Reklama

Reklama

Obywatelka Manuela

Jej proza szokowała śmiałymi scenami erotycznymi. Mówiąc o niej "pisarka", automatycznie dodawano "skandalistka".

Niedawno na czele Partii Kobiet chciała podbić sejm. Kulisy tej próby Manuela Gretkowska opisuje w wydanej właśnie Obywatelce. O tym, że w Polsce łatwiej jest mówić o seksie niż o prawach kobiet, opowiada Agnieszce Sztyler.

Podwarszawski Ustanów. Manuela Gretkowska wita mnie w ogrodzie przed drewnianym dworkiem. Mieszka w nim z Piotrem i ich córką Polą. Mówi, że żyją tu trochę tak, jak Dzieci z Bullerbyn. Jest jeszcze kilkumiesięczna Mimi - owczarek szetlandzki. W rankingu psiej inteligencji zajmuje trzecie miejsce. Pisarka żartuje, że wybierając mądrzejszego, ryzykowałaby kompromitację. Mam przed sobą kobietę w bieli - sukni i włosów. Spodziewałam się ujrzeć demoniczną skandalistkę, a teraz przywodzi mi na myśl raczej anioła.

Reklama

Mówi się, że Gretkowska prowokowała erotyką, teraz prowokuje siwymi włosami...

Manuela Gretkowska: Chyba nigdy nie chciałam być młoda. Dlatego nie farbuję włosów. Ich kolor, ten prawdziwy, jest prawdziwym tłem twarzy, a nie wymalowaną dekoracją. Wczoraj usłyszałam od znajomego, który przefarbował sobie siwe włosy: "Wiesz, wszyscy mówili, że świetnie mi z siwizną. Ale ja wiem, że to wygląda jak trupia poświata". Nie sądzę, żeby było aż tak efektownie (śmiech).

Ucieka Pani przed młodością?

Młodość jest okrutnym momentem w życiu. No bo jak poradzić sobie z burzą hormonów, jednocześnie podejmując najważniejsze decyzje: praca, miłość, planować przyszłość, nie mając doświadczenia? I do tego trzeba mieć poglądy, wartości jak dojrzały człowiek. A skąd? Odetchnęłam, że młodość jest za mną. Dojrzałość jest sensowniejsza, mniej ryzykowna. Dlatego lubię XVIII wiek, gdy strojono się w białe peruki. Wtedy szanowano starość. Gdy kobieta włożyła taką monstrualną, czasem nawet ponadmetrową perukę, miejscem, gdzie najpierw spoczywał wzrok, były oczy, nie dekolt. Dziś środkiem ciężkości w sylwetce jest biust. Własną młodość wspominam dosyć boleśnie. Nie chciałabym być znów Manuelą w wieku dwudziestu kilku lat.

A jaka wtedy Pani była?

Miałam za sobą rozwód na emigracji. Byłam sama i bez grosza przy duszy. Nie wyjechałam z Polski dla pieniędzy, tylko z braku wolności. Gdy dziś kupuję kapelusik, przypominam sobie, jak przed laty wybierając czapkę, zastanawiałam się, czy na manifestacji dobrze ochroni głowę przed pałowaniem, gdyby dorwało mnie ZOMO. I niszczyłam listy, bojąc się, że bezpieka wejdzie i przeczyta. A nie chodziło o zapiski czy listy miłosne. Organizowałam studencki strajk, obserwowałam odważniejszych ode mnie przyjaciół angażujących się w walkę polityczną. Miewałam też, jak to młodzi ludzie, metafizyczne lęki. Czasem trudno było to wszystko razem udźwignąć. Nie dziwię się, że tylu młodych ludzi nie wytrzymuje i popełnia samobójstwo.

Pani myślała o samobójstwie?

Tak. Bałam się, że nie dam rady. Cierpiałam nie tylko z powodu samotności, ale i przerażenia światem. Potem weszłam w jeszcze jeden koszmarny związek, pełen agresji, z typowym męskim narcyzem, artystą używającym kobiet jako zatyczek do uszu, żeby nie słyszeć prawdy o sobie, swojego sumienia.

Jak Pani sobie z tym radziła?

Nie radziłam sobie. Na szczęście nie wpadłam w alkoholizm, bo mój organizm alkoholu nie lubi - ani jego smaku, ani kaca. Narkotyki też przestały mnie bawić. Nie móc wydostać się z halucynacji to mało zabawne, nawet gdy jest prześmieszna. Bałam się.

A dziś czegoś się Pani boi?

Wszystkiego. Śmierci bliskich, choroby, tego wszystkiego, czego należy się bać. Często się boję. Hindusi mawiają, że tchórz to ten, co się boi i nic nie robi, a odważny to tchórz próbujący coś zrobić. Wiele z tego, co robię, wynika z lęku, jestem lękliwa. Mam chyba, jak każdy artysta, paranoję, co ułatwia wymyślanie historii, również horrorów. Staram się być normalna, ale to ciężka praca, czasem widać szwy, a czasem rękawy się wydłużają tak, że można je zawiązać na plecach niby kaftanik bezpieczeństwa (śmiech). W młodości bałam się nieplanowanej ciąży.

Wydawała się Pani bardzo odważna - emigracja do Francji w wieku dwudziestu kilku lat...

Naprawdę stałam się dorosła, mając chyba trzydzieści pięć. Wtedy wreszcie miałam dach nad głową i trochę pieniędzy zarobionych pisaniem. Mogłam przestać myśleć, jak przeżyć. Nie wiem, co by było, gdybym miała dwadzieścia lat i wpadła.

Dziś mówi Pani, że nie usunęłaby ciąży. A wtedy?

Aha, mądra Polka po porodzie. Moje poglądy wtedy były heroiczne, jak to u tchórzy. Zmieniały się w zależności od tego, czego się bardziej bałam: Boga czy siebie.

W końcu zdecydowała się Pani na macierzyństwo.

Natura zdecydowała za mnie. Podobno instynkt macierzyński jest wrodzony już gadom. Ze mną było gorzej niż z gadziną, nie miałam żadnego. Teraz zachwycam się każdą kostką, włoskiem Poli, jak relikwią.

Ile jest w Pani typowej matki Polki?

Przez pierwsze trzy lata poświęcałam Poli 24 godziny na dobę. Ale i tak kładąc się spać, miałam wyrzuty sumienia! Dziś mówię matkom, które pracują, że nawet gdyby nie odrywały się od dziecka, wieczorem będą miały taką samą stertę wyrzutów sumienia i rzeczy do prania.

Pola ma nadopiekuńczą mamę?

Daję jej wolność. A potem zadręczam się myślą, że źle ją wychowuję. Martwię się, że jej zachcianki zamienią się w wady. Piotr mnie uspokaja: "Wyluzuj!" - mówi, gdy denerwuję się jej nieumytymi zębami. Boję się, że jak będę niekonsekwentna, odpuszczę raz, to już tak zostanie. Najchętniej spędzałabym z Polą czas non stop. Nie puściła jej ani do przedszkola, ani do szkoły. No, ale przecież to nierealne, muszę pracować. Ale i tak codziennie rano są małe negocjacje. Pola wie, że cały dzień jesteśmy w domu: ja tu piszę, a Piotr, terapeuta, spotyka się z pacjentami w Warszawie dopiero wieczorem.

Córka jedynaczka to pokusa, by lokować w niej rodzicielskie ambicje?

Nie mam ambicji, nawet żeby miała maturę. Od katowania wymaganiami ważniejsze jest jej szczęście. Znam osoby, które są pod śrubkę, robią doktorat i są rozwalone wewnętrznie, więc muszą sięgać po alkohol, proszki, żeby zasypać nimi wyrwy w duszy. Okaleczyła ich troska rodziców. Mam nadzieję, że jeśli Pola będzie zrównoważona psychicznie i będzie miała pasję, zrobi więcej niż ktoś, kto był tresowany. Nie bzyczymy jej nad głową: zrób to, tamto i nie szlifujemy jej fasady - czyściutkie skarpetki, sukienka w kancik. Nie chcemy, żeby Pola została nabzdyczoną idiotką, a takie miewają ważne stanowiska, zarządzają ludźmi, mają tytuły naukowe.

TS: Ale Pola gra na pianinie jak "dziewczynka z dobrego domu"?

MG: Może ona jest z dobrego domu, ale nie z mojego, ja takiego nie miałam. Uparła się, że chce pianino. Płakała, prosiła. Chciałam jej oszczędzić męki moich koleżanek ze szkół muzycznych - tych ćwiczeń, gam, które przeklinały. Ale Pola jest bardzo uparta. Uległam. Gdy teraz nudzi jej się granie, ja mówię: "Nie chciałam tego wielkiego grata w domu, ale teraz go nie wywalę. Chciałaś grać, bądź konsekwentna, sorry potwory".

Dziecięca wyobraźnia potrafi zaskoczyć pisarkę?

Wczoraj patrzyłam w jej oczy, zielone ślepka... Z zachwytem typowym dla każdej matki. Pola to wyłapała i pyta: "Wiesz dlaczego mam zielone oczy? - Wiem, po tatusiu - powiedziałam. - No co ty! - oburzyła się. - Nie znasz znaków drogowych?! - właśnie nauczyła się jeździć na rowerze. - Moje oczy to jest zielone światło, znak przejścia do raju". Chciałabym, żeby taka została jak najdłużej.

Patrząc na mamę, nie zaczęła jeszcze bawić się lalkami "w politykę"?

Pola przez rok jeździła z nami po Polsce. Była jak dziecko z bajki Andersena, które widzi króla nagiego. Widząc partyjne kłótnie, pytała: "A dlaczego wy, zamiast się kłócić, po prostu nie pobawicie się w berka?". Była ze mną na debacie w studiu telewizyjnym. Zajęta dyskusją z dziennikarzem nie wiedziałam, że cały czas kamera pokazuje ją, nie nas. Pola jak bawiące się dziecko chodziła na czworakach, wychylała się zza kadru, tańczyła, a pod koniec rozmowy rzuciła mi się na szyję, całując. Potem pokazywano ten fragment w telewizji i internecie z komentarzem: oto, do czego prowadzi wychowanie bez bicia. Pola miała być przykładem rozbestwionego bachora, kuriozum, do którego doprowadziło liberalne wychowanie. Dowodem na to, że nie należy wprowadzać ustawy zakazującej kar cielesnych. W kraju, gdzie codziennie katuje się kilkuletnie dzieci.

Panią rodzice wychowywali liberalnie?

Ojciec akceptuje mnie totalnie. Po mamie odziedziczyłam systematyczność. Gdy miałam trzy latka, wystarczyło wypuścić mnie na działkę i jak robot posłusznie pieliłam grządkę, oczywiście ze wszystkim, co na niej rosło. Gdyby nie ta systematyczność, nigdy nie napisałabym książek (śmiech). Pilnuje mnie wewnętrzna oddziałowa psychiatryczna - taki był zawód mamy.

Ojciec spełniał wszystkie moje marzenia. Kiedy chciałam prawdziwego misia, pojechał ze mną do zoo i naprawdę planował go kupić. Dyrektor wytłumaczył mu, że to niebezpieczne, bo miś dorasta i czując krew, może być agresywny, a u nas w domu były trzy kobiety. W ten sposób dowiedziałam się, co to jest okres. Dzięki dyrektorowi zoo.

Wyobraźnię ma Pani po tacie?

MG: W dzieciństwie wiele razy "byłam" z nim w Afryce. Ze szczegółami opowiadał mi o swoich przygodach, chociaż nigdy tam nie był. Żył w świecie własnej wyobraźni. Po tacie odziedziczyłam prozopagnozję, czyli chorobliwy brak pamięci do twarzy. Czuję się przez to trochę jak z alzheimerem. Rodzina się ze mnie śmieje, że będą mieli tabliczki na szyi z napisem: "Ja jestem Pola", "Ja jestem Piotr". Jeśli kogoś nie poznam, ludzie mówią, że zadzieram nosa, więc na wszelki wypadek "dzień dobry" mówię wszystkim.

A otwartość w opisywaniu erotyki, seksu - to zawdzięcza Pani rodzicom?

Wiedziałam, że rodzice są ze sobą szczęśliwi, chociaż nie opowiadali o seksie przy śniadaniu. Są katolikami i o pewnych rzeczach w domu się nie mówiło, ale wyczuwało się, że seks jest dla nich ważny, szczęśliwy. Po gestach, uśmiechach i czułości.

W codziennym życiu też byli dobrani?

Małżeństwo rodziców było mezaliansem. Ojciec pochodził z zamożnej rodziny. Po jego ogrodzie spacerowały pawie. Mama we wczesnej młodości była tak biedna, że wychodziła w zimne dni z siostrą na zmianę, bo miały jedną wspólną parę butów. I to nie było na wsi, ale w centrum przedwojennej Łodzi. Może dlatego od zawsze była tą "pracusią" - musiała nadrobić, dorobić się normalności, uciekając od biedy. Ojciec był trochę bon vivantem. Kochał życie i kobiety. Ale wcześnie urodziło im się dziecko - moja osiem lat starsza siostra. A dla ojca rodzina była zawsze na pierwszym miejscu.

Tak deklarują wszyscy katolicy. Pani ojcu udało się to też w praktyce. Dziś Pani mówi, że jest praktykującą katoliczką.

Niektórzy nie mogą pojąć, jak katoliczka może mówić o erotyce albo łechtaczce. Ale o ile znam się na katolicyzmie, to nie wycina się w nim łechtaczek, takie okaleczenia praktykują raczej niekatolicy w Afryce.

No, ale katoliczka z dwiema łechtaczkami, jak bohaterka Pani Kabaretu metafizycznego, to chyba rzadkość?

A dlaczego nie pisać również o rzeczach niespotykanych? Wracając do Kościoła, bardzo trudno być księdzem w nowoczesnym świecie. Kimś między urzędnikiem a świętym. Ludzie dziś mają większe wymagania względem urzędów, a świętych znajdują pod różnymi postaciami. Ja trzymam sztamę nie z kościołem parafialnym, a z zakonnikami, szczególnie jezuitami i dominikanami.

Rodzice czytają książki, które Pani napisała?

MG: Ojciec nie. Ksiądz w parafii mu odradził, bo może się zgorszyć.

A Pani mama?

Czyta. Byłam ciekawa, co powie na plakat Partii Kobiet, na którym wystąpiłyśmy nago. Zadzwoniłam do niej i usłyszałam: "Odważny, ale w porządku". Jak mama, słuchaczka Radia Maryja z łódzkiego bloku, mówi, że jest OK, to dla mnie było jak stempel porządności.

Ale okazało się, że nagi plakat nie przysporzył partii zwolenniczek, odstraszył tzw. proste kobiety i radykalne feministki.

Jeśli plakat może być większym straszakiem od tego, co się dzieje z kobietami w Polsce, to trudno... Nie miałyśmy pieniędzy na kampanię, na billboardy. To był pomysł, jak tanio, bez pieniędzy być w mediach, które nas ignorują. Nikt nam nie kazał się rozbierać. Na plakacie są działaczki, nie kociaki reklamujące batoniki. Z kobietami w Polsce i tak nikt nie rozmawia i to niezależnie od tego, czy są zapięte pod szyję, czy rozebrane. Piotr mnie ostrzega, że w Polsce ludzie nie myślą symbolicznie: "Uważaj na to, co mówisz, bo będzie wykorzystane przeciwko tobie. Wyrwane z kontekstu".

Tak jak "Penis najlepszym przyjacielem kobiety"?

Nie jestem przeciwko mężczyznom. Kocham Piotra, ale w ciąży modliłam się o córkę. Moja mama nic nie mówiła, ale gdy się dowiedziała, że to będzie córka, odetchnęła: "Oj, jak to dobrze!".

Mając tak akceptującego ojca, trudno było znaleźć ojca dla swojej córki?

Trudno nie, ale długo. Musiałam do tego dojrzeć. Szukałam faceta takiego jak tatuś. Ideału. Po latach uświadomiłam sobie, że żaden facet nie jest moim tatusiem zastępczym i nie kocha mnie miłością bezwarunkową. Miałam szczęście, że poznałam Piotra.

W Piotrze znalazła Pani jakąś część ojca?

W Piotrze nie szukam ojca. Jeśli już, to kobiety, bo tacy kobiecy, wrażliwi mężczyźni są najsilniejsi. Czasem jest burzliwie, odskakujemy od siebie. Ale Piotr daje mi coś, czego nie dał mi żaden mężczyzna.

Co to takiego?

Gdy przy nim jestem, mogę marzyć. Wystarcza mi, że razem leżymy, jedziemy na rowerach, że się śmiejemy. Gdyby ktoś pokazał mi obraz przyszłości, to ważne byłoby dla mnie nie to, czy mamy pieniądze, samochód, ale czy się śmiejemy. Jeśli tak, byłabym spokojna. To znaczy, że dajemy sobie radę z kasą czy bez, z problemami czy chorobami.

Sielanka...

Owszem, sielanka po burzy albo wyładowaniach atmosferyczno-psychicznych. Kiedyś pokłóciliśmy się. Piotr się spakował i wyszedł z domu. Myślałam, że pojechał do swojej mamy. Okazało się, że jest już w Szwecji.

Kto pierwszy zadzwonił?

Ja. Nie miałam z tym problemu. Uznałam, że po prostu po awanturze każde z nas wyszło do swojego pokoju. On miał najwidoczniej pokój w Szwecji. Wiem, że związku nie zrywa się z powodu byle kłótni. Na szczęście nasz nie został jeszcze nigdy, jak sądzę, wystawiony na pokusę zdrady.

Jaka jest Pani w kłótni?

Albo przyspieszam entropię materii, czyli rozbijam talerze, albo gdy rozum jeszcze działa, usiłuję wszystko tłumaczyć psychoanalitycznie - że na pewno przyczyna tkwi w Piotra domu rodzinnym. Tak zresztą jest nie tylko w kłótni. Lubimy interpretować swoje zachowania i sny. Piotrowi śniło się, że piecze pierniki z jagodami i przeszkadzała mu w tym Pola z chórem starców. Uznałam, że przerabia problem ze znalezieniem formy (w której się piecze piernik) dojrzałości i jest zawieszony między dzieciństwem a starością, stąd Pola i dziadkowie we śnie. Mając małe dziecko w późnym wieku, boi się bycia starym, czyli piernikiem. "Pierre" - początek słowa "piernik" - to jego imię po francusku. Jagody to ja - "ego" i "gody" - symbol tego, że chce być facetem w formie. To moja domowa, chałupnicza psychoanaliza.

Piotr jest terapeutą. Nie robi Pani domowej terapii?

Pokusa jest. Ale dentysta sam sobie zęba nie wyleczy, a rodzina terapeuty to jak własne zęby dentysty. Czasem żartujemy: "Czy chcesz o tym porozmawiać?" i oboje wiemy, co jest grane. Ale Piotr widzi pewne rzeczy głębiej. Nie wyobrażam sobie dziś, że mógłby mieć inny zawód. Gdybyśmy byli bardziej uważni na własne emocje, to miasta zakorkowałyby się od karetek pogotowia psychologicznego wzywanych przy każdym emocjonalnym wypadku.

A Pani wzywa taką pomoc?

Mam "terapię" na pół etatu w domu.

Piotr z łatwością z partnera wciela się w rolę terapeuty i odwrotnie?

On daje mi natchnienie. Nie, nie jest muzą męską, jakimś "muzoleum". Unosi mnie w zwykłych sprawach centymetr nad ziemią, bo ja często nie dorastam do życia. Staram się dorosnąć do mojej córki i być zrównoważona, kochająca, ale nie zawsze mi się udaje. Nie miałam w życiu dobrych ćwiczeń z miłości. To moje pierwsze dziecko, Piotr to też jakby mój pierwszy prawdziwy partner.

Drugiego dziecka nie będzie?

Na własne życzenie nie. Wymodliłam sobie menopauzę i już jestem po. Po hormonalnej kobiecości. W czterdzieste urodziny zapakowałam podpaski, zawiązałam paczuszkę na kokardkę i bardzo poprosiłam Pana Boga o menopauzę. Powiedziałam Bogu: "Nie jestem w stanie wychować drugiego dziecka". Miałam dość PMS-ów, antykoncepcji, co miesiąc zwijania się z bólu i trucia prochami.

A jak to jest z Pani feminizmem. Jest Pani feministką czy nie? Feministki czasem się od Pani odcinają.

A ja odcinam się od szufladki, głupoty, sekciarstwa. Są feministki i są masochistki. W Polsce tych drugich jest więcej. Ale jeśli dbam o swoją godność, w domu nie pozwalam sobą pomiatać mężczyźnie, to jestem feministką. Polacy powołują się często na wartości, przykazania. Mówią: "Bo tak się robi, bo taka jest tradycja", "Bo tak mówi Bóg czy Kościół i takie jest prawo, któremu kobiety muszą podlegać". Z drugiej strony mężczyźni łatwo biorą na swoje usprawiedliwienie stronę zwierzęcą: "Rozumiesz, mężczyzna tak ma, taka jest nasza natura: jesteśmy poligamiczni, agresywni i musisz wybaczyć".

Dlaczego kobiety im na to pozwalają?

Rodzina w Polsce, według sondaży, jest najważniejsza. I wiele kobiet żyje w koszmarnych związkach, byle ten towar luksusowy, mężczyzna, mąż i ojciec naszych dzieci, był z nami. To nie jest tylko strach o prestiż, fasadę. Mężczyźni lepiej zarabiają i po ich odejściu mamy klęskę finansową, nie tylko miłosną. Ale to nie jest tylko wina kobiet, to cały archaiczny dyskryminujący system. Mentalność jest umacniana przez prawo, politykę.

Długo artystka w Pani stawała się politykiem?

W książce mojego ulubionego współczesnego filozofa Kena Wilbera Śmiertelni nieśmiertelni, w której opisał walkę o żonę umierającą na raka, jest coś mądrego: rozwijamy się harmonijnie, gdy to równoczesny rozwój duchowy, psychologiczny, fizyczny i społeczny. Fizyczny to dla mnie tylko jazda na rowerze i "maratony" przy dziecku. Psychiczny też zaniedbuję - mam zaległości, jak choćby ten z terapią. Do społecznego właśnie się zbliżyłam. Chyba nie tylko siwizną. Od Polki do Obywatelki przeszłam ewolucję: od życia własnym pępkiem czy własną ciążą do czegoś, co było mi dalekie - do polityki.

Bunt to za mało? To hasło reklamuje Obywatelkę.

Skandal pisania scen erotycznych zmienił się w opinii innych w skandal zakładania Partii Kobiet, buntowania matek i żon. Przed laty ośmieszano mnie jako wariatkę nimfomankę, której rzuciło się na erotykę. Teraz rzuciło mi się na politykę. A polityka jest groźniejsza, bo dotyka realnej władzy zarezerwowanej dla mężczyzn. Wtedy mówiłam o niezakłamanej swobodzie obyczajowej, dziś o prawnej. Teraz o seksie mówi się łatwiej niż o prawach kobiet.

Czyja to wina?

W polityce mówi się o "sprawach kobiecych", jakby chodziło o ginekologię. Sprowadza się problemy kobiet do aborcji. "Problem kobiecy" odsuwa się dla ważniejszych, poważnych spraw. A my, kobiety, nie jesteśmy w Polsce problemem, tylko rozwiązaniem. Rozwiązaniem problemu demograficznego, bo kobiety decydują, czy urodzą dzieci. Tak trudno nam o partnerstwo w związkach męsko-damskich jak i w polityce.

To się chyba zmienia? Więcej wokół partnerskich małżeństw.

Polak, czy ma podstawówkę, czy jest profesorem, pracuje w domu (sprzątając, zajmując się dzieckiem) tygodniowo o dziesięć godzin mniej od żony, która też pracuje zawodowo. To niezależne od wykształcenia, ale od mentalności.

Patriarchat trzyma się mocno?

Nazywam Polki "szyitkami". Mówią z dumą: "On jest głową, ale ja jestem szyją. I to szyja kieruje". Bzdura! Jesteśmy "szyitkami" jak kobiety w krajach arabskich. One mają zasłonięte ciała, ale dziurę na oczy. My chodzimy w bikini, a oczy zasłaniamy sobie same. Nie chcemy widzieć pewnych rzeczy.

Wolimy cichą frustrację?

Badania mówią, że Polki i Japonki są najbardziej sfrustrowanymi kobietami. W Japonii jest teraz fala zabójstw. Kobiety zabijają mężów, gdy ci przechodzą na emerytury i przesiadują w domu. My jeszcze nie zabijamy mężów, ale zabijamy siebie - domowe harakiri to nasza specjalność. Polki to gejsze Europy.

I ta rola może im odpowiadać?!

Być może Polki nie chcą władzy, bo boją się odpowiedzialności. Zadowalają nas gesty - ozdóbki, kwiaty, obietnice i komplementy. Dzielnie nie chcemy alimentów, zasiłków, godnych praw, równych szans, bo przecież jakoś sobie poradzimy. A, nie daj Boże, nasza odwaga wystraszy mężczyzn i zostaniemy same.

A mężczyznom to odpowiada.

Mężczyźni są słabi. Słabsi od nas. Gdyby byli silni, nie baliby się podzielenia władzą. Zależałoby im na partnerstwie.

Pani partner jest silny?

Terapeuci nie są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, Piotr też nie. Za dużo wiedzą o naturze ludzkiej. Czasem zastanawiam się, czy kocham Piotra, czy jego rozpacz.

Może na tym polega prawdziwa miłość?

Nie wierzę w różowe związki. Może są takie, jeśli ludzie biorą różowe tabletki? My nasz budujemy dzień po dniu. Bywają momenty piękne, ale i ciężkie. Nie mamy ślubu, więc co dzień od nowa potwierdzamy swoje uczuciowe papiery: "Miłosny Ausweis bitte!". Może się mylę, ale sądzę, że to mój ostatni przystanek. Gdyby Piotr odszedł, już bym się nie starała o nowy związek. Zajęłabym się tylko córką. Pomyślałabym: bajkę z mężczyzną i kobietą już odrobiłam. Dziękuję, do widzenia.

Rozmawiała Agnieszka Sztyler

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje