Reklama

Reklama

Mira Zimińska: "Mazowsze" było dla niej jak ukochane dziecko

Miała poczucie misji. Za życia była już legendą. To właśnie za jej rządów zespół stał się znakiem firmowym Polski i zdobył światowe uznanie.

Przed wojną jej żywiołem były kabarety i teatry. O żadnej "ludowości" nie chciała wtedy słyszeć. Ta pojawiła się w jej życiu później. Razem z kolejną miłością...

Nazywał się Tadeusz Sygietyński. Był kompozytorem, dyrygentem i - jak wspominała Mira - przed wojną kręcił się koło teatrów, w których grała. Warszawski inteligent zafascynowany muzyką ludową akompaniował jej i czasem przebąkiwał, że chciałby kiedyś opracować utwory ludowe. Słuchała go, ale do głowy jej nie przyszło, że ona kiedyś może mieć z tym coś wspólnego.

Reklama

Wizja ukochanego została zrealizowana

Związali się na dobre w czasie wojny. Oboje pracowali na rzecz ruchu oporu, razem koncertowali dla powstańców. Pewnego dnia, w płonącym mieście on powiedział: "Jeśli przeżyjemy, to daj mi słowo, że pojedziemy na wieś i te piosenki..." "No dobrze, trochę ci pomogę. Ale najpierw przeżyjmy", odrzekła. Ta obietnica miała odmienić jej życie. Trochę zwlekała z jej dotrzymaniem.

Po wojnie wróciła do koncertów, Tadeusz jeździł po wioskach sam w poszukiwaniu talentów. W ten sposób dążył do realizacji swego marzenia - chciał z "Janków muzykantów" stworzyć zespół pieśni i tańca.

Moment dziejowy wybrał dobry. Władza ludowa poparła tę inicjatywę. Wtedy, w 1948 r., odbyła się między Tadeuszem i Mirą decydująca rozmowa. Jej efekt był taki, że to ona zrezygnowała ze wszystkiego, co było dla niej ważne. Odwołała zaplanowaną trasę, a suknie estradowe schowała do szafy. Odtąd Tadeusz grał pierwsze skrzypce w ich związku. Jakby uznała, że jego marzenia są ważniejsze.

On zajął się sprawami artystycznymi zespołu, a ona całą resztą. To Mira wyszukała dla "Mazowsza" ośrodek w Karolinie pod Warszawą i podpisała kontrakt najmu. To Mira załatwiała jedzenie, węgiel, dbała o podopiecznych. Przez pierwsze lata nie była nawet formalnie zatrudniona w "Mazowszu". Nikt nie wie, ile razy pożałowała swojej decyzji, bo władza szybko zaczęła utrudniać artystycznej parze życie. Byli inwigilowani, nasyłano im komisje. Szukano pretekstu, by zwolnić ich oboje. A powodów nie brakowało...

Choćby to, że Sygietyński, który nadużywał alkoholu, nie zawsze na koncertach i po nich trzymał fason. Było to szeroko komentowane. Jednak wersja Miry jest taka, że po powrocie z koncertów w Moskwie to on sam złożył dymisję. Wkrótce okazało się, że bez dyrektora "Mazowsze" tak podupadło, że w końcu sam Bolesław Bierut kazał go przywrócić. Wierna Mira wróciła razem z nim.

Artysta podniósł jeszcze swój zespół, ale był już poważnie chory. Po operacji usunięcia płuca mówił - zdając sobie sprawę ze swojego stanu i własnych słabości - że raka płuc nie da się wyleczyć papierosami i wódką. Umarł w 1955 r., w wieku zaledwie 59 lat. Rok po tym, jak się pobrali.

Świat zakochał się w barwnych spektaklach i polskim folklorze

Mira nie pozwoliła, by praca męża poszła na marne. Po jego śmierci przejęła stery. Została dyrektorem "Mazowsza". Dla niej liczyła się już tylko praca - wszystko poświęciła zespołowi. Młodzież skarżyła się na dyscyplinę, jaką wprowadziła. Ale ona miała swoją misję - przygotowywała widowiskowe występy, dzięki którym "Mazowsze" zyskało światową sławę. Mira była przekonana, że dzieło życia jej męża i jej przetrwa.

Nie myliła się. W tym roku zespół obchodzi 70. rocznicę.

Dorota Filipkowska
Korzystałam m.in. z książek M. Zimińskiej-Sygietyńskiej "Nie żyłam samotnie" i "Druga miłość mego życia".

Świat kobiety

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje