Reklama

Reklama

Mój Tata...

To pierwszy mężczyzna w naszym życiu, który jest dla nas autorytetem, który kształtuje nasz charakter. Gwiazdy opowiedziały nam, czego nauczyły się od swoich Ojców.

Zawsze mówi: nie narzekaj, nie kolekcjonuj porażek

Beata Tadla (39 l.) - dziennikarka i prezenterka telewizyjna. Od 2012 r. prowadzi Wiadomości TVP. Pochodzi z Legnicy. Prywatnie mama Janka i partnerka Jarosława Kreta.

Beata Biały: Kiedyś na Facebooku napisałaś: "Mój Tatuś ma dziś urodziny. I jak nie wierzyć w Mikołaja, skoro podarował mi najlepszego Tatę pod słońcem".

Beata Tadla: - Bo Tata urodził się 6 grudnia, kiedy Mikołaj przynosi prezenty (śmiech). A on jest dla mnie najwspanialszym prezentem od losu. Zresztą oboje rodzice są moimi przyjaciółmi i największymi autorytetami. Tata zawsze ciężko pracował fizycznie. Wstawał o świcie i chyba tylko raz w życiu był na zwolnieniu lekarskim! Jest obowiązkowy i odpowiedzialny. Wpoił mi najpiękniejsze zasady. Nauczył szacunku do drugiego człowieka. I, myślę, najważniejszej rzeczy - nie wolno narzekać. Sam nigdy się na nic nie skarżył, choć pewnie mógłby mieć mnóstwo powodów, bo czasy nie były łatwe. Nie narzekał nawet, gdy zmieniało się prawo i musiał dłużej czekać na emeryturę, ani wtedy, gdy znalazł się na bezrobociu. On przyjmuje świat takim, jaki jest. Nie ma w nim ani krzty postawy roszczeniowej.

Reklama

- Choć są sprawy, o które potrafiłby walczyć bez wytchnienia. Tak, jak działo się to w czasach PRL. Tata jest opozycjonistą z krwi i kości. Zawsze z dumą nosił w klapie znaczek Solidarności, nawet zapuścił wąsy - takie jakie miał Lech Wałęsa. Niczego się nie bał. W wyborach do Rad Narodowych podnosił mnie, żebym wrzucała do urny opozycyjne ulotki. Robił mnóstwo zakazanych przez reżim rzeczy. Tej odwagi i mnie nauczył. Pokazywał, że jeśli nie zgadzasz się na otaczającą cię rzeczywistość, bo godzi w twoją wolność, to trzeba się jej przeciwstawiać. U nas w Legnicy komunizm był odczuwany bardziej, bo tam stacjonowały radzieckie wojska. Tata jednak wierzył, że w końcu przyjdzie wielka zmiana. I nigdy się "nie sprzedał", nawet w trudnych czasach. Nie kombinował, nie kręcił, nie szedł na żadne układy. Nigdy w życiu nie zrobiłby niczego niegodziwego.

Był dla Ciebie autorytetem?

- Wciąż nim jest. I zawsze go słuchałam. Kiedy na przykład powiedział, że mam wrócić do domu o 21, byłam. Kilka razy zdarzyło mi się nawalić i to było okropne, bo Tata nie krzyczał, nie moralizował. Tylko w jego spojrzeniu widziałam, że go zawiodłam i było mi bardzo przykro i wstyd. Zawsze był też wzorem męża. W sobotę robił zakupy, w niedzielę gotował rosół, a w tygodniu robił mi kanapki do szkoły. Zawsze pomagał mamie, nie było sztucznego podziału na role. Wiele prac domowych czy remontowych rodzice do dziś wykonują wspólnie. Mimo że żyją ze sobą 40 lat, wciąż są w siebie wpatrzeni, jakby poznali się wczoraj, trzymają się za ręce i tęsknią za sobą, gdy muszą się rozstać. Od kiedy pamiętam stanowili jedność, uzupełniali się. Są dla mnie ideałem miłości.

A do kogo szłaś z problemami?

- W naszym domu nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Wszystkie problemy rozwiązywaliśmy we trójkę. Nie słyszałam nigdy: "Tylko nie mów Mamie" albo: "Proszę, nie mów Tacie, bo będzie zły". W obojgu rodzicach zawsze miałam ogromne oparcie.

Ważne zdanie, które usłyszałaś od Taty...

- Całe mnóstwo! Składają się w jedną całość: szanuj ludzi i nie rób innym krzywdy.

Jesteś do niego podobna?

- Odziedziczyłam po tacie mocne włosy. Ale fizyczność nie jest ważna. Przypominam go w tym, że nie narzekam. Gdy mam problem, wolę go rozwiązać niż szukać winnego albo usprawiedliwienia. Biorę sprawy w swoje ręce, nie czekam, aż ktoś je za mnie załatwi. I, tak jak Tata, nie rozgrzebuję przeszłości, nie kolekcjonuję porażek. Tata zawsze żył życiem, które jest tu i teraz. I najważniejszy był dla niego ciepły dom, do którego chce się wracać, bo ktoś tam czeka. Rodzice stworzyli mi miejsce, w którym były miłość, ciepło i poczucie bezpieczeństwa. I to jest niezmienne w moim życiu. Każdy człowiek tego potrzebuje.

Tata jest zawsze, gdy go potrzebuję

Katarzyna Zielińska (35 l.) - aktorka znana z filmów "Listy do M", "Och Karol 2", oraz z seriali "Barwy szczęścia", "O mnie się nie martw". Doskonale pamiętamy ją też z programu "Kocham cię Polsko". Pochodzi ze Starego Sącza. Ma męża Wojciecha Domańskiego i synka Henryka, który przyszedł na świat w styczniu tego roku.

Beata Biały: Czego nauczył Cię Tata?

Katarzyna Zielińska: - Zawsze uczył mnie tego, że nie wolno na zło odpowiadać złem, tylko dobrem. Potrafi cieszyć się sukcesami innych i mnie tego uczył. "Nie zazdrość innym sukcesów" - powtarzał. "Niech one cię mobilizują do osiągania własnych" - dodawał. Nauczył mnie też dawania innym całego siebie. Długo nie rozumiałam, jak można poświęcić się dzieciom, nie zostawiając miejsca na własne życie. Dziś, kiedy mam własne dziecko, sama zaczynam tak robić. Dla niego zawsze byłyśmy z siostrą najważniejsze - robił wszystko, by wykształcić nas, nauczyć uczciwości i pracowitości. W szklarni ciągle miał ręce pełne roboty. Na pewno był zmęczony, ale zawsze znalazł czas dla mnie, dla rodziny, dla wszystkich, którzy potrzebowali pomocy. Mógł ten czas poświęcić sobie... Ilekroć miałam jakiś problem, było mi źle, Tata potrafił rzucić pracę, wsiąść w pociąg czy samochód i za 7 godzin być u mnie. Przyjeżdżał, gotował, rozmawiał, rozśmieszał, pocieszał, był. I tłumaczył, że takie chwile też są potrzebne, bo uczą. I że trzeba do nich podchodzić z szacunkiem. Bo dzięki chwilom trudnym, możemy też docenić chwile piękne.

Czym jeszcze Ci imponował?

- Tym, że nigdy nie narzekał. I tego też mnie nauczył. "Nie ma co narzekać" - powtarzał i dodawał: "Życie nie jest usłane różami". Kiedy zaczynałam trochę marudzić, pytał: "A co ci to da? Jedno jest życie i jak będziesz narzekać, tylko stracisz cenne chwile. Jak coś się stało, no to się stało. Trzeba iść do przodu".

- Nauczył mnie też szacunku do pieniędzy. Bardzo wcześnie wiedziałam, co znaczy praca, bo pomagałam mu w szklarni, która była jego pasją, ale wiązała się z bardzo ciężką pracą. Tata nie kazał mi tam pracować, sama chciałam. Razem z przyjaciółką Martą, pełłyśmy, zakładałyśmy pierścienie na goździki, zbierałyśmy ogórki i pomidory, bo rodzice mieli w tych szklarniach nie tylko kwiaty. Tam poznałam, jak ciężko trzeba zapracować na każdy grosz. Dzięki tacie zrozumiałam, że największą przyjemnością nie jest gromadzenie wszystkiego do skarbonki, tylko rozbicie tej skarbonki i dzielenie się z innymi. Dzięki niemu nie mam w sobie zachłanności, tego "więcej, więcej", a mam przekonanie, że im mam więcej, tym bardziej powinnam się dzielić. Nauczył mnie też, że nie wolno palić mostów za sobą. Nie dlatego, że kiedyś może będę potrzebowała wrócić, ale dlatego, że nie wolno nikogo krzywdzić zbyt pochopnymi sądami.

Był dla Ciebie wzorem mężczyzny, którego potem szukałaś w życiu?

- Nie wiem, czy był wzorem, którego potem szukałam w innych mężczyznach... Po prostu mam szczęście do mężczyzn, bo trafił mi się również dobry mąż - opiekuńczy, empatyczny, czuły, skromny i uważny na drugiego człowieka. I przede wszystkim uczciwy. Obaj są bardzo dobrymi ludźmi o dobrych oczach.

Kochałam Ojca obłędnie, był najważniejszy w moim życiu

Grażyna Wolszczak (56 l) - aktorka teatralna i filmowa. Pamiętamy jej rolę w filmie "Ja wam pokażę" oraz w dwóch z najbardziej lubianych seriali "Na Wspólnej" i "Pierwszej miłości".

Beata Biały: Twoje pierwsze wspomnienie z Tatą w roli głównej?

Grażyna Wolszczak: - Jak zgubił mnie na sankach (śmiech). Miałam wtedy trzy czy cztery lata. Jechałam zadowolona, aż nagle... Tata postanowił urozmaicić przejażdżkę, szarpnął sankami i popędził galopem do przodu. Sanki owszem pomknęły, ale ja rymsnęłam na plecy w śnieg. Na szczęście Tata zorientował się, że ciągnie puste sanki i wrócił po mnie zanim rozryczałam się na dobre.

Mogłaś mu wchodzić na głowę?

- Mama trzymała rygor w domu i ustalała zasady. A Tata był od rozpieszczania, wygłupów i szaleństw. Mogłam mu wejść na głowę, a nie powiedziałby ani słowa. I również bez słowa podpisywał uwagi, jakie przynosiłam, głównie: "Grażyna przeszkadzała na lekcji", "Grażyna znowu gadała na lekcji". Gorzej było, kiedy "Córka dostała dwóję z matematyki". Nie był wtedy zadowolony, wiadomo. Myślę, że trudno mu było czasem trzymać z Mamą jeden front w sytuacjach, kiedy coś narozrabiałam. Sercem był po jej stronie... Potem szybko starał się odwrócić moją i mamy uwagę od przedmiotu awantury. Był jednak wyjątek od reguły. Gdy po raz kolejny gubiłam klucze do domu. A gubiłam je wciąż, choć Tata wymyślał najróżniejsze sposoby, by uniknąć kłopotu: nosiłam je na szyi, przyczepione do tornistra, włożone do specjalnej kieszonki. Na próżno. Wtedy był naprawdę wściekły, bo musiał zmieniać zamki w drzwiach.

Był najważniejszy w Twoim życiu?

- Kochałam go obłędnie. Rzeczywiście, był najważniejszym człowiekiem w moim życiu. Byłam zapatrzona w niego jak w obrazek. Nieomylny i wszystkowiedzący. Zawsze elegancki, w garniturze. Był prezesem spółdzielni mieszkaniowej. No wiesz, dla małej dziewczynki prezes to PREZES (śmiech). Pamiętam, jak szłam z Tatą za rękę, a miałam wtedy z 7 lat. Byłam dumna, że idę z takim mężczyzną!

W czym jesteś podobna do swego Taty?

- Mam podobne poczucie humoru - takie gruboskórne, dokuczalskie. Ze zdumieniem zauważyłam też, że tak jak on mam skłonność do spoufalania się. A kiedyś tak to mnie wkurzało, że Tata do wszystkich mówi na "ty". Uważałam, że to niegrzeczne. Od razu też, niemal od pierwszego słowa, ze wszystkimi się zaprzyjaźniał.

Tata był wzorem mężczyzny, do którego potem porównuje się każdego faceta w życiu?

- Jak patrzę na zdjęcia, to nie był mój ideał mężczyzny. Miał jednak dużo wdzięku i był zawsze wesoły. Chyba zresztą za tę wesołość i poczucie humoru lubili go wszyscy. Przepadały za nim wszystkie ciotki i sąsiadki. Był czarujący i zawsze się wygłupiał. Na każdej imprezie był królem towarzystwa. "Heniu, Heniu, opowiedz dowcip" - prosili ojca, a on zawsze wyciągał z rękawa jakiś dobry kawał. Kiedy wyjechałam na studia, trochę ten jego idealny obraz się przykurzył. Jak wpadałam od czasu do czasu do domu, widziałam już normalnego mężczyznę, z wadami, słabościami i niedoskonałościami. Zobaczyłam, że nie jest wszechmocny, że czasem mam inne zdanie niż on. Miałam nawet do niego o to żal, że już nie jest taki idealny. Potem zrozumiałam, że każdy ma wady. Ale u Taty zalety przeważały. Nigdy nie truł, nie marudził, jak mam żyć. Mimo to nauczył mnie lojalności, prawości i tego, że nie wolno nikomu robić krzywdy. Bo tymi wartościami zawsze kierował się w życiu.


Świat kobiety

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy