Reklama

Reklama

Kryminał, lenistwo i siła woli

Zanim zajęła się pisaniem, przepracowała 20 lat w moskiewskiej milicji. Dzisiaj jej powieści rozchodzą się w milionowych nakładach. Aleksandra Marinina, nazywana "królową rosyjskiego kryminału", opowiada w rozmowie z INTERIA.PL o tym, jak udaje jej się przełamać lenistwo, poznać samą siebie i tworzyć doskonałe historie kryminalne.

Izabela Grelowska, INTERIA.PL: W pani powieściach zawsze występuje wiele postaci. Opisuje pani szczegóły ich życie, ich problemy. Co jest dla pani ważniejsze: stworzenie kryminalnej intrygi czy przedstawienie obrazu społeczeństwa?

Aleksandra Marinina: - Kryminalna intryga nie jest dla mnie najważniejsza, ale nie podejmuję się też tworzenia obrazu społeczeństwa. Interesują mnie konkretne problemy etyczne i psychologiczne, z jakimi stykają się ludzie w każdym społeczeństwie: zawiść, zazdrość, uraza, różnego rodzaju kompleksy. To są problemy ogólnoludzkie, które nie zależą od warstwy społecznej. Każdą książkę piszę tylko ze względu na nie. A tło społeczne i intryga kryminalna jest tylko dekoracją.

Reklama

Główna bohaterka pani powieści, Nastia Kamieńska, pracuje w milicji, w męskim środowisku. Okazuje się, że praca z mężczyznami nie zawsze jest łatwa, jak np. w powieści "Gra na cudzym polu". Pani przepracowała w milicji 20 lat. Czy również spotykała się pani z przykrymi sytuacjami w tej pracy?

- Miałam podobne kłopoty, wynikające z tego, że jestem kobietą. Ale miałam jeszcze jeden problem - nie byłam członkiem partii komunistycznej. Dlatego z awansem zawodowym zawsze miałam trudności. Jeśli pojawiło się wolne stanowisko, które mogłabym zająć, moją kandydaturę rozpatrywano na samym końcu. W pierwszej kolejności brano pod uwagę mężczyzn i z reguły to oni zajmowali te miejsca.

A czy w karierze pisarskiej spotykała się pani z takimi sytuacjami? Wiem, że rosyjskie wydawnictwo chciało, aby książkę "Czarna lista", która teraz została wydana w Polsce, opublikowała pani pod męskim pseudonimem. Zmieniła pani też głównego bohatera, nie jest nim Nastia Kamieńska, ale mężczyzna - Stasow.

- Tak, to prawda. To było w 1995 roku. Wtedy uważano, że pisanie książek, a tym bardziej pisanie powieści kryminalnych, to męskie zajęcie, że kobieta nie jest w stanie napisać niczego ciekawego. Wydawcy stwierdzili, że jeśli moje książki będą podpisane męskim nazwiskiem, to również mężczyźni będą je kupować. Teraz sytuacja zdecydowanie się zmieniła. Dzisiaj wszyscy w Rosji rozumieją, że kobieta również może napisać dobrą książkę. Kobiet - autorów powieści kryminalnych jest być chyba nawet więcej niż mężczyzn. Ale 15 lat temu było inaczej.

Stworzyła więc pani nowego bohatera - Stasowa. Czy trudniej było pisać z męskiego punktu widzenia?

- Oczywiście. To było trudniejsze, ponieważ nie potrafię, a raczej wtedy nie potrafiłam, patrzyć na świat męskimi oczami. To trzeba niejako przekształcić się w mężczyznę. Zrozumieć, jaką decyzję podejmuje on w konkretnej sytuacji, jak na nią patrzy, jak ją ocenia, o czym myśli. Musiałam cały czas zwracać się o pomoc do otaczających mnie mężczyzn i o wszystko ich pytać.

- Dopytywałam się na przykład o to, na co w pierwszej kolejności zwraca uwagę mężczyzna, kiedy spotyka się z kobietą: na twarz, na włosy, na nogi, na piersi, na biodra? Ja nie wiem. Nie jestem mężczyzną. Później oswoiłam się z tą sytuacją i oprócz "Czarnej listy" stworzyłam jeszcze kilka powieści napisanych w pierwszej osobie, z punktu widzenia mężczyzny.

Uważa pani, że to, co pisze, to literatura kobieca czy raczej uniwersalna?

- Myślę, że uniwersalna. Mężczyźni również znajdują w moich książkach coś dla siebie. Oczywiście, wśród moich czytelników jest więcej kobiet, ale w Rosji kobiety w ogóle czytają więcej. Mężczyźni, jeśli mają trochę wolnego czasu, wolą oglądać filmy, szczególnie wojenne.

Kiedy zaczęła pani pisać o Nastii, nadała jej pani sporo swoich cech. A czy inni bohaterowie mieli swoje prototypy?

- Jest taka postać, generał Zatoczny. On ma dużo cech mojego męża. Napisałam też książkę "Każdy za siebie", w której prototypem głównej bohaterki jest moja pomoc domowa. Opisuję jej życie, jej charakter, mentalność. To Rosjanka z Taszkientu. Mąż wywiózł ją do Moskwy i tu porzucił. Jest lekarzem, a była zmuszona pracować jako pomoc domowa.

Kiedy Bułhakow opublikował "Powieść teatralną", obraziło się na niego mnóstwo osób, które rozpoznały się bohaterach powieści. Czy pani się nic takiego nie przytrafiło?

- Raz się zdarzyło, ale to była specyficzna sytuacja. Rzecz w tym, że ludzie z reguły się nie rozpoznają w takich opisach. Jeżeli przedstawiam jakiegoś człowieka w książce, to pokazuję go tak, jak ja go odbieram, jak widzę go z boku. On sam ze swojej pozycji widzi wszystko zupełnie inaczej.

- Człowiek dokonujący jakiegoś czynu, który nam wydaje się dzikim, złym, głupim, ma swoje motywy. Dokonuje tego zupełnie świadomie, kierując się swoimi wyobrażeniami i jemu to zachowanie absolutnie nie wydaje się dzikie, złe ani głupie. Dlatego ludzie sami siebie nie rozpoznają, ale mogą ich rozpoznać inni.

- Mnie się zdarzyła taka sytuacja. Opisałam jednego ze swoich przełożonych, generała, tak jak ja go odbierałam. On sam siebie nie rozpoznał, chociaż czytał wszystkie moje książki. Rozpoznał go za to jego zastępca. I biegał do niego z tą książką - książka była pełna zakładek - i mówił: ty zobacz, co ona o tobie wypisuje. Oczywiście wyniknął z tego konflikt.

Pisze pani o metodach, jakimi posługuje się milicja. Czy to są prawdziwe metody? Daje pani wierny obraz pracy milicji, czy też więcej w tym fantazji?

- Niczego nie zmyślałam. Po prostu pracowałam w milicji i opisywałam ją taką, jaka ona jest w rzeczywistości.

Przestała pani pracować w milicji już 12 lat temu. Od tego czasu zmienił się sposób popełniania przestępstw, a także prowadzenia śledztwa...

- Informacje o tym, jak później wyglądała ta praca, uzyskiwałam przede wszystkim od mojego męża, który ma ogromne doświadczenie i pracował w milicji jeszcze po moim odejściu. Ale doskonale rozumiem, że sytuacja zmienia się bardzo szybko. Zmieniają się przestępcy, sposoby popełniania przestępstw i metody ich ścigania. Dlatego przez ostatnie lata coraz mniej piszę o tym, jak pracuje milicja. Zdaję sobie sprawę, że coraz mniej o tym wiem.

- Piszę inne książki, napisałam dramat psychologiczny "Wszystko nie tak", później dużą sagę rodzinną. Niedawno napisałam kryminał o Nastii Kamieńskiej, ale już nie jako o pracowniku milicji, ale jako o prywatnym detektywie.

W książce "Męskie gry" opisuje pani metodę pewnego profesora, która pozwala precyzyjnie określić cechy seryjnego mordercy. Czy to jest prawdziwa metoda?

- Tak, to prawdziwa metoda i prawdziwy profesor. Pracował na jednej katedrze z moim mężem, wiele lat temu ja również z nim pracowałam. Czytałam jego publikacje na temat tej metody i konsultowałam się z nim, kiedy pisałam te fragmenty.

Nastia Kamieńska nie jest wyidealizowanym milicjantem. Daje łapówki, ma dobre kontakty z potężnym mafiosem Denisowem...

- Przedstawiam ją, jako człowieka żyjącego w określonym kraju i określonych warunkach. Inaczej nie przeżyjesz. Oprócz tego każdy milicjant, który zajmuje się rozwiązywaniem spraw kryminalnych, musi mieć kontakty z przestępcami. Innych źródeł informacji o tym, co dzieje się w świecie przestępczym, po prostu nie ma. Milicjanci rozliczają się przed swoimi zwierzchnikami z tego, ilu przestępców jest ich informatorami, jakie informacje od nich otrzymali. Jeżeli nie będzie tych kontaktów, nie uda się rozwiązać sprawy. Tak jest na całym świecie.

Eduard Denisow to wpływowy mafioso, który włada miastem. Czy miał on swój wzór w rzeczywistości?

- Myślę, że tak. Osobiście nie znam nikogo takiego, ale Denisow jest absolutnie realny - nie ma trzech rąk i dwóch głów. On uważa, że aby ciebie ochraniali ludzie, którzy cię otaczają, należy się o nich troszczyć, opiekować się nimi. To psychologia mafii. Nie takiej rozbuchanej, ale prawdziwej, klasycznej mafii sycylijskiej.

Nastia to z jednej strony wół roboczy, z drugiej okropny leń. Czy u pani jest podobnie?

- Jakkolwiek by to dziwnie zabrzmiało, tak właśnie jest. Z jednej strony rozumiem, że skoro napisałam prawie 40 książek, to trudno nazywać mnie leniem. Z drugiej strony nieustannie łapię się na tym, że nie chce mi się nic robić. Nie chce mi się iść na spacer, nie chce mi się podlać kwiatów w ogrodzie, a kiedy już się położę na kanapie z książką, to nie chce mi się wstać. Fizyczne jestem leniem, ale intelektualnie nie. Pracować intelektualnie zawsze mi się chce.

Jak to możliwe, że ten fizyczny leń tańczy flamenco?

- To dzięki sile woli. Rozumiem, że aby zachować zdrowie i cieszyć się dobrą kondycją na starość, muszę zacząć dbać o siebie już teraz. Przestałam tańczyć flamenco ze względu na kręgosłup, ale za to zaczęłam uprawiać jogę. Za każdym razem, kiedy wraz z przyjaciółką pijemy kawę przed zajęciami, patrzymy na siebie i mówimy: "Boże, jak mi się nie chce, tak bym sobie posiedziała, wypiła kawkę, zapaliła, porozmawiała... Ależ się nie chce".

Ale do pisania chyba pani nie musi się zmuszać?

- Muszę. Czasami wszystko mam już obmyślone, całą treść, całą intrygę. Siedzę na kanapie i myślę: trzeba iść włączyć komputer i zacząć pisać. Oj, jak mi się nie chce. O wiele przyjemniej jest po prostu leżeć sobie na kanapie, czytać i oglądać filmy.

Często pani mówi w wywiadach, że należy być szczerym samemu ze sobą. Co to znaczy?

- Być szczerym ze sobą jest niezwykle trudno, to ogromna praca. Bo jeżeli ktoś jest szczery sam ze sobą, czasami jest zmuszony mówić sobie rzeczy, które bywają nieprzyjemne. A człowiek jest tak stworzony, że zawsze stara się uciec od tego, co jest dla niego niemiłe. Jest o wiele łatwiej nie mówić sobie prawdy. Ja się tego nauczyłam. Oczywiście, mogę nigdy nikomu pewnych rzeczy nie wyznać. Będę sobie zdawać sprawę z tego, że to o mnie źle świadczy, ale sobie potrafię to powiedzieć.

Czy pisanie powieści pomogło pani poznać siebie samą?

- Tak, każda z tych powieści zawiera jakiś etyczny problem, ze względu na który ją wymyśliłam. To był problem, który w danym momencie mnie interesował. Pisząc powieść rozprawiam się z takim zagadnieniem. Rozpatruję go z różnych stron, przymierzam do siebie. To rzeczywiście bardzo pomaga poznać samego siebie.

Często pani mówi, że nie jest pisarką, tylko autorką. Czy napisanie niemal 40 powieści nie wystarcza, aby nazywać się pisarzem?

- To charakterystyczne dla Rosji. W Rosji jest bardzo dużo snobizmu, szczególnie jeżeli chodzi o literaturę i sztukę. Jeżeli tylko powiem, że jestem pisarką, od razu zaczną mnie krytykować ci, którzy uważają, że pisarz to ten, kto ma specjalne literackie wykształcenie. Będą mówić: "Co ona znowu wymyśliła, jaki tam z niej pisarz, ona w ogóle jest nikim, a to, co pisze, to nie jest literatura". Nie chcę dać się wciągnąć w takie spory. Wolę powiedzieć, że jestem autorem i wtedy nikt mnie nie będzie krytykował.

Czyli unika pani kłótni?

- Tak. W ogóle unikam konfliktów. To cecha szczególna mojego charakteru.

Jest pani skromnym człowiekiem?

- Nie. Jestem bardzo miękkim człowiekiem. Miękkim i zgodnym, pewnie też skromnym, ale to już nie mnie osądzać. Z pewnością jestem zgodna i niekonfliktowa. Zawsze łatwiej mi jest ustąpić niż upierać się przy swoim. Wolę przemilczeć niż powiedzieć komuś, że nie ma racji. Nigdy nie obstaję przy moim punkcie widzenia. Również to, że potrafię sobie mówić prawdę, jest dla mnie bardzo charakterystyczne. Rzecz w tym, że ja sama siebie nie lubię. Dla człowieka, który sam siebie lubi od dzieciństwa, powiedzenie sobie prawdy jest bardzo trudne: "Jak to - ja jestem taki cudowny, dobry, wspaniały, jak coś tak nieprzyjemnego może dotyczyć właśnie mnie?".

- To, że sama siebie nie lubię, wynika ze sposobu, w jaki zostałam wychowana. Od dziecka uważałam, że nie jestem wystarczająco mądra, dobra, ładna. Że mam masę wad. Z takim przekonaniem przeżyłam całe życie. Dlatego powiedzieć samej sobie coś nieprzyjemnego nie stanowi dla mnie żadnego problemu. I dlatego bardzo łatwo jest mi ustępować innym. Od początku jestem przekonana, że mój rozmówca ma o wiele więcej racji, że jest mądrzejszy, że wie więcej niż ja.

To zaskakujące. Pani tworzy wiele ciepłych, sympatycznych postaci, co pozwala przypuszczać, że jest pani dobrze nastawiona do świata, że lubi pani ludzi. A przecież trudno lubić innych, nie lubiąc samego siebie.

- Jestem dobrze nastawiona do świata, ale do siebie jestem źle nastawiona. Po prostu myślę, że inni są lepsi ode mnie. To prawda, że jeśli nie lubi się siebie, trudno nauczyć się lubić innych. Ale jakoś nie mogę siebie polubić. Patrzę w lustro i nic mi się nie podoba.

Myśli pani, że może napisać taką książkę, która pomoże to zmienić, przepracować ten problem?

- Mam taką nadzieję. Mam nadzieję, że prędzej czy później dam sobie z tym radę przy pomocy jakiejś książki.

Z Aleksandrą Marininą rozmawiała Izabela Grelowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy