Reklama

Reklama

Katarzyna Dowbor: Tak zwane durnostojki to rzeczy sentymentalne

Dla Katarzyny Dowbor dom to przede wszystkim ludzie, ale też "durnostojki". Jedną z rodzinnych pamiątek jest pierścionek, który miała dostać po maturze, po studiach, wreszcie jak wyjdzie za mąż. - Już trzy razy wychodziłam za mąż i ciągle go nie dostaję - żartuje.

Z czym kojarzy się pani dom?

Katarzyna Dowbor: - Dom najbardziej kojarzy mi się oczywiście z ludźmi, którzy w tym domu są, bo to oni i ich ciepło tworzą domową atmosferę. Dla mnie dom to też są pamiątki, przedmioty, które dziedziczymy, ale i drobiazgi, które kupujemy z myślą o tym, żeby ten dom ocieplić - uważam, że nic tak nie ociepla domu jak właśnie takie rzeczy. Niektórzy mówią na nie "durnostojki" - to wcale nie są "durnostojki" tylko rzeczy sentymentalne, które przypominają nam pewne sytuacje. Po dziadkach dziedziczyłam chociażby półmisek ze słynnym cebulowym wzorem. To naczynie jest traktowane u nas w domu jak świętość - wyjmujemy go tylko na specjalne okazje, uroczyste kolacje, święta czy bardzo ważne spotkania rodzinne.

Reklama

Czy u pani w rodzinie jest coś, co przekazuje się z pokolenia na pokolenie?

 - W związku z tym, że moja mama była sierotą wojenną, dom, w którym mieszkała przed wojną, został zbombardowany, więc z tego typu rzeczami był u nas problem. Też, mój dziadek miał największą w Polsce kolekcję białej broni, dużo pięknych rzeczy, ale to wszystko niestety gdzieś przepadło.

 - Natomiast po śmierci mojej babci przed wojną w '39 roku któraś z moich ciotek dostała biżuterię. Jako że z bratem byliśmy chorowitymi dziećmi, ta biżuteria po babci w ciężkich czasach wojennych została w większości sprzedana, żeby opłacać lekarzy, leczenie itd. Okazało się, że został jeden przepiękny pierścionek z brylantem, którego mama - ponieważ pamiętała, że z kolei jej mama zawsze go nosiła - nie sprzedała.

Co się stało z tym pierścionkiem?

 - Do dzisiaj jest w naszej rodzinie. Moja mama odziedziczyła go po swojej mamie, moja babcia po swojej. Także to już jest chyba czwarte pokolenie, które go dziedziczy. Ja też ciągle mam go dostać tylko najpierw było mówione, że dopiero jak zdam maturę - zdałam i nic. Potem, że jak skończę studia - skończyłam i nic. Potem, że jak wyjdę za mąż - wyszłam za mąż już trzy razy i ciągle go nie dostaję (śmiech). Mama bardzo go lubi i cały czas go nosi. W związku z tym, że jest skromny, ale w takim bardzo dobrym guście, nie jest chowany tylko właśnie noszony.

Pani też będzie go nosiła czy schowa do specjalnej szkatułki?

 - Myślę, że będę nosiła, bo jest naprawdę piękny. Chociaż biżuterii w ogóle nie noszę, ale ten jeden pierścionek bym nosiła.

 - Mamy też jeszcze jedną piękną rzecz, która została nam po moim dziadku, który był oficerem przedwojennego wojska i który zginął na wojnie. Mianowicie został po nim przepiękny sygnet. Dziadek w 1920 roku walczył z bolszewikami i Piłsudski swoim dziesięciu najwierniejszym żołnierzom dał w prezencie sygnety z krzyżem Virtuti Militari. Zresztą dziadek dwa razy dostał Virtuti Militari. I ten przepiękny sygnet z krzyżem też jest u nas w rodzinie przekazywany, więc kiedyś pewnie Maciek (syn) go dostanie.


PAP life

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy