popłochu biegłam na plac, bo bałam się, że mi wszystko wykupią! Co mieli wykupić? Nie wiem. Ale zdawało mi się, że muszę się pospieszyć, bo inaczej wykupią i już nic na targu nie znajdę. I tu znów wracamy do wykładu Franciszka Starowieyskiego Człowiek epizodem w życiu przedmiotu. Pamiętam doskonale, jak Starowieyski przechadzał się po Kole, ze znawstwem wyławiając ze sterty rozmaitych rzeczy dzieła sztuki. Chodził tam jak po swoich włościach, pozdrawiał wszystkich, wszyscy go znali.

A czy wy się znaliście?

- Tak. Swego czasu pozowałam Starowieyskiemu do afisza filmu "Bilet powrotny". Pozowałam zresztą topless.

W końcu jako pierwsza aktorka w Polsce pokazałaś biust w Kardiogramie Romana Załuskiego. To zobowiązuje.

- No tak (śmiech). Starowieyskiemu pozowałam w 1978 roku. Pamiętam, że szukał do tego afisza inspiracji w antycznej tragedii, w antycznej rzeźbie. Ponieważ przychodziłam do jego pracowni kilkakrotnie, miałam okazję zobaczyć dzieła sztuki, jakie zgromadził, dużo wtedy rozmawialiśmy. To właśnie Starowieyski powiedział mi, że ludzie dzielą się na dwie grupy: patrzaczy i czytaczy. Samego siebie zaliczał, rzecz jasna, do patrzaczy.

- Jest zresztą piękna anegdota o tym, jak to Starowieyski napomknął znajomemu reżyserowi, że ma świetny pomysł na scenariusz. "Franek, zapisz mi to w kilku zdaniach!" - mówi reżyser. "Pomysł rzeczywiście masz świetny". Starowieyski postanowił więc spróbować swych sił i usiadł do pisania scenariusza. Kiedy po jakimś czasie reżyser znów się z nim spotkał, zapytał: "Jak scenariusz? Napisałeś już coś?". Na co Starowieyski odpowiedział: "Próbowałem, wiele razy próbowałem, ale niestety, nic z tego. Bo kiedy tylko napiszę: »Działo się to...« i widzę, jaka piękna jest ta literka D na początku, to zaczynam ją rozrysowywać ołówkiem dalej i dalej, i dalej, póki nie rozrysuję jej na całą kartkę".

(śmiech) No to ja w przeciwieństwie do Starowieyskiego jestem czytaczem. A ty, mamo, jesteś czytaczem czy patrzaczem?

Ja z natury jestem patrzaczem. Zdecydowanie.

(...)

Boże, mamo! Co za bałagan! Nic z tego nie rozumiem! Kto był kim?

- Krótko mówiąc: twoja praprababcia ze strony twojego dziadka Seniuka była pół-Czeszką, z domu Kroulik, z Litomyśla. Ta, która nosiła nazwisko Seniuk po mężu. Wiesz, jak miała na imię?

Maria.

- Czy wiemy, kto był jej mężem? Skoro ta pół-Czeszka Maria Seniuk urodziła twojego dziadka Fryderyka Seniuka, to jakiś Seniuk musiał być przecież jej mężem! Kto to był? Nie mam pojęcia. Wiem tyle tylko, że moja prababka, a twoja praprababka Maria Seniuk była pół-Czeszką, z domu Kroulik, z Litomyśla...

Mamo, wiem, że Kroulik, wiem, że z Litomyśla. Czyli musiała istnieć jakaś prapraprababka w rodzinie, która była rodowitą Czeszką! Wiesz coś więcej o naszych czeskich korzeniach?

- Nic nie wiem.

Z twoich opowieści oraz z zachowanych dokumentów wynika, że wśród naszych przodków był jakiś Węgier ze strony twojej mamy Marii Janickiej i Czeszka ze strony twojego ojca Włodzimierza Seniuka. Nie wiemy jednak, ani za kogo wyszła ta praprababka ze strony twojego ojca, ani kto był...

- Nie wiem, Boże, nie wiem, nie mam już kogo zapytać o to wszystko.

Dobrze. Jeszcze raz! Spróbujmy to mimo wszystko pozbierać w całość. Od kogo zaczniemy?

- Zostawmy na razie Seniuków i zacznijmy od linii rodzinnej ze strony mojej mamy Marii Janiny Janickiej. A dokładnie rzecz ujmując, od mojej babki.

Czyli mojej prababki Wandy Janickiej.

- Moja babcia Wanda Janicka, zwana przeze mnie Smutną, była z domu Halewska. Urodziła się około 1870 roku, ale gdzie i kiedy dokładnie, już nie wiem. Babcia Wanda była rodzoną siostrą Małgorzaty Magerlowej, ważnej postaci w historii naszej rodziny.

Małgorzata słynęła ponoć z powodzenia u mężczyzn, to prawda?

- Małgorzata była bezdzietna, trzykrotnie wyszła za mąż i trzykrotnie owdowiała. Pierwszy jej mąż, Antoni Sowiński, był malarzem i rzeźbiarzem, po którym zachowały się nieliczne rodzinne pamiątki - secesyjna rama z portretem Małgorzaty i niewielka rzeźbiona szafka. Drugi mąż nosił nazwisko Przyborowski, ale nic o nim niestety nie wiem, a trzeci, o nazwisku Magerle, był dyrektorem kopalni Brzeszcze. Małgorzata wzięła z nim ślub przed wojną, chyba w 1920 roku. To właśnie po trzecim mężu nazywamy ją Magerlową.

Co wiesz o swojej prababce, czyli matce twojej babki Wandy i jej siostry Małgorzaty?

- Matka Wandy i Małgorzaty, Julia, była z domu Niemiłowicz. Jej świadectwo chrztu napisane jest po węgiersku i widnieje w nim nazwisko "Nemilowic". Ta moja prababka przeżyła ogromną tragedię. W ciągu jednego tygodnia zmarło jej dwoje kilkunastoletnich dzieci, chyba na tyfus, nie jestem pewna. Siedemnastoletni chłopiec i chyba szesnastoletnia dziewczynka.

Twoja prababka Julia po śmierci dwojga dzieci oszalała z rozpaczy.

- Tak. Postradała zmysły. Podobno nie przyszła na ich pogrzeb. Dziewczynkami zaś, które przeżyły, Małgorzatą i Wandą, zaopiekował się wuj, austriacki generał, który zafundował im podróż do Paryża. Mam nawet bilety z tej podróży. Zachowała się też korespondencja między Wandą a wujem generałem, którzy pisali do siebie po niemiecku! Niedługo po powrocie z zagranicznej podróży Małgorzata wyszła za mąż - w prezencie ślubnym od wuja dostała fortepian! - natomiast moja babcia Wanda, nie mając prawdopodobnie takiej możliwości ani opieki ze strony rodziny, trafiła do klasztoru.

Do jakiego klasztoru?

- Tego nie wiem. Wiem jedynie, że miała zostać zakonnicą. Ale wyobraź sobie, że przyjechał tam po nią narzeczony, który chyba nie znał jej wcześniej. Otóż dwie rodziny, Halewskich i Janickich, ustaliły z sobą, że Stanisław Janicki, czyli mój dziadek, ożeni się z Wandą. Stanisław przyjechał więc po nią do klasztoru, zanim złożyła śluby wieczyste. Z tego, co wiem, Stanisław i Wanda, jadąc do ślubu, mówili sobie jeszcze per pan i pani. W podróż poślubną, o czym dowiedziałam się niedawno, pojechali do Lizbony. Koleją, a może dyliżansem?

Co mogłabyś opowiedzieć o swoim pradziadku Janickim, czyli ojcu Stanisława Janickiego?

- Piotr Janicki, herbu Rola, był powstańcem z 1863 roku. Wiem, że po powstaniu styczniowym odebrano mu majątek i pracował jako zarządca cudzego majątku w Rzeszowskiem, koło Odrzykonia. Być może był jednym z zarządców majątku Fredrów, bo w Odrzykoniu swój zamek mieli Fredrowie? O wiele więcej wiem o życiu jego syna, czyli mojego dziadka Stanisława Janickiego, który poślubił Wandę.

- Dziadek Stanisław kształcił się w Rzeszowie, tam skończył gimnazjum, studia prawnicze i zdobył tytuł asesora, czyli doradcy prawnego. Przez całe życie pracował jako naczelnik na kolei i przenoszony z miejsca na miejsce obejmował naczelnictwa przeróżnych stacji. W Brzeżanach, w Kętach, w Mieczyszczowie, w Bursztynie, w Rochatynie, o ile się nie mylę, i w Nagrabiu. To moi dziadkowie na zdjęciu: Stanisław Janicki i Wanda Janicka. Mieli troje dzieci: Marię, moją mamę, i dwóch synów, wykształconych na oficerów Wojska Polskiego przed wojną. Tyle mogę powiedzieć w skrócie o genealogii rodziny ze strony mojej mamy Marii Janickiej.

Pozostaje jeszcze linia Seniuków ze strony ojca. Od kogo zaczniemy?

- Zaczniemy od mojego dziadka Fryderyka Seniuka. Czyli ojca Włodzimierza Seniuka, twojego taty. Mój dziadek Fryderyk Seniuk poślubił Klementynę, z domu Wolską, i miał z nią troje dzieci: Jana, nauczyciela, który zginął w niemieckim obozie w Mauthausen, mojego ojca Włodzimierza, który również został nauczycielem, i Leonardę, która skończyła romanistykę we Lwowie, a po studiach zamieszkała wraz z mężem w Stanisławowie. Tutaj znów wracamy do ciekawostki z wątkiem czeskim... O ojcu twojego dziadka Fryderyka nic nie wiemy. A matka Fryderyka była pół-Czeszką, z domu Kroulik, z Litomyśla... I to ona właśnie nauczyła mojego tatę odmawiać w dzieciństwie modlitwę do Anioła Stróża po czesku: "Anjeličku, môj strážničku..."

Ufff... Wreszcie jesteśmy w domu!

- Ale to nie wszystko! Teraz uważaj. Ta moja prababka pół-Czeszka miała liczne potomstwo. Jej synowie nazywali się Dolcio, Tońko, Pepik, Fredzio, czyli mój dziadek Fryderyk, i jeszcze ktoś, kogo sobie nie przypomnę. Pepik, czyli Józef, najprawdopodobniej był dziadkiem mojego dalekiego kuzyna Aleksandra Seniuka. Nie śmiej się. Mówimy cały czas o linii Seniuków.

Rozumiem, ale mówisz to tak powoli i wyraźnie, jakbyś sama próbowała sobie poukładać w głowie, kto był kim.

- Bo próbuję, właśnie próbuję... Czyli mój dziadek Fryderyk i Pepik, dziadek Aleksandra, byli rodzonymi braćmi. W jaki sposób doszliście do tego z Aleksandrem? Aleksander powiedział mi, że jego przyrodnia siostra korespondowała kiedyś z moim ojcem, i to ona wskazała na pokrewieństwo.

Zatem brat twojego dziadka był dziadkiem Aleksandra, obecnego rektora warszawskiego kościoła Wizytek na Krakowskim Przedmieściu. Poznałaś się z nim...

- Z Aleksandrem Seniukiem poznaliśmy się ze trzydzieści lat temu. Skoro już jesteśmy przy linii Seniuków, to najwięcej wiem o jednej z sióstr mojego dziadka Fryderyka, która z kolei miała dziesięcioro dzieci...

Nie wspominałaś, że twój dziadek Fryderyk miał siostry!

- Tak, tak, oprócz sześciu czy pięciu braci twój pradziadek Fryderyk miał jeszcze dwie siostry!

Boże, mamo, trzeba to wszystko rozrysować na papierze, zaczynam się gubić...

- Słuchaj. Otóż jedna z sióstr mojego dziadka Fryderyka, Maria, z domu oczywiście Seniuk, wyszła za Patkowskiego, a po tym, jak owdowiała, za Żupańskiego. Pamiętam ją, raz ją nawet widziałam! Jej córki nazywały się Marysia i Jadzia Patkowskie oraz Irka, Talka, Lidka i Teodozja, czyli Dozia, Żupańskie. Wszystkie były bardzo zaprzyjaźnione, trzymały się razem i bardzo się kochały. Jedną z nich dobrze poznałam, a mianowicie ciocię Marysię Kierniecką, z domu Patkowską, która mieszkała w Zakopanem. Jeździło się do niej na wakacje w góry.

- Studiowała zaocznie w Akademii Sztuk Pięknych, gdzie jej nauczycielem był słynny profesor Emil Krcha. Przyjaźniła się też z Tadeuszem Brzozowskim, znanym zakopiańskim malarzem. I wyobraź sobie, że z tym właśnie Brzozowskim spotkałam się na planie filmu Tumor Witkacego w reżyserii Grzegorza Dubowskiego. Kręciliśmy go w Zakopanem, gdzie bohemę towarzyszącą Witkacemu grali miejscowi artyści, między innymi Hasior i Brzozowski, oraz ja! (śmiech)

Dość! Wystarczy! Zaraz mi się wszystko pokręci!

Fragment książki "Nietypowa baba jestem, czyli Anna Seniuk w rozmowie z córką Magdaleną Małecką-Wippich". Wydawnictwo Znak Litera Nova. Premiera: 9 listopada 2016 r.

Z Anną Seniuk i Magdaleną Małecką-Wippich będzie można się spotkać 14 listopada (poniedziałek) o godzinie 18.00. Rozmowę poprowadzi Mariusz Szczygieł. Empik Junior Warszawa, ul. Marszałkowska 104/122.

 

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje