Reklama

Reklama

Nie lubię duetów

Występ Maryli Rodowicz i Dody oglądało kilka milionów widzów! Mimo to już nigdy razem nie wystąpią. Tylko w SHOW o tym, czego nie pokazała telewizja.

Jak pani wrażenia po koncercie sylwestrowym?
Maryla Rodowicz: Odchorowałam go, przez trzy dni.

Grypa?
Nie, jestem zahartowana. Śpię przy otwartych oknach, nawet przy dużych mrozach. Moja choroba była wynikiem reakcji na stres, który odkładał się przez wiele tygodni przed występem. Miałam bóle brzucha i gorączkę. Sylwester 2009 to było wielkie przedsięwzięcie.

Zimno było straszliwie...
Na dzień przed sylwestrem odbyła się próba w Łodzi. Kiedy weszłyśmy z Dodą na scenę, okazało się, że nie ma bocznych ścian. W plecy wiał nam przejmująco zimny wiatr, sypał śnieg, wybieg do publiczności pokryty był lodem. A my miałyśmy 15-centymetrowe szpilki i bardzo "gołe" kostiumy. Wiatr wywiewał wokal, nic nie było słychać. Zmarzłyśmy na kość. Doda miała w nocy gorączkę.

Reklama

Można było coś na to zaradzić?
W sylwestra, na godzinę przed zamknięciem sklepów, moja fryzjerka Sylwia pobiegła kupić dwie narciarskie, obcisłe koszulki. Jedną wykorzystała Doda, ale tylko w solowym występie, a ja włożyłam swoją pod body z cielistej siatki. Teraz żałuję, bo czarny T-shirt pod siatką w kolorze ciała sprawił, że skóra wyglądała na szarą. Doda poszła na całość. Wyszła półgoła mimo złego samopoczucia.

Nie obawiała się pani stanąć na scenie obok niesamowicie zgrabnej Dody?
Ależ to było wyzwanie! To ja wymyśliłam, że wyjdziemy w gorsetach i podwiązkach.

Świetnie pani wyglądała!
Dziękuję. Może dlatego, że zaczęłam współpracować ze specjalistą, który ułożył dla mnie dietę. Jak każda kobieta, odchudzam się całe życie (śmiech). Znam wszystkie diety świata, ale pierwszy raz współpracuję z fachowcem. To nie jest program na dwa tygodnie. Polega na tym, że nie wolno robić długich przerw między posiłkami i łączyć węglowodanów z białkami. Za dwa dni idę na pierwsze spotkanie do siłowni.

Mam nadzieję, że nie przemieni się pani w smutną, wychudzoną kobietę?

O, to mi nie grozi, spokojnie. Uważam, że nawet podczas diety trzeba czasem zgrzeszyć. Zjeść coś, co poprawi humor.

Wracając do gorsetów i podwiązek...
Pomysły na kostiumy urodziły się w mojej głowie natychmiast. Usiadłam i zaczęłam rysować. A potem zaczęła się jazda z projektantami. Zmieniali się co dwa tygodnie. W sumie było ich sześciu. Polska to nie Ameryka. Na trasę koncertową Britney Spears, czy Madonny szyją kostiumy sztaby krawców, angażują się w to najwięksi projektanci.

Podobno TVP nie zaakceptowało stawki Macieja Zienia za uszycie dla was kostiumów.
To prawda. W końcu zdecydowałam się na projektantkę z Łodzi, nazywa się Malwina Wędzikowska. Kiedy spotkałyśmy się w październiku, wiedziałam, że jest odważna i kreatywna. Tyle że Malwina wyjechała do Kenii jako wolontariuszka. Uczyła tam szyć kobiety na maszynie. Wróciła 10 grudnia i zaczęła się jazda: zdobywanie materiałów, choroba jej krawcowej... Krótko mówiąc, po świętach tylko połowa kostiumów była gotowa.

Wpadła pani w panikę?
Nie! Przed koncertem w piwnicy mojego domu siedziały cztery krawcowe. Przez trzy doby bez przerwy szyły kostiumy. Malwina, jej mama, Bożena, moja niezawodna osobista krawcowa i pani Ela, sąsiadka z Konstancina.

Specjalna maszyna przyklejała brylanciki do spódnicy, która na scenie była widoczna pół minuty. Ja co chwilę schodziłam, przymierzałam i karmiłam ekipę. Moje koty biegały między nićmi i materiałami, podkradały pióra... Było straszne zamieszanie.

Długo ćwiczyłyście z Dodą swój występ?
Od października spotykałyśmy się w moim domu. Wybierałyśmy repertuar, nagrywałyśmy wokale, żeby sprawdzić, jak brzmią razem. Próby z Agustinem Egurrolą zaczęły się na początku grudnia. Chodziłam na próby codziennie, nawet w swoje urodziny.

Stresowała się pani, kiedy Doda tuż przed występem wyjechała na Karaiby?
Pewnie! Dla mnie taki koncert to stres, lubię być przygotowana na maksa, a ona ciągle mi powtarzała: "Marylka, luzik". Kiedy ja miałam 25 lat, też miałam więcej luzu.

Myślałam, że luz przychodzi z wiekiem?
Nic podobnego! Z doświadczeniem i stażem pracy przybywa mi odpowiedzialności. Bo jest świadomość, że muszę być na sto procent przygotowana, mieć plan A, B i C. Dlatego na początku listopada poleciałam do Londynu i kupiłam jakieś ciuchy na wszelki wypadek. To był mój plan C. Wiem, że nie na wszystko mam wpływ, że osoby trzecie mogą nawalić i trzeba się ratować. Jak się zawali scena, muszę śpiewać dalej. Jak wybuchnie wojna - też, tyle że głośniej. Moja cała kariera jest okupiona ciężką pracą. Kiedyś było znacznie trudniej. W czasach siermiężnego PRL-u zdobycie kostiumu wymagało wielkiej kombinacji. To było szycie z pieluch, farbowanie sznurków do bielizny...

Pani jest zadowolona z występu z Dodą?
Jestem taką maksymalistką i profesjonalistką, że nigdy nie jestem do końca zadowolona. Mam świadomość, że to jest telewizja i niczego już nie da się powtórzyć. Na początku występu stres działa na mnie paraliżująco. Mam spięte wszystkie mięśnie. Dopiero po godzinie mogę powiedzieć jak Doda - luzik (śmiech).

Podczas koncertu słyszałam głównie pani głos. Doda ginęła gdzieś w chórkach.
Były naprawdę fatalne warunki, kłopoty z odsłuchem. Może to kwestia doświadczenia? Ale proszę mi wierzyć, że Doda śpiewać potrafi .

Pani planowała też wyjątkowe efekty...
Owszem! Chciałam się podpalić, chciałam też zniknąć. Ale zrezygnowałam z takich atrakcji.

Rozmawiała Iwona Zgliczyńska

Czytaj więcej w najnowszym numerze magazynu o gwiazdach SHOw. W sprzedaży od 18 stycznia.

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy