Reklama

Reklama

Krzyczałem poprzez taniec

O trudnym dzieciństwie, tańcu i... kurach z Piotrem Galińskim rozmawia Małgorzata Domagalik.

Piotr Galiński: Tu Pani przyniosłem coś, na pamiątkę, o kuchni, lubi pani gotować?

Małgorzata Domagalik: Bardzo, tylko jedno mi nie wychodzi: pieczenie.

Mnie też, ale książkę przyniosłem, żeby zainteresować, bo mało się wie o Piotrusiu.

Że gotuje? Wiem o Panu więcej. Przecież jest pan już "publiczny".

Ale dlaczego po czterdziestce? Śmieję się, że przez całe życie debiutuję, i już mam dość tych debiutów.

Swoją drogą, dlaczego Pan albo Pani Pavlović nie zostaliście zgłoszeni do Wiktorów? Przecież ludzie oglądają "Taniec z gwiazdami" także dla was. Lubią, jak raz jest Pan pół żartem, pół serio, raz tylko serio...

Reklama

Musiałem sobie znaleźć jakąś koncepcję bycia w tym programie. Na turniejach tańca nie zdarzają się wpadki typu jeden taniec rewelacyjny, a drugi beznadziejny. A dlaczego takie wpadki są w programie naszym? Dlatego, że można całe życie marzyć o tangu i mieć to tango w sobie, być takim macho czy jakąś Conchitą. Jak się jest świetnym aktorem czy aktorką, to przez to tango, przez te parę kroków można wywalić z siebie całe aktorstwo i wtedy mamy majstersztyk. Ale za chwilę jest samba albo rumba, która obnaża wszelkie braki. Bycie jurorem w tym programie jest ciężkim zadaniem. Dla mnie i dla Iwony, bo musieliśmy totalnie zmienić kryteria sędziowskie, jakie obowiązują na turniejach tańca, gdzie liczy się przede wszystkim muzyka i technika.

A do tego, jak słyszałam, widzi Pan nawet ruch palca w bucie tancerza.

Ale to widać naprawdę. My na to mówimy "look". Patrzysz na tancerza i widzisz w tańcach latynoamerykańskich, jak ta stopa pracuje.

Komu jest łatwiej tańczyć w tym programie?

Kobietom.

Bo ogrywają ten taniec dodatkowo...

Swoją kobiecością, a jednocześnie są cały czas prowadzone. Obojętnie co by nie tańczyły.

Zdarza mi się czasami słyszeć, jak mężczyzna mówi do partnerki, z którą tańczy: "Przepraszam, ale to ja prowadzę".

Ja sam tak mówię czasami. Prowadzę różne bale. Są chwile, że mogę sobie trochę potańczyć, no i w panie wstępuje coś takiego, że za wszelką cenę chcą pokazać, że potrafią świetnie tańczyć. Zaczynają prowadzić. Na kursach tańca robię terapię grupową, jak nauczyć nieśmiałych panów bycia lwem na parkiecie. To jest właśnie prowadzenie i dodanie pewności siebie.

Jedna z moich ciotek mówi, że gdyby wiedziała, że jej przyszły mąż tańczy walca jak Sempoliński, to nigdy by za niego nie wyszła.

Znam takie przypadki, że taniec i sytuacja, że mam pójść na bal, tak onieśmielają, że panowie rezygnują. Dochodzi do rozwodów.

Aż tak?

Znam małżeństwa, które są ze sobą 40 lat. Bożena jest świetną tancerką, a Lesio, mój przyjaciel, jeszcze nie splamił się tym, że wyszedł na parkiet i pląsał. Bożena jest przyzwyczajona, że jej mąż nie tańczy, więc idzie na bal i wyrywa partnerów do tańca.

Przyniósł Pan pracę magisterską, jest o Panu?

O mnie.

Rzeczywiście z samej definicji jest Pan mistrzem tańca. Dwukrotnym mistrzem świata i królem polskiej choreografii, ale interesuje mnie Pan także, a może przede wszystkim jako człowiek.

A to pod górę długo miałem.

W życiu, bo w tańcu było lepiej...

Pani Małgorzato, przede wszystkim taniec dla wszystkich będących z tańcem za pan brat jest ucieczką. Można uciekać w tę "flaszkę", ale i w to, że na te 20, 45 minut na scenie jest się kimś.

Ucieczką w co?

W świat marzeń. Taniec jest krainą, gdzie można się przeistaczać albo tworzyć iluzoryczne obrazy świata, w którym chciałoby się być. Ja też tam uciekłem.

Jest Pan blisko tego świata?

Blisko, tak już od 10 lat realizuję sobie swoje miejsce na ziemi. Takie fajne. Jak ktoś jest wrażliwy i delikatny, to taniec jest też formą wypowiedzi, łatwiej wypowiedzieć się przez ruch, niż stać na czatach na rogu ulicy i krzyczeć, że się przeciwko czemuś buntuje. Jest się przeciwko jakiemuś złu.

To tak jak Pan...

Ja przede wszystkim krzyczałem o samotności i o biedzie. Musiałem z siebie to wywalić, bo miałem ciężkie dzieciństwo. I potem wyłaziło to ze mnie i wyłaziło. W każdym moim balecie był samotny albo żebrak, albo facet, który mieszka w hotelu robotniczym, i w momencie, w którym oddawał się marzeniom, przenosił się w inny świat, który jest piękny. I później ta cecha fabularyzowania wszystkiego stała się moim choreograficznym wyróżnikiem. I z tego do tej pory chlebek jem.

Czyli stawiamy znak równości: taniec to ja?

Zależy w jakich dziełach. Jeżeli jest to duża choreografia, duży balet, jak widowiska, które realizowałem z Olsztyńskim Teatrem Tańca, Kieleckim Teatrem Tańca, to można pokazać swój świat. On jest przetransponowany, ale gdzieś zawsze jako twórca się znajdę. Zresztą tak robił też, ale nie chcę się porównywać, w swoim balecie Béjart, już nie chcę mówić o Kantorze, który był całkowicie i totalnie na scenie. Natomiast taniec towarzyski to jest ta druga ucieczka, w ten świat bardzo męsko-damski. W te fryzjerskie uśmiechy. A jednocześnie świat tańca towarzyskiego sprawia wrażenie ekspresu, pędzącego pociągu. On się strasznie rozwija. Sam sposób tańczenia. Chłonie z innych technik, innych dziedzin.

Nie jest martwy?

Gdybyśmy porównali mistrzostwa świata sprzed 20 lat, te 80. lata, w których jeszcze tańczyłem, do tego, co się dzieje teraz, to to jest olbrzymia różnica.

Zatańczyłby Pan teraz tak?

Tak jak teraz się tańczy? No muszę tak tańczyć.

Wiek jest ograniczeniem dla tancerzy?

No jest. Niestety, fizycznie ciało już nie jest tak wydolne. Psychicznie by się chciało bardzo, ale...

Zawsze pozostaje feeling.

Tak, feeling trzeba mieć. Są turnieje tańca dla seniorów...

Ale to nie dla Pana jeszcze.

No dziękuję. W każdym razie są turnieje, gdzie seniorzy realizują jeszcze wymarzone cele, żeby być mistrzem danego kraju, stanu. Stanąć na podium.

Powinniśmy się dziwić?

Wcale, ale absolutnie. Tańczyć może każdy, ja podpisuję się oburącz pod książką Pana Mariana Wieczystego. Taniec jest dla każdego, w każdym wieku, nawet na wózkach inwalidzkich ludzie tańczą.

Mówi Pan o sobie, że jest nieśmiały, czy to tak na okoliczność innych, żeby dali święty spokój?

Jestem nieśmiały, dla mnie każdy dzień, każda próba to jest walka z emocjami. Bo trzeba wyjść, trzeba swoje prywatności i kłopoty dnia codziennego schować i grać. Bycie instruktorem i nauczycielem to bycie na scenie cały czas.

Ale kiedy Pan tańczy?

Jak tańczę, to już nie jestem nieśmiały.

Tam nie jest Pan prywatnie? A może to jest tak, że Galiński, który zawsze jest sobą, zawsze może powiedzieć, że to gra.

Nie wiem, ale fajne to jest, co pani powiedziała. Myślę, że każdy z nas jest trochę takim ślimakiem. Nie lubię ludzi, którzy tak rozwalą rogi, lecą przez życie, nie patrząc, bruzdy zostawiają po sobie. A są tacy ludzie i z takimi niestety się spotykam w życiu. Wolę w człowieku nutkę delikatności. Jak pani mówiła, że obudziła się dziś rano i już myślała o tym wywiadzie, to jest ta delikatność, o którą mi chodzi.

Myślałam. I o tym też, jakie emocje Pan przemyca, gdy tańczy.

Po tylu latach w każdym tańcu wchodzę w jego klimat i charakter. Totalnie i całkowicie. Więc kiedy prowadzę w tangu, to pokazuję to w zdecydowany sposób, jako mężczyzna oddziałuję na partnerkę. Chcę, żeby ona oddała mi energię. Albo żeby chciała mnie za chwilę pocałować, albo żeby uciekła ustami od mojego pocałunku.

Zmysłowość na całego?

Zmysłowość na maksa. Tańce latynoamerykańskie, a tango było kiedyś latynoamerykańskie, o czym nie wszyscy wiedzą, mają tę zmysłowość. To uwodzenie. Natomiast jak tańczę jako partner na lekcji tańca, pokazuję przede wszystkim perfekcjonizm w pracy nóg czy rąk.

Wyprosty?

Przeprosty. Za dużo się o nich mówi. Rzeczywiście są dziewczyny, które mają tak zbudowane nogi, bo jest taka specyficzna budowa nóg, że kolana są jakby lekko wygięte do tyłu. One mają dużo większą łatwość poruszania się w muzyce tańców latyno-amerykańskich na parkiecie. Chodzi o to, żeby być nisko osadzonym na parkiecie, być przyklejonym do niego. Czyli ciągle przenosimy środek ciężkości do przodu, czasami wręcz na partnera, aby mógł nas poprowadzić. Wtedy możemy mówić o fantastycznej partnerce latynoamerykańskiej. Zupełnie inaczej jest, kiedy prowadzę zajęcia z dziećmi. Muszę uciec od tej zmysłowości. Totalnie. Zwłaszcza że chłopcy w wieku 7, 8, 9 lat nie cierpią tańczyć z dziewczynkami.

A te wręcz przeciwnie?

Już by chciały. Chociaż też są opory, ryki na zajęciach. Jestem po wychowaniu przedszkolnym na WSP w Olsztynie. Uciekłem tam, żeby nie iść do wojska, a gdzieś na piątym roku stwierdziłem, że to jest cudowne. Że to mi tak pomaga w pracy, że sobie nie wyobrażam innych studiów. Ile wiedzy zyskałem, ile rzeczy takich psychologicznych, pedagogicznych, o dziecku. Natomiast wracając do kwestii zmysłowości, przygotowujemy małego chłopaka i małą dziewczynę do pełnienia kiedyś dorosłych ról. Najpierw chłopak musi objąć dziewczynę. Obejmuje, a przecież w ogóle nie jest to związane z erotyką. Uwielbiam patrzeć, jak oni stają się powoli dorośli, jak ich taniec nabiera dojrzałości. Natomiast na turniejach tańca to jest proces bardzo przyśpieszony. Dlatego tam są to tancerze w pewien sposób wybrani. To nie są dzieci czy młodzież, która tańczy dwa miesiące. Nie, ta selekcja w świecie tancerzy towarzyskich jest bardzo szybka. Przychodzimy do klubu, tańczymy 2, 3, 4, 5 miesięcy, bum, jest pierwszy turniej i teraz ktoś musi wygrać, ktoś przegrać. Ten, kto przegra, czasami się zniechęca, odpada. I my po 2, 3 latach, patrząc na tę parę, widzimy 15-letnią dojrzałą kobietę i 16-letniego mężczyznę. Ponieważ oni jeżdżą, obserwują, mają lekcje prywatne nie tylko z techniki, ale też z tej gry, jak być kobietą na parkiecie, jak być mężczyzną. Rumba, która jest tak zmysłowym tańcem, czasami jak patrzę na pary taneczne, to już jest tak blisko granicy dobrego smaku to, co się robi na parkiecie, naprawdę...

Idę o duży zakład, że mimo to, że Pana mama nie żyje, to ma Pan z nią metafizyczny kontakt.

To jest ciągłe myślenie. Zwłaszcza teraz, bo jestem coraz starszy.

Jeszcze raz Pan powie, że jest starszy, to zapytam, ile ma Pan lat.

Nie ma problemu. 49...

Wiele rzeczy można zacząć od nowa...

Niestety, wraca się myślami do tego, co było. Mam mnóstwo rzeczy związanych z domem rodzinnym, pamiątek itd., więc na co nie spojrzę w chałupie u siebie, to od razu jest kontekst. Mało tego, w tej chwili, od kilku lat ogromnym szacunkiem zaczynam ponownie darzyć mojego ojca, który mi zrobił kiedyś parę psikusów w życiu. Inaczej na niego patrzę. I zdecydowanie przyznaję mu rację, że on chciał dobrze dla mnie. On nie rozumiał tego, że chcę tańczyć. Teraz też nie rozumiemy, jak 18-letni chłopak mówi: "Mamo, lecę na Stare Miasto, tam mam spotkanie z przyjaciółmi i nie wiem, o której wrócę". Ja tego też nie rozumiem. Ale obróćmy tę sytuację. Przenieśmy do mojego ojca, do tamtych czasów: "Będę tańczył, chcę to robić w życiu". "No puknij się, Piotruś, w głowę, jak to będziesz tańczył? Teraz tańczysz, to hobby twoje, nic więcej".

Kiedy ojciec po śmierci mamy układał sobie życie po raz drugi, ile miał lat?

No pięćdziesiąt kilka...

Nie wyobrażał sobie, że do końca życia będzie sam? Nie wyobrażał sobie, że nie będzie miał nikogo, kto będzie się nim opiekował?

To było bardzo specyficzne, ponieważ ja mam dużo starsze od siebie rodzeństwo. Mam brata i siostrę.

Brat też wyszedł na ludzi?

Nie udało się. Ja mam właśnie tę satysfakcję, że taniec mnie tak bardzo zdopingował do pracy nad sobą. To była chęć udowodnienia wszystkim nie na zasadzie "ja wam wszystkim pokażę", tylko że jestem wartościowym człowiekiem, mam coś do powiedzenia.

Miał Pan kiedyś co do tego wątpliwości?

Prosta sprawa. Klasa, szkoła średnia, większość to dzieci prominentów i jakiś baranek, który się dobrze uczył w podstawówce, czyli ja, dostał się do tej klasy, bo miał dobre oceny. I nagle trafia się taniec. A tu kujony stukają, medycyna i takie rzeczy, a ty co, Piotruś? I tylko jedna pani się poznała, moja wychowawczyni, świętej pamięci Elżbieta Matczuk nieodżałowana powiedziała: "Piotr, ty i tak zostaniesz słynnym choreografem".

To było potrzebne...

To było bardzo potrzebne. To było świetne.

Mama jeszcze żyła, jak Pan stanął na scenie?

Nie. W zasadzie ja byłem takim dobrym dzieckiem, dobrze ułożonym, nie sprawiałem żadnych kłopotów, w nauce także.

Tak Pan był wychowywany?

Tak byłem wychowywany. To, co najgorsze, stało się po śmierci matki, to rozpad rodziny i brat nie w tę stronę, siostra dała sobie jakoś radę. Ja sam jak taki kartofel po polu się błąkający. To było najgorsze, że ta rodzina, która do tej pory dawała tyle ciepła, tyle opieki - myśmy byli wzorem dla innych rodzin tak naprawdę - rozpadła się.

Ojciec aż tak się zakochał?

Nie wiem. Chyba w ogóle oszalał. Ale on się uspokoił. Gdy zaczęły się studia i moje sukcesy pierwsze. Gdy to szło w parze.

Nawet jeśli syn będzie tańczył, to będzie miał dyplom.

Tak, i wtedy był już spokojny, że jednak idę prostą drogą. A jednocześnie Olsztyn jest małym miastem, kochane bardzo, ale małe, więc jak nasze gazety coś tam wspominały, a tu artykulik, a tu coś fajnego, no to on zaczynał być dumny z syna. On zbierał o mnie te wycinki prasowe. Generalnie układało nam się fajnie, chociaż ja nie bardzo mogłem zaakceptować kobietę, z którą był. To tak trochę jak w bajce o Kopciuszku było.

I macocha: "Piotrusiu, przesypuj groch"...

Absolutnie, tylko właśnie nie wiem, dlaczego on się dał tak zakręcić, że my jesteśmy samo zło. Jego dzieci.

Był szczęśliwy?

Myślę, że pod koniec był szczęśliwy. Rzecz, która niezaprzeczalnie była w ich związku, to to, że ich łączyła pasja. Do działek, do wycieczek, do wyjazdów gdzieś tam nad jezioro. Więc jak ludzie w wieku 60-70 lat gdzieś tam się odnaleźli i mieli wspólne pasje, to było cudowne w tym związku. Teraz, gdy mam to gospodarstwo na Mazurach, które jest piękne i cudowne, najbardziej mi brakuje tam mojego ojca. Żeby był tam i żebym mu mógł powiedzieć: "Tato, zobacz, ja jednak gdzieś tam w głębi serca zrealizowałem to, co chciałeś".

Ojciec chciał, by Pan był weterynarzem, i to dlatego zmusił mnie Pan, żebyśmy poszli do zoo?

Mam bardzo silne przeżycia, które wiążą się z moją pasją, i może dlatego chciałem to zoo, bo w zoo warszawskim po raz pierwszy zetknąłem się z kurami ozdobnymi, które mam.

Załóżmy, że przyszedłby Pan na świat jako zwierzątko, to którym chciałby Pan być? Pieskiem, kotkiem, kurką?

Wie pani co, lisek fenek to jest fajne zwierzątko.

A co jest z liska fenka w Panu?

To, że chcesz być blisko z ludźmi, ale jesteś bardzo nieśmiały i tchórzliwy. Niech mi pani wierzy, że od momentu rozpoczęcia "Tańca z gwiazdami" nie byłem na żadnym evencie. Nigdzie.

Bo?

Bo nie chciałem stać sam na środku sali. I to samo mi się zdarzyło teraz, dwa tygodnie temu w Pałacu Kultury. Wchodziłem tam jak na ścięcie. Nagle przez megafon podają, że o godzinie 13 pan Galiński podpisuje swoją książkę. I jest kolejka, ludzie zaczęli kupować te książki i myślę, poszaleli chyba albo z grzeczności.

Ludzie niewiele robią z samej grzeczności. Mama akceptowała Pana totalnie?

Totalnie, całkowicie. Byliśmy bardzo mocno związani, bo jednak ta różnica wieku między moim bratem a mną siedem lat, dla tej mamy ten chłopak, który ma 14 lat, to takie najukochańsze dziecko.

Był Pan najmłodszy?

Tak, mama była chora, ale planowała nam świetne atrakcje, świetne wakacje. Brat już pracował, siostra już pracowała, nie mogli dysponować tym czasem, a ja miałem ciągle te wakacje. Najfajniejszy to był ten okres, kiedy ja z ojcem i matką jeździliśmy do Zakopanego, do Morskiego Oka, Świnoujścia. To było cudne i to nagle, z dnia na dzień...

Się skończyło?

Dramat. Ja w ogóle nie mogłem się pozbierać, odnaleźć, mimo że myśmy się przyzwyczaili do choroby matki. Ja jestem dzieckiem późnym tak zwanym, jak zaczęło w ogóle do mnie dochodzić, co się wokół mnie dzieje, to mama już była chora. Z tym że nigdy nie mówiło się o tej ostateczności. Ojciec był okazem zdrowia. Facet trenował pływanie, jeździł na panczenach, był totalnie typem sportowca. Pięknie zbudowany, nie pił, nie palił, bez brzuszka. Taki wzór dobrego człowieka, kochającego, opiekuńczego, który dla rodziny zrobiłby wszystko.

Gdy was zostawił, szok był tym większy?

Tak, przez pół roku po śmierci matki ja w ogóle nie wiedziałem, w jakim świecie żyję. Nie wiem, jak skończyłem szkołę, to było totalnie poza mną. Świat się zawalił.

Zabrakło słów: kocham cię, Piotrusiu.

U nas padały takie słowa w rodzinie. To było normalne powiedzieć do kogoś "kocham" i przytulić się. Złapać ojca za rękę albo pójść do mamy i położyć jej głowę na kolanach. Wszyscy tak robiliśmy. Byliśmy fajną rodziną, która miała kłopoty typu finansowego, bo wszyscy je mieli. Ja żałuję jednego, że mama nie mogła zobaczyć moich choreografii, ale może je widzi...

Siedzi na chmurce i patrzy...

Ale `a propos tej matczynej ręki, to długo po jej śmierci czułem, że jestem nie tyle kontrolowany, co naprowadzany przez nią... Czułem to naprawdę, wiedziałem, że pewne sprawy same się ułożą. Nie podejmuję decyzji wieczorem, rano będę miał gotową drogę do rozwiązania każdego problemu.

Trochę jak Scarlett O´Hara.

A to dobre.

Walczył Pan o uczucia ojca?

Walka o ojca była niemożliwa ze względu na to, że kiedy to się stało, praktycznie w ciągu tygodnia, był taki okres utajenia, w którym nie wiedzieliśmy, gdzie jest tata, co robi. Działka, jacyś znajomi, ojciec pracował, swoje pasje też jeszcze realizował. I nagle, pamiętam, jest taki przełomowy tydzień, tato nam oznajmia: "Wiecie, to ja już nie wrócę, bo będę mieszkał teraz tam, na drugim osiedlu. Tu jest adres, telefon". I wtedy takie zdziwko.

Zapytał, z czego będziecie żyli?

Nie, ja miałem rentę po mamie. Natomiast brat z siostrą pracowali.

A święta, urodziny?

To było fatalnie, dlatego że ta pani odcięła jakby nam tatusia całkowicie. Więc jak były jakieś święta, to wpadał rano przed pracą, składał jakieś życzenia.

Trochę jak z bajek braci Grimm...

Sytuacja o tyle była niekorzystna, że ja naprawdę w wieku 17 lat byłem goły i wesoły.

I mogłem się stoczyć...

Mogłem się stoczyć i zresztą wyjechałem na pół roku tańczyć w knajpach. Początkowo taniec nie wchodził w grę, bo w ogóle nie wiedziałem o takiej dyscyplinie sztuki. Chciałem być aktorem, piosenkarzem.

Dobrze Pan śpiewa?

Nie, źle śpiewam.

Ale głos ma Pan radiowy.

Dziękuję, taki mam tenor, tak mnie określili, jak zdawałem na studia. Do chóru pan pójdzie, wzmocni tenory. W pewnym okresie mojego takiego dziecięcego życia, 11, 12 lat, dopadła mnie pasja czytactwa. Czyta się wszystko, co wpadnie do ręki...

Nie wszyscy tak mają.

Tak? Takie oddanie swojego życia bibliotece, układanie książek, okładanie. Tak zwany akt biblioteczny, czytanie wszystkiego, co wpadnie w łapy, i śmiesznie, bo nie czytanie książek z półki dla dzieci i młodzieży, tylko popularnonaukowych, np. ornitologia. Nagle chcesz być ornitologiem, ale to mnie wciągnęło. Następna dziedzina: sztuka cyrkowa, i nagle zaczynasz to pochłaniać. Mam 12 lat, to życie cyrkowe mi się marzy. Potem na zakrętach życia pracowałem w cyrku przez moment.

Dzisiaj też jedziemy do zoo, wejdzie Pan do klatki z lwem i zobaczymy, co będzie.

No... W każdym razie, jak już myślałem, że będę cyrkowcem, zacząłem patrzeć, co ja tam mogę zdziałać, czy mogę być akrobatą. Wyszło mi wtedy, że mogę być tylko klownem. Jak Boga kocham, nagle takie otrzeźwienie: nie będziesz cyrkowcem, bo nie dasz sobie rady.

W lustrze Pan się przeglądał?

Już nie pamiętam, ale najbardziej mnie pociągały napowietrzne akrobacje.

Czyli trapez.

Tak, takie numery, ale patrzę, nie mam takich muskułów, a ja chciałem być taki od razu jak ten na trapezie.

Ja też nieco wcześniej, w wieku pięciu lat po nieudanych próbach komponowania przerzuciłam się na śpiewanie, bez znajomości języka, piosenek francuskich, i głównie opanowałam repertuar Edith Piaf. Tak mi się w każdym razie wydawało.

Też cudnie. Ale jak tak gadamy o tych latach dziecięcych, to chcę powiedzieć, że mi bardzo miło, że ktoś chce o tym posłuchać.

To ciekawe, bo z tego się potem bierze dorosły człowiek.

Ja w głębi duszy nadal jestem tym chłopcem, który tam w tym salonie naszym z książką rozłożoną o cyrku próbuje się dopasować do jakiejś dyscypliny.

I co było po tym cyrku?

Pasja teatrów podwórkowych, które robili wszyscy. Każdy strych to był oddzielny teatr. Słynny nauczyciel tańca Krzysztof Kasperowicz też był pasjonatem teatru strychowego i też miał swój.

Jakie dzieła były tam wystawiane?

Jak się mieszka na Starym Mieście, te kamienice, piękny strych i wszędzie można coś zrobić. Jesteś z wrogiego teatru, ale zaproszono cię na próbę, bo inaczej nie byłoby dla kogo wystawiać. I nagle znajduję się u konkurencji i widzę coś pięknego, jakieś słoneczko na starym prześcieradle jak reflektor i widzę coś, czego w moim teatrze nie było. Balet po prostu. Dziewczyny puściły magnetofon na szpule i nagle leci Czajkowski. "Jezioro łabędzie" i wysoka, chuda dziewczynka obcięta na chłopaka, bo taką miała fryzurę. Rolę dopasowywało się do tego, jak się wyglądało, i ta mała drobna blondyneczka Ula, później tańczyła u mnie. To mnie wtedy rozwaliło. Czegoś takiego wcześniej nie widziałem. Jak grom z jasnego nieba i to zostało gdzieś we łbie i szufladka się zamknęła.

Potem na wuefie Piotruś skoczył w dal jakieś 5 metrów i pan zawezwał ojca. Talent! Oczywiście klub sportowy, pasja do końca 8. klasy. Ale 8. klasa to pierwsze dyskoteki, bo się żegnamy. I z siłą takiego bumerangu wrócił ten taniec.

Jak w "Gorączce sobotniej nocy"?

To było tak. Od razu zostałem królem dyskoteki, wszystkie dziewczyny chciały ze mną tańczyć. Wiadomo było, że jesteśmy zbzikowani na punkcie tańca. I teraz wiem, co chcę robić, tylko gdzie? Jak jest tylko zespół pieśni i tańca i kółko baletowe dla małych dziewczynek.

No i?

I plac Karola Świerczewskiego, wielka estrada socjalistyczna budowlanych i nagle słyszę tę muzykę: Balanga. Hit sezonu. I widzę dziewczyny w pięknych kostiumach, zaczynają tańczyć i tańczą tak, jak ja bym chciał tańczyć. Tylko że to były same dziewczyny. I zacząłem drążyć. Usłyszałem Miraż, to był pierwszy rok działalności Mirażu Marii Ferskiej, wszystkie środki i siły skompletować, żeby dowiedzieć się, gdzie ten Miraż działa i kto tam jest. Dostać się tam. Dostałem się.

Miał Pan w tamtych czasach przyjaciela na dobre i złe?

Miałem Krzyśka Kasperowicza. Ma teraz w Chicago największą szkołę tańca. Łeb w łeb szliśmy, byliśmy jak bracia. Krzysiek wywodził się z rodziny totalnych alkoholików, miał świetną siostrę, która była mamą całego podwórka. Z Krzyśkiem byliśmy blisko przed szkołą podstawową, w szkole i po szkole. Teraz utrzymujemy kontakt i razem poszliśmy do Mirażu.

Mógł mu się Pan wypłakać w mankiet.

Wszystko robiliśmy razem.

I co mówił, gdy było Panu źle?

Jemu też było ciężko przez całe życie. Uciekaliśmy razem na wakacje, czyli pakowaliśmy jakieś torby i na Mazury. Jak człowiek ma lat 14, 15, to tak go przyszłość nie przeraża.

W którym momencie przeraziła?

Jak wróciłem z tego mojego wyskoku z tańczenia po lokalach nocnych. Musiałem podjąć decyzję, co robić, czy kuć po nocach, czy nie. Chodziłem do szkoły na godzinę 8 do 15.30, od 17 pracowałem już jako instruktor tańca do 22, o 22 uczyłem się do matury od początku, bo sobie założyłem, że muszę w nowej szkole udowodnić, że jestem bardzo dobrym uczniem. W poprzedniej szkole nie doceniono, że mam osiągnięcia, że jestem świetnym tancerzem. Dla nich to nie znaczyło nic, a w nowej - bardzo dużo. Mandat zaufania totalny. I co się okazuje, jestem bardzo dobrym uczniem, wręcz stawianym przez nauczycieli za wzór.

Miło jest być chwalonym?

Ale ja nie chciałem być tym wzorem absolutnie i totalnie, ja po prostu musiałem walczyć z dniem codziennym, aby zapewnić sobie byt.

Mieć taką samoświadomość w tak młodym wieku, to już coś?

Ale przeszedłem półroczny kurs z życia, czy to jest to, co chcę robić.

Te knajpy to trochę jak "Zaklęte rewiry"?

Potworne, to były Suwałki, Białystok, trafił się też Sopot. Okropne spelunki, i nagle się okazuje, że w grupie artystycznej są dwie striptizerki i ja albo jakiś magik. Dno.

W którym momencie wiedział Pan, że da sobie już w życiu radę?

Zawdzięczam wiele ludziom. Jestem między 18. a 19. rokiem życia. Początek września, jestem po pierwszych lekcjach w szkole, trochę przerażony, bo tylko z tą rentą w kieszeni.

Nie za wesoło.

I spotykam dyrektora Olsztyńskiego Ośrodka Tanecznego. Pan Wiesław Rogalski, człowiek kultury, totalnie nie w swoim czasie. Jest wielki ośrodek taneczny i brakuje instruktorów, taniec towarzyski idzie takimi falami. Dyrektor mówi: "Piotr, brakuje nam instruktorów, wiem, że już nie tańczysz w Mirażu, jesteś już dorosły, czy chcesz?". No to po prostu los mi rękę podał. I od tego momentu zaczęło mi się w życiu układać. Zacząłem pracować jako instruktor tańca, mogłem realizować swoje cele. Akurat mam 30-lecie pracy. Pamiętam, skończył się pierwszy kurs tańca, jaki prowadziłem jako asystent instruktora, i mówię, że przydałoby się coś na zakończenie zrobić, jakiś bal z pokazem, a dyrektor na to: "Ale nie mamy żadnej grupy tanecznej", a ja: "To zróbmy". Dyrektor: "To zrobisz?". "Zrobię". Mogłem mieć swą grupę.

Nie zaszumiało w głowie?

Nie, bo wiem, jak wielką dziedziną sztuki jest taniec. My mówimy tylko o tańcu towarzyskim, współczesnym, ale jest taniec jazzowy, jest tego wiele. Wiem, jak daleko na świecie ta sztuka jest rozwinięta. My jako Polska jesteśmy nadal w powijakach w każdej dziedzinie tańca. Jeśli zdaję sobie z tego sprawę, to wiem, że wszystko, co mogę jeszcze osiągnąć, jest przede mną. Te wszystkie nagrody to były dla mnie etapowe nagrody za np. poznanie się z techniką tańca jazzowego i wprowadzenie jej w życie w swoim zespole, i to dało efekty. A potem była pierwsza choreografia, która pokazała ludziom w Olsztynie, że Galiński mówi przez taniec. Bardzo krótki balet "W tłumie", 5-minutowy, o miłości, przyjaźni, nienawiści. Tylko że zrobiony innymi środkami.

Ważniejsza jest miłość czy przyjaźń?

Myślę, że przyjaźń jednak mimo wszystko, bo miłości ma się wiele, a przyjaciół ma się niewielu.

Zrobił Pan choreografię ze scenami z obozu koncentracyjnego. Odważnie, ale i ryzykownie.

To był okres, kiedy ja krzyczałem poprzez taniec, darłem się. Byłem już mistrzem Polski. Pamiętam wycieczkę z matką do Majdanka i szczękające druty. Jesień, druty, Boże, jakie to było potworne, ja byłem w 8. klasie. Bardzo po śmierci matki wracały do mnie te przeżycia.

Jak mama miała na imię?

Janina. Pamiętam. Był poranek. Jesteśmy sami, pada deszcz, wieje wiatr, druty szczękają i nagle takiego dzieciaka wprowadza się w ten obóz koncentracyjny. Jest to po prostu nie do przeżycia. I teraz szukam tematu, on siedział we mnie, zrobić to czy nie, gdzie i na jaki festiwal taneczny zawieźć taki temat.

Odważył się Pan?

Znalazłem do tego muzykę, przelałem swoje wyobrażenie dorosłego już faceta na podstawie literatury, planowałem to przez swoją wrażliwość. Z odważnych rzeczy, to wprowadziłem Matkę Boską na scenę i odegraliśmy scenę ukrzyżowania i zdjęcie z krzyża. Jest szansa, że ten balet będzie pokazywany w Sztutowie w 70. rocznicę powstania obozu. Dzwonił do mnie dyrektor muzeum.

Warto było?

Warto, ale myślę, że teraz mam więcej do powiedzenia na ten temat i dodam jeszcze troszeczkę. Największa satysfakcja to nie to, że zostałem królem choreografów, bo to jest miłe, ale to, że sam balet wszyscy chwalili za odwagę, za temat, za ruch nowatorski, bo wtedy nie było tańca współczesnego w Polsce. Ale najpiękniejsze rzeczy spotykały mnie na zwykłych spektaklach teatralnych. Byliśmy z tym na Węgrzech czy we Włoszech i przychodził taki zwykły człowiek: "Panie Piotrze, czy ja mogę pana za rękę złapać?". Potem drugi numer miałem z Kotańskim, kiedy zrobiłem "Być albo brać". I Marek przyjechał na część baletu, bo poprosiłem: "Przyjedźcie, zobaczcie, ja nigdy nie widziałem narkomana na głodzie, nie wiem, w jakich miejscach ćpają, gdzie się spotykają". Zobaczyli pierwszą część baletu i pani Hania, jego asystentka, mówi: "To wygląda tak, jakby pan to przeszedł sam". I to samo z "Matko, te ściany wciąż krzyczą", po prostu same bardzo realistyczne sceny, bez żadnych drutów, bez niczego. I tylko ruch, pasiaki i więźniowie. Także gadanie ze sceny jest piękne.

Gadanie z Panem nie ze sceny też jest przyjemne.

Miło mi, ale muszę się otworzyć, a nie zawsze mi się zdarza.

Kiedy Pan kłamie?

Kłamię w obronie intencji tańca na przykład.

To znaczy?

Wtedy, kiedy muszę młodym ludziom wytłumaczyć, że zostawienie pewnych przyjemności wynikających z tego, że ma się 13, 14 lat, na rzecz tego, żeby przyjść na trening...

Ma sens.

Tak, że można połączyć przyjemności życia codziennego z treningiem.

Co jest dla Pana luksusem?

Nie mam luksusów.

A te kolorowe kurki?

Kurki to nie jest luksus. To jest coś, co się hoduje, czym się pasjonujesz, co się krzyżuje, wychodzi coś fajnego. Dzwonisz do Leona Tarasewicza, mówisz: "Wykluły się".

Ale z kurką Pan nie pogada.

Ale kurki się wyprowadza, co 2 godziny się zmienia klatki, z których się je wypuszcza na świeże powietrze, żeby sobie tam z kogutem pochodziły. Kurki to jest obcowanie z pięknem. Ludzie myślą, że kura jest głupia, brzydka itd., ale kury są piękne.

A kurka tańczy, jak chodzi?

Nie, pieski tańczą małe.

Mówiąc o luksusie, to miałam na myśli, że doświadczam go na przykład wtedy, gdy mogę być sobą.

To jest fajne podejście do życia, ale rzeczywistość jest brutalna. Przekleństwem programu "Taniec z gwiazdami" jest to, że każdy może cię dotknąć i opluć.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy