Katarzyna Burzyńska: Mama mówi, że jem jak chłop

W cyklu "Czerwony dywan" przeprowadza wywiady z celebrytami. Tym razem to ona została przypytana. Katarzyna Burzyńska - uwielbia bezę, jest uzależniona od czekolady i robi świetne chili con carne. "Mama mówi, że jem jak chłop" - zdradza prezenterka.

Przestrzega pani zasad zdrowego stylu życia?

Reklama

Katarzyna Burzyńska: - Jeszcze trzy lata temu prowadziłam wręcz bardzo niezdrowy styl życia. Te trzy lata temu to był moment, kiedy wszystko mi się pozmieniało. Wpływ na to miał mój - od niedawna - mąż, który propaguje zdrowe żywienie i ruch. Zainspirował mnie i pociągnął za sobą. Obecnie dbam o to, żeby regularnie, co 2-3 godziny jeść pięć posiłków dziennie. Nie ograniczam się i jem wszystko.

Czasem ciężko zadbać o regularność posiłków...

 - To jest wymówka dla leniuchów. Jeżeli wiem, że mam bardzo zapełniony dzień i nie będę mogła ugotować sobie czegoś w ciągu dnia, robię to rano albo wieczorem dnia poprzedniego. Wszystkie rzeczy, które sobie przygotowuję noszę ze sobą. Kiedyś byłam fanką tzw. jedzenia na mieście - teraz już mi to trochę mniej smakuje. Oczywiście mam swoje ulubione knajpki, gdzie chętnie chadzam. Jednak to, co przygotuję sama albo ktoś z moich bliskich zdecydowanie bardziej mi smakuje. Nie jem świństw. Rozsmakowałam i rozgotowałam się - uwielbiam gotować dla ludzi.

Jakie jest pani popisowe danie?

 - Robię świetne chili con carne, genialną meksykańską potrawę. To jest mielona wołowina tak bardzo na ostro, czyli z chili, z mocnymi przyprawami palącymi w język, fasolą, pomidorami, cebulą i ogromnymi ilościami czosnku. Do tego podaję nachosy i starty ser cheddar. Bardzo aromatyczne, pyszne, ale ciężkie jedzenie.

Takie chłopskie?

 - Można tak powiedzieć. W zasadzie jem, jak taki chłop, co zresztą zawsze powtarza mi moja mama i śmieje się, że jem więcej niż mój tata.

Ma pani słabość do...?

 - Słodyczy, których jem straszne ilości. Tort bezowy, beza Pavlova z owocami, z kremem z mascarpone i z bitą śmietaną - obłęd. Jestem od nich uzależniona. Średnio raz na trzy dni - czasem, co drugi dzień - to jem. Przepadam też za czekoladą pod każdą postacią. Bez tego nie potrafię żyć.

Po takiej chwili słabości funduje sobie pani bardziej intensywny trening?

 - Nie, bo mam dobre geny. Zastanawiam się, co by było, gdyby tak nie było i gdyby było widać, że jem bezę co drugi dzień (śmiech). Póki mogę jem bez wyrzutów sumienia i bez konsekwencji.

Ale o formę jakoś pani dba? Uległa pani modzie na bieganie?

 - Biegania nie bardzo rozumiem... Choć próbowałam, nie potrafię biegać. To mnie nudzi - nawet, jeżeli mam muzykę w uszach. Siłownia też nie jest dla mnie. Muszę mieć nad sobą kogoś, kto mi powie, co i pokaże, jak. Dlatego chodzę na fitness, a ostatnio również na power pump, czyli ćwiczenia ze sztangą. Czuję się niczym taka twardzielka - znowu, jak z tym chłopskim jedzeniem - mój pierwiastek męski przeważa w moim życiu, choć może tego po mnie nie widać. Z jednej strony fitness i power pump, a z drugiej beza, więc to się wszystko równoważy.

Stosuje pani jakieś triki urodowe albo kosmetyczne rytuały?

 - Jestem fanką oleju kokosowego. Używam go dosłownie do wszystkiego - do gotowania, do smarowania twarzy i ciała oraz na włosy. Także podkradam go sobie z kuchni do łazienki. Ponadto jestem uzależniona kremu do rak, który mam wszędzie - w torebce, na każdym parapecie w domu, w łazience. Co jeszcze? Na ustach zawsze muszę mieć wazelinę z odrobiną błyszczyka.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje