Reklama

Reklama

Mistrz i Małgorzata

Ma 51 lat. Francuski gwiazdor urodzony w USA. Światową karierę zaczął rolą Tarzana, ale najbardziej znany jest z sagi o nieśmiertelnym Szkocie Connorze MacLeodzie. W Warszawie kręcił film "Kierowca" w reżyserii Jerome´a Dassiera. Z małżeństwa z Diane Lane ma 15-letnią córkę Eleonorę Jasminę. Obecnie jest w związku z Sophie Marceau.

Małgorzata Domagalik: Pana najbliższe otoczenie mówi, że przede wszystkim jest Pan dżentelmenem.

Christopher Lambert: Dżentelmenem?

Tak.

Podoba mi się to. Myślę, że dobrze jest być uważanym za takiego. Nie tylko wobec kobiet, ale wobec ludzi w ogóle.

I jeszcze mówią, że prawdziwa gwiazda, czyli Pan, nie zachowuje się jak gwiazda.

Mam nadzieję, że zachowuję się zupełnie normalnie.

Stara się Pan?

Ja właśnie się nie staram. Jestem, jaki jestem. Ludzie nie powinni się zmieniać tylko dlatego, że są sławni. Oczywiście ja też mam swoje humory, złe momenty, jak każdy z nas, ale zwykle jest jakiś powód, a nie tylko fanaberia. Kocham swoją pracę i staram się wykonywać ją jak najlepiej. Jednak jestem tylko człowiekiem.

Reklama

Jeszcze nie znudziło się Panu granie?

Nie. Raczej nie. Przynajmniej nie teraz. W mojej pracy wszystko zależy od scenariusza. Po dwudziestu pięciu latach spędzonych w tym zawodzie mam już wolność wyboru. Ostatnie cztery lata wybieram wyłącznie role, które mnie interesują.

Możliwość decydowania o tym, co się robi, to jest coś.

Tak, tylko że na początku nie zawsze ma się możliwość wyboru...

Tak, ale przecież pracuje się po to, żeby to osiągnąć.

Owszem. Ja miałem szczęście, bo grałem tylko w filmach, które mi się podobały.

Lubi Pan dziennikarzy?

Nie lubię krytyków, ale dziennikarzy lubię. Generalnie szanuję ludzi, których pasjonuje ich praca, a to zawsze można od razu zauważyć. Zawsze! Jeśli to wyczuwam, to czuję do nich respekt. Jeżeli chodzi o krytyków, to nie mam problemu z tym, że krytykują film, spektakl czy obraz, ale nie lubię sposobu, w jaki to robią. Nigdy nie jest on obiektywny. Zawsze jest: "Ja myślę, że to jest złe", a nie na tym polega praca krytyka. Krytyk może powiedzieć, że jemu się coś nie podoba, ale powinien też zachęcić ludzi do tego, żeby poszli na wystawę, posłuchali płyty, zobaczyli film czy obejrzeli pokaz mody i sami wyrobili sobie opinię. Nie chodzi o to, żeby generalizować i pisać, że coś jest po prostu złe i nie warto temu poświęcić czasu.

Na Panu też nie zostawiali suchej nitki?

Tak, dość często, ale zła krytyka też mnie dużo nauczyła, pod warunkiem że była inteligentna i konstruktywna. Zdarzało się, że pisano: "Dlaczego on gra w czymś, w czym nie jest dobry". Wówczas zastanawiam się, czy przypadkiem jednak nie mają racji. Jednak jakaś miażdżąca krytyka nigdy nie zmieniała mojego życia.

Nigdy?

Nie, nigdy. Jeśli ktoś pisze o mnie, że jestem geniuszem, to wiem, że to też nie jest opinia obiektywna. W żadnej dziedzinie, w żadnym biznesie nie ma ani ludzi najgorszych, ani geniuszy. Tacy ludzie po prostu nie istnieją.

Nie?

Uważam, że jeśli ktoś jest rzeczywiście dobry, to jest dobry zawsze...

Przykłady?

Na przykład aktorzy tacy jak Robert De Niro, Gene Hackman, Jack Nicholson... są wspaniali. Oni mogą zmienić się ze wspaniałych na dobrych, ale nigdy ze wspaniałych na złych. Zawsze są dobrzy i tylko mogą wspiąć się jeszcze na wyżyny w zależności od scenariusza, reżysera, obsady. I to właśnie mam na myśli, uważając, że jeśli ktoś jest dobry, to może być tylko lepszy.

Generalnie więc lubi Pan rozmawiać z dziennikarzami?

Tak, ale tylko o pracy. Nigdy nie rozmawiam z nimi o życiu prywatnym.

Ale ludzie chcieliby usłyszeć opinie znanego, szanowanego aktora na przykład na temat wojny w Iraku.

O tym rozmawiam...

A czy zgodzi się Pan ze mną, że życie czasem jest dużo bardziej interesujące niż to, co oglądamy na ekranach kin? Także życie aktora...

Tak, i dlatego już jakieś piętnaście lat temu zacząłem zajmować się różnymi sprawami. Nie mogłem przecież tylko czekać na kolejną rolę, na rozpoczęcie następnego filmu. Jestem nadaktywny i musiałem robić coś innego, coś wykreować, coś stworzyć. Zacząłem otwierać restauracje.

Jedna z nich, Gitana, jest w Buenos Aires?

Tak. Ale robię też wiele innych rzeczy.

Produkcja wina.

Nie, tego zaprzestałem.

To nie był dobry interes?

Nie, to nie tak. Nie lubiłem jednego z moich partnerów, a relacje między ludźmi są dla mnie zawsze bardzo istotne. Po trzech latach współpracy zauważyłem, że jest bardzo pretensjonalny, a poza tym nie podobało mi się, jak rozmawia z innymi. I tak to się skończyło. Nie jestem w stanie wchodzić z kimś w interesy, jeśli nie ma między nami harmonii. Dziś mam swoje udziały w hotelarstwie, nieruchomościach, w dystrybucji produktów spożywczych itd. To mnie ciągle "utrzymuje" w akcji, a to lubię najbardziej.

Przyjemność i radość.

Dokładnie, tak oto musi być.

Jest Pan poliglotą?

Znam angielski, francuski, trochę włoski i trochę hiszpański.

Niemiecki?

W szkole miałem wybór między hiszpańskim a niemieckim, ale hiszpański wydawał mi się łatwiejszy.

Kiedy pytam mojego męża, który jest Niemcem, jaką narodowość, gdyby mógł, wybrałby ponownie, zawsze odpowiada, że chciałby być Włochem. Pan urodził się w Stanach, ale gdzie tak naprawdę jest Pański dom?

Powiedziałbym tak: mój dom jest tam, gdzie są moje uczucia. Czyli Los Angeles, bo tam jest moja córka Eleonora, i Francja, bo...

Ale o tym nie rozmawiamy, bo...

No tak, zapomniałem (śmiech)... to są sprawy prywatne. Całe życie podróżowałem. Jako młody chłopak zostałem wysłany przez rodziców do internatu w Genewie. I tak naprawdę dla mnie dom jest tam, gdzie jestem szczęśliwy.

A jak jest Panu źle, to gdzie się Pan zaszywa?

Na łodzi...

Na łodzi?

Tak, to duży dom z możliwością przemieszczania, a ja lubię się przemieszczać.

Nie ma Pan więc choroby morskiej?

Nie.

Zaczął Pan grać w szkolnym teatrze w wieku dwunastu lat. Pamięta Pan ten przełomowy moment, kiedy mały Christopher uświadomił sobie, że chce zostać aktorem?

Tak, pamiętam. To było właśnie wtedy, kiedy miałem dwanaście lat.

I?

Po raz pierwszy w życiu poczułem, że ludzie spostrzegli, iż to jest coś, co robię dobrze, i to było dla mnie naprawdę wspaniałe uczucie. Co prawda w okresie od dwunastego do osiemnastego roku życia nie rozwijałem tej umiejętności zbyt aktywnie, ale wiedziałem, że chcę zostać aktorem. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, pojechałem do Paryża, pracowałem tu i tam. Chodziłem do restauracji i klubów, po prostu korzystałem z życia. Po półtorarocznym pobycie w Paryżu poszedłem do szkoły teatralnej. Minęły zaledwie cztery miesiące, gdy jeden z nauczycieli zaproponował mi kontynuację nauki w Konserwatorium Paryskim. To było niesamowite, bo zwykle trwa to dwa, a nawet trzy lata, zanim składa się studentowi taką propozycję. Co więcej, dostałem się! Na początku nie rozumiałem, co to w ogóle oznacza, czym tak naprawdę jest Konserwatorium, wydawało mi się, że to jest miejsce dla intelektualistów.

Jest Pan intelektualistą?

Nie. Kieruję się intuicją, reaguję na własne odczucia. Kiedy kogoś spotykam, potrafię błyskawicznie określić, z kim mam do czynienia.

Ale czasem można się pomylić.

Oczywiście. O tym trzeba zawsze pamiętać, ale tu nie chodzi o to, żeby ludzi oceniać, tylko to jest taki mój zwierzęcy instynkt. Określenie tego, co widzimy i czujemy na pierwszy rzut oka. To wszystko.

Kiedy usłyszał Pan słowa: "Lambert, będziesz dobrym aktorem"?

Nie pamiętam. I chyba tego nie usłyszę, ale to nie jest przecież istotne. Co jest tak naprawdę ważne? To, żeby czerpać radość z tego, co się robi, żeby czuć pasję do tego, co się robi i wkładać w to całe swoje serce.

Ale chodzi też o pieniądze. Musi być Pan dobry, żeby dobrze zarabiać.

Tak, ale jeśli wkładam w rolę swoje serce, to ludzie też odpowiednio na to reagują. Jeśli ktoś koncentruje się tylko na technice, a zapomina o uczuciach, to ludzie tego nie kupią. Co chcę przez to powiedzieć? Jestem dokładnie tym, kim jestem. Nie staram się sobie lub komuś czegoś udowodnić. Po prostu jestem sobą i staram się takim pozostać.

Albo ktoś kupi to, albo nie?

No właśnie.

Pochodzi Pan z tradycyjnej rodziny?

Tak. To znaczy nikt nie był w niej artystą, a jednocześnie każdy nim był. Moja mama miała w pewnym stopniu duszę artystki. Była lekarzem, zajmowała się dziećmi upośledzonymi psychicznie. Zresztą ja znajduję sztukę wszędzie, wspaniały lekarz też jest dla mnie artystą, bankowiec też może nim być. Tak po prostu.

Rodzice nie woleli, żeby został Pan lekarzem, prawnikiem czy finansistą, tak jak Pana ojciec?

Moja rodzina nigdy nie była przeciwna aktorstwu, ale owszem, mój ojciec na początku sugerował, żebym spróbował czegoś innego, zanim zdecyduję się na aktorstwo... Między innymi dlatego rozpocząłem wyższą edukację na giełdzie w Londynie. W pewnym sensie ojciec miał rację, ponieważ aktorów jest mnóstwo. A tych, którzy faktycznie żyją ze swojego zawodu, jest może jakieś pięć procent. Z kolei aktorów, którzy z tego zawodu wyciągają naprawdę dobre pieniądze, jest nie więcej niż jeden procent. Dlatego to jest zawód raczej ryzykowny, bo jeśli coś nie wyjdzie, to może to być bardzo bolesne. Mogę więc dać młodym aktorom tylko jedną radę. Wierzcie w to, co robicie i idźcie do przodu.

Traktuje Pan aktorstwo jako misję?

Nie.

A czy to nie jest tak, że poprzez zawód, który Pan uprawia, może Pan zmienić czyjeś myślenie, mieć wpływ na czyjeś losy?

Tak, ale nie jako aktor grający w filmie. Ale tak jak to robią Bono czy Sting, albo na przykład Angelina Jolie, wszyscy, którzy angażują się w pomoc charytatywną w Afryce. Oczywiście pomaga im w tym sława, ponieważ ludzie ich znają. Natomiast uważam, że aktor nie powinien zajmować się polityką jako taką.

Grał Pan w filmie rolę...

...księdza Popiełuszki.

Tak...

Dla mnie był wspaniałym człowiekiem. Miał tyle siły i żył po to, aby pomagać ludziom. Kiedy Agnieszka Holland zaproponowała mi tę rolę, mówiłem sobie: "Staraj się go zrozumieć, wysłuchaj opowiadań Agnieszki, ale nie próbuj nim być". Myślę, że jeśli grasz osobę, która żyła, która była prawie święta, nie staraj się nią być, bo nigdy się nią nie staniesz. Dla Popiełuszki to, co robił w życiu, to była misja, a dla mnie to była rola. Szacunek, zrozumienie, otwartość, które cechowały Popiełuszkę, to możemy spróbować powtórzyć w swoich sercach. Nic więcej.

Był Pan na jego grobie?

Nie.

To niedaleko hotelu, w którym Pan mieszka.

Dobry pomysł. Dziękuję. Na pewno poproszę, żeby mnie tam zawieźli. Czego żałuję w odniesieniu do Popiełuszki, to tego, że w tym czasie, kiedy to wszystko się wydarzyło, był Polakiem dla Polaków, a ja uważam, że powinien być identyfikowany jako bohater świata. Takich ludzi potrzebuje świat, nie tylko Polska.

Ma Pan rodzeństwo?

Mam brata i trzy siostry przyrodnie, z różnych małżeństw mojego ojca. Mój ojciec był starszym człowiekiem, kiedy ja przyszedłem na świat. Był prawie pięćdziesiąt lat starszy ode mnie. Zmarł w 1994 roku. W tej sytuacji moje siostry są w wieku mojej mamy. Mam z nimi bardzo dobry kontakt, ale tak naprawdę nigdy ich dobrze nie poznałem.

Pana mama żyje?

Tak.

Dlaczego ojciec wysłał Pana do wojska?

Dlatego że byłem takim "złym chłopcem".

Takiego wrażenia Pan dziś nie sprawia.

Tak, bo ja o tym nie mówię. Ale tak szczerze, to byłem rzeczywiście bardzo złym chłopakiem, bardzo... Zdecydowałem, że pójdę na rok do wojska, inaczej musiałbym...

Wojsko Pana czegoś nauczyło?

To było niesamowite. Ciężko jest na początku, kiedy tam przyjeżdżasz i wiesz, że zostajesz w tym miejscu na rok. Najpierw myślałem, że tego nie przetrwam, że umrę, ale w efekcie końcowym to było świetne doświadczenie. Nauczyłem się wielu rzeczy, a przede wszystkim tego najważniejszego - jak dostosowywać się do trudnych sytuacji. Tam zrozumiałem też, że zawsze lepiej być do tego, co się aktualnie dzieje, nastawionym pozytywnie. Nawet jeśli jesteś w trudnej sytuacji. W końcu nie ma się nic do stracenia. Taki byłem już od dzieciństwa. Kiedy mam zły okres, zastanawiam się zawsze, co można zrobić, żeby się uśmiechnąć, zamiast załamywać ręce. Jeszcze bardziej w tym się pogrążać.

To trochę takie amerykańskie nastawienie do życia, cokolwiek się zdarzy - "keep smiling".

Nie, nie. Ja się wychowałem w Europie. Jestem bardziej Europejczykiem. W Stanach żyłem do drugiego roku życia, potem, jako osiemnastolatek, powróciłem tam, ale tylko na dwa tygodnie. Od dwudziestu lat podróżuję między Ameryką a Europą. Tak szczerze mówiąc, nie jeździłbym do Stanów, gdyby nie moja córka. No może do Nowego Jorku to tak, ale nie do Los Angeles.

Kiedy Pan kłamie?

Kiedy kłamię?

Tak. No chyba że Pan nigdy nie kłamie...

Nie, nie. Kłamię, kiedy nie chcę zranić ludzi.

To znaczy?

Na przykład, jeśli kobieta się bardzo cieszy, że ma piękną nową sukienkę, a ja uważam, że jest okropna, to raczej jej tego nie powiem. Wręcz przeciwnie, skłamię, że wygląda wspaniale.

Może byłoby lepiej dla niej, gdyby...

Nie sądzę. Jednak nigdy nie kłamię w poważnych sprawach.

Co może Pana naprawdę zranić?

Zdrada.

Zdradził Pana ktoś w życiu?

Tak. Ale ja na to patrzę na swój sposób. Jeśli zdradza mnie najlepszy przyjaciel, dziewczyna, to oczywiście sprawia mi to ból, jednak jakoś to znoszę. Bo uważam, że w efekcie końcowym traci osoba, która zdradza, a nie ta, która jest zdradzana.

Ciekawe podejście do sprawy...

No cóż, nie mam w sobie ani złości, ani potrzeby zemsty. Nawet jeśli zostałem bardzo zraniony, tak jak na przykład w moim drugim małżeństwie z Jaimyse Haft, to jednak pozostałem w przyjacielskich stosunkach z moją byłą żoną. Odwiedziłem ją nawet w domu, który jej zresztą kupiłem. Nie ma we mnie nienawiści, bo wiem, że to ona straciła.

Zaczynam myśleć, że jest Pan święty.

O nie, święty to nie jestem, jednak nie widzę powodu, żeby się mścić. To nie ma sensu.

To chyba nie jest łatwe.

Oczywiście, że to nie jest takie proste, ale ważne jest, żeby to w sobie przełamać, a nie marnować wielu lat swojego życia na złe emocje.

To się nazywa doświadczenie życiowe.

Tak, doświadczenie i nauka, że łatwiej jest iść po linii prostej, niż z niej zbaczać. To wszystko. Zawsze tak było. Jaki jest sens w tym, żeby na przykład przemilczać pewne sprawy. Ja zawsze rozmawiam o problemach. Tak postępowałem od dzieciństwa. Kiedy pokłóciłem się z kolegą i ten nie odzywał się do mnie przez kilka godzin, pytałem wprost, o co chodzi. Jaki ma problem. Lepiej jest wyjaśnić sobie wszystko od razu niż dwa miesiące później. W ten sposób traci się tylko czas. To samo odnosi się do relacji z kobietami. Jeśli masz jakiś problem ze mną, to powiedz, a może uda nam się go wspólnie rozwiązać. Nawet jeśli się rozstajemy, to przynajmniej wiadomo dlaczego.

Zawsze się sprawdza?

Coś, czego najbardziej nie lubię w życiu, to niepewność. Nie wiedzieć dlaczego. Nie znać powodu. Jeśli znam przyczynę, jest OK. Jeśli kobieta - mężatka, ma kochanka lub mężczyzna - mąż, kochankę, to zwykle dlatego, że mają problemy małżeńskie. Po co zdradzać, cierpieć, lepiej o tym rozmawiać. Czy rzeczywiście chcesz spędzić kolejne trzydzieści lat z mężem lub żoną, której już nie kochasz, dlatego że macie wspólne dzieci? To głupie. One dużo bardziej cierpią w rodzinie, w której nie ma miłości między rodzicami, a tylko wieczne kłótnie. W takiej sytuacji lepiej się rozwieść i pozostać w dobrych stosunkach. To także lepsze rozwiązanie dla dzieci. Tak było w moim pierwszym małżeństwie. Przez dziesięć lat niesamowicie kochałem Diane Lane, moją żonę, i nadal ją kocham, ale już w zupełnie innym wymiarze. Jesteśmy wspaniałymi przyjaciółmi, często rozmawiamy, wyjeżdżamy na wspólne wakacje. Tak to powinno być. Rozstaliśmy się w zgodzie i żadne z nas nie miało z tym problemu.

Macie córkę. Jaka ona jest?

Eleonora jest najwspanialsza.

Podobna do matki czy do Pana?

Jest piękna jak jej mama. To dla niej zdecydowanie lepiej, że jest podobna do mamy, a nie do mnie.

Co ma po Panu?

Co ma po mnie? Chyba to, że zawsze próbuje iść do przodu, że się nie poddaje, że wierzy w to, co robi.

Piękna wojowniczka...

Tak. Nigdy nie daje za wygraną i jest bardzo niezależna.

Ale tak przy okazji, to Pan też jest atrakcyjnym mężczyzną...

To pani to powiedziała.

Pan się ze mną nie zgadza?

Szczerze? Ja na siebie nie patrzę. Nigdy tego nie robiłem. Ani jako dziecko, ani jako młodzieniec, ani teraz. Zwykle, jak staję przed lustrem, myślę: "O Boże!". Na szczęście, gdy po dziesięciu latach oglądam zdjęcia, to myślę, że wcale nie było tak źle. Ale tak ogólnie to nie przykładam wagi do mojego wyglądu, bo nie widzę w tym sensu.

A kobietom się Pan przygląda?

Jeśli chodzi o kobiety, to ważne jest dla mnie, co ona ma wewnątrz. Jeśli jest inteligentna, zabawna, piękna i seksowna, to wspaniale. Gdybym miał jednak wybór, to raczej spotykałbym się z kobietą mniej ładną, ale interesującą, niż z pięknością, która nic w sobie nie ma. To mi się zresztą jeszcze nie zdarzyło.

Mówi Pan, że kobieta musi być inteligentna, ale rozumiem, że powinna być jeszcze silna?

Silna, tak. Kocham silne kobiety. Podziwiam kobiecą odwagę, chociażby za to, że rodzą dzieci. Ponadto one myślą bardziej prosto, mniej skomplikowanie. Więcej akceptują i to na dłuższą metę. Nie dążą do czegoś tak uparcie jak mężczyźni... Są takimi małymi żołnierzami i to w nich podziwiam. Myślę, że mężczyźni są słabi, niepewni tego, czego chcą. Kiedy mówią "nie", to to zawsze oznacza "tak", kiedy mówią, że odchodzą, zawsze pozostawiają za sobą otwarte drzwi tylko po to, aby kobieta wróciła. Kiedy mężczyzna mówi, że odchodzi, to może to trwać nawet dziesięć lat. Kiedy kobieta mówi, że odchodzi, drzwi prawie natychmiast się zamykają i pozostają zamknięte. Kiedy kobieta mówi "koniec", to jest to rzeczywiście koniec.

Spotkał Pan takie kobiety?

Diane jest taką kobietą...

Wspaniała.

Sophie taka jest. (obecna towarzyszka życia Ch. Lamberta)

Wspaniała.

Tak, jest wspaniała. Ale co najważniejsze, jest wspaniałym człowiekiem. Jest bezpośrednia i tyle.

Mój ojciec, operator filmowy, zawsze powtarzał, że najważniejsze u aktora są oczy, bo są odbiciem duszy.

Tak, chwała mu. Oczy były moim największym kompleksem, już kiedy byłem dzieckiem. Zawsze nosiłem okulary i ściągałem je dopiero w swoim pokoju przy zgaszonym świetle.

Dlaczego?

Bo inaczej nie chciałem. Pamiętam też mój pierwszy casting do roli, kiedy to dyrektor castingu poprosił mnie o zdjęcie okularów, a ja nie chciałem się zgodzić. Powiedział, że musi zobaczyć moje oczy i jeśli chcę dostać tę rolę, to muszę je zdjąć. Wyszedłem. Na drugim castingu wypowiedziałem tekst w okularach, jednak po dwóch tygodniach miałem przyjść na testy przed kamerą, ale... bez nich. Wiedziałem już, że teraz to muszę przełamać swój kompleks. Później reżyser powiedział mi, że jestem dobrym aktorem, ale tak naprawdę zaangażował mnie ze względu na moje oczy. Jednak nawet dzisiaj, w życiu codziennym, zawsze noszę okulary i niechętnie je ściągam. Tak szczerze, to ściągam je tylko do filmów.

Zapytam jeszcze raz, dlaczego?

Dlatego że w wieku dwunastu lat, gdy zaczęły mi się podobać dziewczyny, wydarzyło się coś istotnego. Choć noszę okulary od siódmego roku życia, to w szkole zawsze je ściągałem, aż tu pewna dziewczyna, patrząc na mnie, powiedziała, że coś dziwnego jest w moich oczach, że mam jakby zeza. A powiedziała to przy grupie pięćdziesięciorga dzieciaków. Oczywiście zaraz wszyscy zaczęli patrzeć mi w oczy i mówili to samo. Pobiegłem do łazienki i przekonałem się, że jeśli założę okulary, to nic nie można zauważyć i od tego momentu już zawsze je nosiłem.

Usłyszał Pan kiedyś, że ma oczy podobne do Marlona Brando?

Tak.

I to nie jest dla Pan komplement?

Marlon Brando był najlepszym aktorem na świecie, ale ja jak coś takiego czytam, to raczej w to nie wierzę i nic sobie z tego nie robię... Poza tym że to wspaniały komplement.

Kim chciałby Pan, żeby została Pańska córka?

Chciałbym, aby była szczęśliwa i robiła to, co lubi. Dziś chciałaby być modelką i tak zarabiać na opłatę rachunków.

Chce być niezależna.

Tak, ale potem mówi, że może zostanie policjantką, lekarką...

... aktorką...

Chcę, żeby robiła w przyszłości to, co lubi, a ja nie będę jej do niczego namawiał.

Rozmawia Pan z nią często przez telefon?

Codziennie albo co drugi dzień. Czasami mówi, że mam jej dać chwilę przerwy i nie muszę tak często dzwonić... to ten wiek...

Będzie Pan zazdrosny o jej pierwszego chłopaka?

Nie, chcę, żeby miała chłopaka. Będę szczęśliwy. Jednego już miała i to mi się bardzo podobało. I niech w tym wieku ma wielu - pięciu, sześciu...

Ma Pan dużo przyjaciół?

Nie. Dwóch jeszcze z dzieciństwa. Może łącznie pięciu dobrych przyjaciół. Jest wśród nich Sean Connery. Mimo że nie widujemy się często, raz na dwa lata, to kiedy wspólnie kręcimy filmy, mamy wspaniały kontakt. To świetny gość, ekstraczłowiek.

Czy to dla Pana problem, że kiedyś będzie się Pan starzał?

Nie, to przecież wspaniale.

Wspaniale?

Tak, ponieważ będę grał inne role. Nie będę już mógł grać Highlandera, mając sześćdziesiąt lat, ale na przykład dziadka. Trzeba umieć się przystosować, zaakceptować siebie. To cudowne.

Co najpiękniejszego zdarzyło się dotąd w Pana życiu?

Moja córka.

Przyznam, że miło rozmawia się z kimś, kto patrzy prosto w oczy, nawet jeśli te należą do dziennikarza.

Przecież ja lubię dziennikarzy.

Chociaż nie dotrzymał Pan danego mi na początku rozmowy słowa.

Tak? Jakiego?

Przecież mieliśmy w ogóle nie rozmawiać o życiu prywatnym...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje