Reklama

Reklama

Jestem manufakturą

Nina Terentiew mówi o nowej pracy i o prawdziwych powodach odejścia z TVP. Oraz o tym, dlaczego Wiesław Walendziak przyznał, że zastrzeliłby ją bez wahania.

Nina Terentiew: Ma pan ambicję zostać moim kronikarzem?

Po 32 latach pracy w Telewizji Publicznej składa Pani wypowiedzenie. Trzy tygodnie po objęciu przez Bronisława Wildsteina funkcji prezesa TVP.

NT: I pan myśli, że zadecydowała koniunktura polityczna, że nie miałam wyboru?

Wtedy wszyscy sądzili, że Wildstein to nie "człowiek Kaczyńskiego", tylko jego inkwizytor, który od razu ma się zabrać za budowanie stosów.

NT: Ale ja tego nie zrobiłam ze strachu przed spaleniem. W ciągu tych wszystkich lat współpracowałam z prezesami związanymi z najróżniejszymi obozami politycznymi: z Walendziakiem, Miazkiem, Kwiatkowskim, Dworakiem. I wszyscy ci ludzie dali mi odczuć, że bardzo cenią mnie i moja pracę: wkład w budowanie Telewizji Publicznej. Wildstein nie powiedział i nie zrobił nic złego, co by świadczyło, że mam się pakować, ale nie pokazał także, że to co robię i zrobiłam dla TVP ma dla niego jakąkolwiek wartość. Czułam, że nie szanuje zarówno mnie, jak i mojej pracy. To przesądziło sprawę.

Reklama

"Nie mieściła się w wizji nowego prezesa". Taka była oficjalna wersja.

N.T.: To on się nie mieścił w mojej. Od razu poczułam, że nie mamy tej samej grupy krwi. W tamten czwartek przyszłam do jego gabinetu. Pan prezes myślał, że będziemy omawiać jakieś sprawy programowe, a ja powiedziałam, że chyba nadszedł czas rozstania. Zrobił wielkie oczy, spytał, czy to działanie pod wpływem impulsu.

Odbierała mu pani luksus wyrzucenia tuza.

NT: Być może ma pan rację. Powiedziałam wtedy, że to decyzja jak najbardziej przemyślana i prezes spokojnie zgodził się na moja rezygnację. Weszłam w trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Ale to nie była najważniejsza dla mnie rozmowa z nowym szefem. Ta najważniejsza nastąpiła pod koniec trzeciego miesiąca. Byłam z TVP związana klauzulą konkurencyjności, która stanowiła, że przez rok po rozwiązaniu umowy o pracę nie wolno mi rozpocząć żadnej nowej działalności zawodowej. W zamian za 80proc. wynagrodzenia. Jakbym miała siedzieć rok w domu na kanapie, to chyba bym zwariowała, tym bardziej, że już miałam plany na przyszłość. Chciałam otworzyć agencję konsultingowo-medialną.

Była pani na łańcuchu.

NT: Z którego mógł mnie spuścić tylko podpis prezesa Wildsteina. No więc jest to spotkanie. Mówię: "nie chciałabym marnować publicznych pieniędzy, proszę o zwolnienie z klauzuli konkurencyjności, poza tym jestem kobietą , która ceni sobie wolność". Łypnął na mnie znad podania. "Wolność, wolność... bardzo lubię to słowo" - powiedział i podpisał. Byłam wolna. Za chwilę pyta: "ale nie idzie pani do TVN ani Polsatu". "Prezesie" odpowiedziałam "dziś nie, ale dzięki tej wolności, którą uzyskałam, mogę to zrobić, ona właśnie na tym polega".

I nie poczuła Pani, że utraciła miejsce pracy, z którym związała całe swoje życie zawodowe, nie bolało oderwanie od korzeni?

NT: Nie, aż samą mnie to zdziwiło. Poczułam ulgę. Pojechałam na wakacje, a po jakimś czasie zadzwonił prezes Solorz. I tak się rozpoczęło moje nowe życie.

Nie tęskni Pani?

NT: Dla mnie samej jest to zdumiewające, ale nie. Pracując w TVP nie wyobrażałam sobie, że mogłabym zmienić firmę, tak jak ludzie pozostający w szczęśliwym małżeństwie nie planują nowych partnerów życiowych. A potem bywa, że to udane małżeństwo się nagle rozpada. I człowiek zaczyna nowe życie, z kimś innym. I też może być z nim szczęśliwy. I ja jestem.

I nie przechodzi Pani przez myśl powrót do TVP? Naturalnie wtedy, kiedy zmieni się jej prezes.

NT: Ależ pan się bardzo myli - znam, lubię i cenię prezesa Urbańskiego. Ale mam już po prostu inną pracę. Tamten okres mojego życia jest definitywnie zamknięty.

A gdyby Pani oferowano objecie funkcji prezesa TVP?

NT: No skąd! Ja jestem człowiekiem przy zdrowych zmysłach i nie ma pieniędzy, które by mnie nakłoniły do objęcia tego stanowiska..

Ryszard Frelek powiedział w 1971 roku do Macieja Szczepańskiego: "no stary, uważaj, bo objąłeś najniebezpieczniejszy urząd w kraju".

NT: Ej ,tam. Wtedy to była miła posadka. Będąc szefem Radiokomitetu, uprawiało się gry i zabawy polityczne. Jeśli to się matce partii podobało, to dawała pieniądze bez żadnych ograniczeń. Dzisiaj to już zupełnie inaczej wygląda. Z jednej strony, ma się pod sobą gigantyczną firmę. Trzeba dbać o oglądalność, rentowność i zysk, być menedżerem. Z drugiej zaś strony jest się obarczonym obowiązkiem realizowania idei, misji telewizji publicznej. Plus jeszcze to upolitycznienie. Prezes TVP - straszny urząd.

Jakie pytanie zadała by Pani na bezludnej wyspie Bronisławowi Wildsteinowi? Może takie, jak Maćkowi Maleńczukowi w 2003 roku - czy czuje się człowiekiem spełnionym?

NT: Pan się ze mnie doktoryzuje?

A może takie, jak Dariuszowi Michalczewskiemu: czy celem jego życia jest boks?

NT: Oba bym zadała, bo są trafne, i dorzuciłabym od siebie jeszcze jedno. Dlaczego tak inteligentny i przewidujący człowiek dobrał sobie do współpracy w TVP ludzi, którzy pozornie wydawali się być jego wiernymi żołnierzami, a nagle z taką łatwością obrócili bagnety przeciwko swojemu wodzowi.

Być dobrym dziennikarzem. Co to znaczy?

NT: Potrafić umiejętnie wydobyć ze swojego bohatera zwierzenia, otworzyć go, ale także poczuć granice jego intymności, które są nieprzekraczalne. Trzeba posiadać umiejętność poruszania się po kruchym lodzie oraz świadomość, w którym momencie ten lód pęknie. Trzeba pamiętać, że ludzie kultury to nie politycy, że nie można wyprowadzić nagłego, niesygnalizowanego ciosu, powalić rozmówcę na ring i uznać to za dobre dziennikarstwo. Przeciwnie, moich rozmówców najbardziej otwierała pewność, że są ze mną bezpieczni.

Gdzie ten lód stawał się niebezpiecznie cienki?

NT: Artyści mają swoje pięty achillesowe, zazwyczaj jest to ich życie prywatne. Tabloidowy sposób myślenia polega na tym, że skoro są to osoby publiczne, to mamy im prawo zajrzeć do łóżka. Otóż nie mamy, mamy obowiązek uszanować ich życie prywatne. Jeśli ktoś mi przed rozmową mówił: "słuchaj, te kolorowe tygodniki pełne są scen czułości z moja żoną, od której właśnie odchodzę, nie chcę, żebyśmy o tym gadali na wizji" - nie gadaliśmy. Omijałam bolące miejsca. Kiedyś do Polski przyjechał Roman Polański. To było tuż po tym, jak został w USA banitą. Przyjął nasze zaproszenie do studia, ale wiedzieliśmy, że temat jest tak niebezpieczny, że zrobimy jeden fałszywy krok, posuniemy się o jedno pytanie za daleko i on wyjdzie ze studia, albo da w twarz prowadzącemu, jeśli byłby to facet. Ja poprowadziłam tamta rozmowę.

Wyszedł?

NT: Nie wyszedł.

Z jednej strony czułe stąpanie po cienkim lodzie w rozmowach z ludźmi reprezentującymi kulturę wysoką, z drugiej strony Nina Terentiew jako menedżer, odpowiedzialny za programy masowe, które mają podnieść oglądalność. Nie odczuwa Pani wewnętrznej niespójności w związku z tą dychotomią?

NT: Nie ma żadnej dychotomii. Podział na kulturę wysoką i niską, komercyjną i niekomercyjną jest sztuczny. To hipokryzja ludzi nie potrafiących połączyć tych sfer. Największym szczęściem dla twórcy telewizyjnego jest zrobienie programu, który wywoła łzy zarówno u profesora uniwersyteckiego, jak i u jego gosposi. A to wielka sztuka. Łatwo jest zrobić coś banalnego, lub coś, co zainteresuje wyłącznie wąskie, elitarne grono. Proszę mi powiedzieć, czy według pańskich dychotomicznych podziałów muzyka cygańska to kultura wysoka czy niska. Ognisko się pali, Cyganie tańczą, muzyka gra. Słucham.

To kultura etniczna, wyabstrahowana od tego podziału.

NT: Miga się pan, bo nie potrafi odpowiedzieć. A czy muzyka Krzysztofa Krawczyka to w porównaniu z utworami tworzonymi przez Krzysztofa Pendereckiego kultura wysoka czy niska? Milczy pan? To niech pan posłucha. Jedyny podział naszej telewizji, jaki znam, to na publiczną i komercyjną. Muzyka cygańska porywa serca zarówno profesorom jak i gosposiom domowym. Serial "M jak miłość" miał dziesięciomilionową widownię. Jak ktoś mi mówił, że to telenowela dla gospodyń domowych, to ja się pytałam, czy ich aż tyle w Polsce mamy. Potem z badań wyszło nam, że gros ludzi, oglądających losy tych bohaterów, posiada wyższe wykształcenie. Podobnie jest ze "Światem według Kiepskich", który był synonimem dna, a potem wyszło, że jest kultowy wśród bardzo zróżnicowanej widowni. Lepiej nie dzielić kultury.

Ostatnio rząd wpadł na pomysł zniesienia abonamentu. W otwartym liście do premiera zaprotestowali ludzie kultury i sztuki. Same znane nazwiska.

NT: I ja ich doskonale rozumiem, bo pojęli, że telewizja publiczna jest ich ostatnim mecenasem, że w zalewie komercji zostali ze swoimi ambitnymi planami sami. Zdają sobie sprawę, że to ostatni bastion, że bez abonamentu, ergo - misyjności, telewizja zacznie jeszcze bezwzględniej walczyć o widza. Tak, jak inne komercyjne stacje.

W Polsacie nie pojawia się Pani na wizji. Z obawy przełożonych, że twarz Niny Terentiew każdemu się kojarzy z TVP?

NT: Skąd! Ja po prostu nie mam czasu! Jestem dziennikarzem starej daty, manufakturą, nie fabryką, nie wyobrażam sobie czytania z promptera albo przyklejonej do kamery kartki. Pewnie, może i mogłabym prowadzić intymne rozmowy z twórcami po północy, tyle że nie po to zostałam zatrudniona. Jako menedżer mam konkretne zadania do wykonania: czytelne i wymierne. Rozliczają mnie wyniki oglądalności. Ja, jako Nina, może i miałabym ochotę usiąść w knajpie z Krzysiem Majchrzakiem i pogawędzić przed kamerą, ale czy w Polsacie znalazłby się na to klient?

Ale dobrze się Pani tam czuje?

NT: Wyśmienicie. Powiedziałabym: luksusowo. Mam fantastycznych szefów. Robię to, co kocham. Czuję się spełniona.

Z przełożonymi raczej nigdy nie wikłała się Pani w konflikty.

NT: Nie, bo ja się nigdy nie mieszałam w kwestie polityczne. Spośród wszystkich szefów TVP najbardziej lubiłam się z Wiesławem Walendziakiem. On prowadził program "Bez znieczulenia", ja moją "Wyspę", dogadywaliśmy się super, ale wszyscy pamiętamy, jakie miał poglądy. Kiedyś go pytam: "Wiesiu, ale, jeśli chodzi o politykę, gdybym stanęła ci na linii strzału, zabiłbyś, prawda?". "Oczywiście" odpowiedział "ale stosując znieczulenie, Ninko".

Rozmawiał Marek Łuszczyna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje