Reklama

Reklama

Jan Kobuszewski: Miał być księdzem, został gwiazdą kabaretu i komedii

Mawiał, że wiele w życiu zawdzięcza kobietom: mamie, siostrom, żonie. To one nakierowały go na właściwą drogę – wybrał scenę, estradę, ekran.

Zawsze śmieję się, że jestem odwrotnością Jana Pawła II, który był aktorem, a został księdzem. Ja miałem być księdzem, a zostałem... wiadomo - komentował. W dzieciństwie i młodości był bardzo religijny, szczególną czcią otaczał Matkę Boską. Na początku lat 50., ku zaskoczeniu mamy, nie poszedł do seminarium duchownego, jak wcześniej deklarował. Jego siostra Marysia, lekarka, dostrzegła w nim iskrę bożą  i doradziła szkołę aktorską.

Na egzaminie w warszawskiej PWST podszedł do niego legendarny aktor Jacek Woszczerowicz, członek komisji.

Reklama

- Głową sięgał mi mniej więcej do piersi. Powiedział: "Proszę pokazać zęby" - wspominał po latach Kobuszewski. - Pokazałem i usłyszałem: "Nie nadaje się!".

Powodem porażki było też to, że dla komisji przygotował same poważne utwory. 

Na szczęście przystąpił ponownie do egzaminu

W międzyczasie, za namową koleżanki, skończył szkołę dla aktorów-lalkarzy, by nie marnować czasu i uchronić się przed wojskiem. Do drugiego podejścia w PWST lepiej się przygotował, wykuł na pamięć kilkadziesiąt utworów. Ucieszył się, gdy komisja wybrała wierszyk o byczku Fernando. Pokazał wtedy, że ma wrodzoną umiejętność rozśmieszania ludzi. Paradoksalnie, pomagał w tym jego nieaktorski wygląd, który sam opisywał żartobliwie tak: "Długie toto, jak Don Kichot przynajmniej, chude toto, gęba pociągła i mizerna, nos orli, niestety, uszy odstające, a do tego od dołu takie długie nogi, a od góry długie ręce".

Przyszłą żonę poznał na studiach

Z Hanną  Zembrzuską uczyli się  aktorstwa na jednym roku. Koleżanka miała trudności  z polskim akcentem, gdyż jej rodzina od pokoleń mieszkała w Bułgarii. Jan otoczył nieco zagubioną dziewczynę opieką, partnerował jej na próbach i w ten sposób zdobył jej serce. Ożenił się tuż po uzyskaniu dyplomu. I to właśnie Hanna była jego dobrym duchem, gdy nadeszła propozycja Edwarda Dziewońskiego. Słynny reżyser szukał aktorów do Kabaretu Dudek, działającego na Nowym Świecie 61 w Warszawie. Zadzwonił do Kobuszewskiego.

- Z początku nie zgodziłem się oczywiście - wyznał później aktor. - Uważałem, że się na tym nie znam, estrada to była dla mnie terra incognita. Dudek jednak nie odpuszczał, a moja żona namówiła mnie, żebym spróbował. 


To właśnie w Dudku Kobuszewski występował w słynnym skeczu "Ucz się, Jasiu", gdzie instruował ucznia (Wiesław Gołas), jak radzić sobie w zawodzie hydraulika z natrętnym klientem (Wiesław Michnikowski). Kolejne wskazówki kazał podkreślać: "Wężykiem, wężykiem". Wiele jego powiedzeń, jak choćby "Siłom i godnościom osobistom", czy "Nie bądź pan rura i nie pękaj", trafiło do języka potocznego.

Grał kapitalne role drugoplanowe w komediach, największą sympatią darzył te z filmów Stanisława Barei, jak  w "Brunecie wieczorową porą".

Apogeum jego kariery był program "Właśnie leci kabarecik" reżyserowany przez Olgę Lipińską  w latach 70. Przekomiczna rola zwariowanego Pana Janeczka - mistrza min, gagów i bon motów (dowcipnych opowieści) - zostanie w naszej pamięci na zawsze. Wielkie powodzenie miał też  w stołecznym Teatrze Kwadrat, z który związał się w 1976 r. Na sztuki z Kobuszewskim waliły tłumy. Pozostał wierny tej scenie przez 36 lat. Emerytem został w 2012 r., jako 78-latek.

Nie narzekał na finanse

Choć emeryturę miał bardzo niską jak na gwiazdę tak dużego formatu. Zażenowanie budzi fakt, że mimo apeli środowiska aktorskiego żaden minister kultury nie przyznał mu emerytury specjalnej dla wyjątkowo zasłużonych artystów. Sam Kobuszewski był człowiekiem skromnym i cierpliwym, nie robił wokół siebie rozgłosu. Pod koniec lat 80. dowiedział się, że cierpi na chorobę nowotworową jelita grubego. Operacja ocaliła mu wtedy życie,  a podczas rekonwalescencji bardzo wspierały go żona i córka. Wówczas zwrócił się w stronę Kościoła (dotąd modlił się, ale u spowiedzi nie był blisko 30 lat). Na Jasnej Górze obchodził jubileusz pracy scenicznej, a pięć lat  temu 80-tą rocznicę urodzin.

W ostatnich latach opiekował się ciężko chorą żoną, która musiała być dializowana. Mówi się teraz: walczył o zdrowie pani Hanny, na swoje zabrakło mu sił.

Pozostała pamięć o jego wspaniałych rolach komediowych. I ten niepowtarzalny uśmiech pod wąsem...

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje