Reklama

Reklama

Jerzy Antkowiak: Ja już nic nie muszę!

Jadwiga Grabowska mówiła o nim „mały ceramik z Komorowa”. W Paryżu przedstawiono go kiedyś jako „projektanta z Zakarpacia”. Dziś można by go nazwać „ikoną”, gdyby nie to, że woli być po prostu Jerzym Antkowiakiem. Do księgarń właśnie trafiła jego biografia "Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody".

Aleksandra Suława: Urażę pana, jeśli zapytam o starość?

Reklama

Jerzy Antkowiak: - W żadnym wypadku! Może pani pytać, o co pani zechce. Nie wiem tylko, czy odpowiedzi będą się nadawały do druku...

Do internetu...

- To akurat nie moja bajka. Nie klikam, nie loguję się, nie smartfonuję...

To co pan robi w czasach, w których wszyscy klikają?

- Jestem w takim wieku, że już nic nie muszę robić. Zajmuję się tym, na co aktualnie mam ochotę. Gdybym chciał, to mogę nawet teraz zacząć opowiadać głupoty.

No wie pan co!

- Mógłbym i to jest właśnie wolność. Ja chyba dopiero teraz, w wieku 80 lat, czuję się naprawdę wolny. Na końcu "Niegrzecznego chłopca polskiej mody" jest kalendarium, które kończy się na 2000 roku. I wcale nie dlatego, że w ciągu ostatnich 15 lat nie wydarzyło się nic ciekawego. Chciałem tam dopisać: "2015 - wybrałem wolność". Niestety, w wydawnictwie powiedzieli, że to książka wspomnieniowa i o takich rzeczach opowiadać nie wypada.

I jak pan korzysta z tej wolności?

- W zależności od tego, na co mam ochotę: robię pogadanki na uniwersytecie III wieku, wykładam w szkole projektowania, organizuję prelekcje dla niepełnosprawnych dzieci. Gotuję, i to takie rzeczy, których nikt by do garnka nie włożył. Wieczorami tańczę z żoną. I jeśli mam okazję, a przy okazji jestem w Krakowie, to mogę iść do "Zwisu"...

Dokąd?

- Oficjalnie to ten bar nazywa się "Vis à vis". Przesiadują tam wielcy, ale również pisarze, którzy nie piszą, aktorzy, którzy nie grają, poeci, którzy nie drukują i ja. Projektant, który nie projektuje. A wieczorami oglądam kino noire ...

Pana syn twierdzi, że przez całe życie obejrzał ich pan tyle, że mógłby pan zostać krytykiem filmowym...

- Bo ja kochałem i kocham kino! Mogę na okrągło oglądać wszystkie czarno-białe filmy!

A te współczesne?

- Im bardziej idziemy w kolor, tym mniej mnie to kręci. Ostatnio obejrzałem dwa biograficzne filmy o Yves Saint Laurencie. Ani jeden, ani drugi nie jest do końca prawdziwy, ale miło mi się na nie patrzyło, bo ja uwielbiałem tego człowieka. Co tam uwielbiałem, ja się w nim kochałem, a jeszcze bardziej w jego kolekcjach.

Dlaczego?

- Bo po Coco Chanel on jeden zrobił w modzie rewolucję. On, ten gnojek z krzywym nosem, niedowidzącymi oczami i z tą piękną kreską... Poza tym to był jedyny "wielki", który się ze mną w Paryżu serdecznie przywitał. Bo już na przykład Lagerfeld, kiedy jedna z modelek nas sobie przedstawiała, nawet nie chciał w moją stronę tego łba utlenionego odwrócić. Tylko mi jakoś tak rękę zza pleców podał. Wiadomo, Kaiser!

Zarzucali panu, że pan do tych zagranicznych projektantów podchodzi na kolanach...

- Ja? W życiu. Ja chyba byłem w PRL jedynym, który właśnie nie podchodził do "zagranicy" na kolanach. Ja niczego nie kopiowałem, nie traktowałem cudzych pomysłów jak prawd objawionych. Kiedy oglądałem pokazy, to starałem się natychmiast zapomnieć, co widziałem. Nie chodziło mi o to, na ile centymetrów w tym sezonie jest głęboki dekolt, czy talia jest obniżona o pół centymetra, czy też podwyższona o jeden. Cóż mnie obchodziła obniżona talia?! Tu chodziło o atmosferę. O to żeby tutaj, do tej dusznej Polski, wpuścić choć powiew Paryża. Chociaż namiastkę, dopóki tego ustroju nie obalamy całkowicie. Bo częściowo owszem, obalaliśmy.

Ustrój? Za pomocą mody? To chyba lekka przesada...

- Sądząc po zamieszaniu, jakie wywoływały niektóre pokazy Mody Polskiej, każdy goły biust na wybiegu powodował, że ustrój trząsł się w posadach. Swoją drogą marny to ustrój, który upada z powodu jednego cycka. No, ale piękne to były lata.

Kiedy zdał pan sobie sprawę, że te piękne lata, epoka Mody Polskiej, dobiegają końca?

- Moda Polska, to nie Chrystus pod krzyżem: 3 upadki i cześć pieśni. My upadaliśmy 9 lat! Ekonomiści pewnie powiedzieliby, że problemy Mody zaczęły się w tzw. epoce Balcerowicza, i że nie przetrzymaliśmy transformacji. Ja to pamiętam trochę bardziej "po ludzku". Nasz zespół robił się coraz mniejszy, zamykano kolejne salony, odchodzili projektanci. Aż w końcu przyszli syndycy i zaczęli radzić, co by tu z majątku firmy sprzedać, żeby spłacić wierzycieli. I szły na aukcje: zabytkowe magazyny, domy wczasowe, kamienice...

Co pan wtedy robił?

- Razem z kilkoma pracownikami próbowałem kombinować. Myśleliśmy: "Może założymy jakąś spółkę i w ten sposób uratujemy Modę Polską?"... Figę z makiem mogliśmy uratować. Czas prosperity minął. Ale ja nigdy nie byłem mocny w ekonomii, więc póki mogłem, projektowałem.

Były na to pieniądze?

- Wtedy byliśmy klientami niezliczonych hurtowni, które na początku lat 90. powstawały jak grzyby po deszczu. Sprzedawcy ciągle obdarowywali nas materiałami, a ja próbowałem czarować syndyków. Kusiłem: "Może jak zrobimy nową kolekcyjkę, to jakieś pieniądze wpadną". A oni na to: "Dobrze Antkowiak, szyjcie". I nie taję, że robiłem wtedy najpiękniejsze minikolekcje. Nie miałem nic do stracenia, więc eksperymentowałem, fantazjowałem, testowałem. Jakoś to się toczyło, ale wiedziałem, że to jest już inny rodzaj zabawy.

Ludzie woleli inne ubrania

- W pierwszej dekadzie transformacji Polska była imperium mody! Jakich ja miałem wspaniałych kolegów - właścicieli domów mód! A jakie koleżanki po fachu! Co chwila zagadywał do mnie jakiś tirowiec: "Wiesz pan co, ja tak wożę ten towar, a pan to się trochę na ciuchach zna". Ja mówię: "No, nie kryję, trochę się znam"... A on na to: "Wie pan, bo w mojej żonie to się taki talent obudził...".

Do czego?!

- No jak to do czego? Do domu mód!!! I on zaraz otwierał hurtownię, a jego żona zostawała moją koleżanką po fachu.

Tak na poważnie. Było panu żal?

- Ja uprawiałem bal na Titanicu. Kiedy odeszły projektantki, zostałem w Modzie Polskiej jak ten samotny, biały żagiel i pomyślałem: "Teraz to już mogę się tylko bawić". I bawiłem się, aż przyszło bankructwo. Zamykamy firmę. Do dzisiaj myślę, co by to było, gdybym przyjął tę ostatnią zawodową propozycję syndyków i został magazynierem.

Naprawdę się pan nad tym zastanawiał?

- Myślałem sobie: "Jak bosko! Tam zostało mnóstwo tkanin, koronek, podszewek, klejonek, guzików, lamówek"... Myślałem, że będzie fajna zabawa! I jaką będę miał kartę w życiorysie! No, ale moje poczciwe Ireneczki, Marysie i inne dobre dusze z Mody Polskiej, które wiedziały, co to jest magazyn, odwiodły mnie od tego pomysłu. Powiedziały, że przy obecnych chaosie na pewno zaczną ginąć rzeczy. A jak zginą, to ja będę głównym podejrzanym i jeszcze wyjdzie na to, że Antkowiak okradł Modę Polską. Posady nie przyjąłem, syndyków zdenerwowałem i kiedy nadszedł ostatni dzień pracy w Modzie, to odprawy nie dostałem. O tym, co potem zrobiłem, być może wie kilku barmanów z Warszawy...

Nie bywa pan już na pokazach. A trendy pan śledzi?

- Niechętnie. Głównie śledzę te cholerne celebrytki w pierwszych rzędach.

Czym panu tak podpadły?

- Wie pani, ja jestem z takiej epoki, że jak siadywałem na pokazach, a zdarzało mi się nawet siadywać u Diora, to widziałem w pierwszym rzędzie i Catherine Deneuve, i Suzy Menkes, i Palomę Picasso, i Ginę Lollobrigidę. To były autentyczne gwiazdy, a do tego, przynajmniej w moim odczuciu, w miarę normalni ludzie. A teraz w tych rzędach siedzą jakieś dziwne postaci. Na przykład gwiazda, czy może gwiazdeczka, pani Herbuś. Prywatnie to pewnie bardzo sympatyczna kobitka, nic przeciwko niej nie mam, ale co ja mam się Herbusiem zachwycać, jak miałam okazję rozmawiać z Lollobrigidą? Z tego całego polskiego bałaganu miałem jedną okoliczność z Dodą.

Polubił ją pan?

- Byłem nią zachwycony. Projektowałem wtedy dla niej futerko, umówiliśmy się, żeby przedyskutować szczegóły. Przyszła na to spotkanie, taka słodka dziewczyneczka uczesana w kitki, i mnie pyta: "Pan się na modzie w ogóle zna? Pan coś umie projektować? No to jak pan umie, to załatwione". I w tej jej bezczelności ja ją polubiłem. Ale cała reszta niech mi się na oczy nie pokazuje.

Projektanci też?

- Panie w warzywniaku, czasem zagadują do mnie: "Bo ten pana kolega, Jacyków...". A ja sobie myślę: "Jaki z niego mój kolega?". Kiedy jeszcze był zwykłym, młodym chłopakiem, to ciągle siedział u nas w Modzie na próbach. A myśmy wysadzali głowy zza kulis i pytali się nawzajem: "Kto to do cholery jest? Syn krawcowej czy może jakiegoś ministra?". Potem zaczęły się w nim zakochiwać garderobiany i robiły do mnie maślane oczy, mówiąc, że ten chłopiec pewnie taki zainteresowany modą, że pasjonat, że się uczyć chce. No i w końcu zabraliśmy go na Kubusia Puchatka (ulica, przy której mieściły się pracownie Mody Polskiej - przyp. red). I on tam podglądał, jak się szyje. Potem zniknął mi z oczu na lata, a gdy go znowu zobaczyłem, to był już skrzyżowaniem Salvadora Dalego z cesarzem rzymskim. Ale w żadnym wypadku moim kolegą.

A jeśli chodzi o samą współczesną modę, to co pan o niej sądzi?

- Jacykowy, Zienie i cienie "Zieniów" projektują pod gusta i potrzeby celebrytek. Gdziekolwiek zerknę, jest "jakoś". Jest długo, krótko, średnio, po ukosie. Jest tak, jak było. Natomiast autorzy się puszą, mają nosy w chmurach. Mówią: "Ostatnio odkryliśmy połączenie efektu mieniącej się tafty ze skórą cielęcą"... Rozumek cielęcy, to i ze skórą cielęcą się łączy. Nic nowego.

Kto się dzisiaj potrafi ubrać? Kto ma styl?

- Eleganckich ciężko wskazać, ale za to mogę pani wymienić galerię bezstylowych. Nie chcę się czepiać polityki, ale na podstawie popisu ubierania, który dały obydwie panie premiery, ta, co odchodzi, i ta, co nadchodzi, można uznać, że nie Polska, a polska moda jest w ruinie. Jedna latała w jakichś portkach po pociągach, ta druga stała na mównicach w ciężkozbrojnych garsonkach jak wzorcowa kanarzyca z tramwaju. I niech to pani napisze. Ja to biorę na siebie. Ja już sobie mogę na wszystko pozwolić...

To miło być ikoną, której wszystko wolno?

- Nie znoszę słowa "ikona". W czasach, w których każdy i wszytko może być "ikoną", ja wolę być po prostu Jerzym Antkowiakiem.

Ten szum wokół Jerzego Antkowiaka, wywiady, promocja książki, jest przyjemny?

- Ani trochę. Ja słynę z gadulstwa, więc kiedy dziennikarze przychodzili do Mody Polskiej, to zawsze chcieli rozmawiać ze mną. Wiedzieli, że ja lubię coś chlapnąć, jakąś anegdotę, dowcip, żeby był skandalik, żeby sekretarza partii wkurzyć...

Dlaczego więc przestało się to panu podobać?

- Bo życiorys ma się tylko jeden, a ja już od 40 lat opowiadam na okrągło to samo. Dlatego też w tej książce trochę konfabulowałem. Kto wnikliwy, ten będzie wiedział, w których miejscach, a kto gapa, ten da się nabrać.

Jak mnie zapamiętają? Co po mnie zostanie? Martwią pana takie kwestie?

  Nie. Moja wizja odejścia jest taka jak - i tu będzie porównanie z górnej półki - księcia Saliny z "Lamparta" Lampedusy. Kiedy już naprawdę będę się oddalał w te niebiańskie, a może i piekielne rejony, to rozegra się następująca scenka. Syn zamawia kontener. Kontener podjeżdża. I wszystko zaczyna wylatywać przez okno. Lecą zdjęcia, lecą książki, lecą ciuchy, lecą wieszaki, leci biżuteria, szale, kapelusze i wszytko, co gromadziłem przez całe życie. I gdybym był księciem Saliną, to bym jeszcze miał wypchaną Kluskę. Ale mojej psinki wypychać nie zamierzam, więc może jej jednej darujemy. A cała reszta niech pozostanie milczeniem...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje