Reklama

Reklama

Przegwizdałabym pół życia

Rok temu została mamą Marysi. Wydoroślała, dojrzała. Już nie ma dawnej Martyny beztroskiej, gotowej do podejmowania ryzyka za wszelką cenę. Dziś wie, że musi być ostrożniejsza, bo dobro córki jest najważniejsze.

Silna, zdecydowana, konkretna. Pewnie odpowiadała na pytania. Nie usłyszałam: "Tego nie pisz" albo "O tym nie będę rozmawiać". Ale nagle nieoczekiwanie rzuciła: "Zastanawiam się, po co ja w ogóle o tym mówię. Będę jeszcze bardziej nielubiana". Kiedy tłumaczę, że ludzie docenią jej szczerość, kręci głową. Jest przekonana, że w mediach lepiej sprzedaje się bajka niż prawda.

Reklama

Widzę, że ogarnęły ją wątpliwości, waha się. "Ale jeśli ten wywiad choć jednej osobie doda odwagi, to może warto", decyduje. Pokazuje mi swój dziennik z ostatniej wyprawy na Antarktydę. Staranne pismo, rysunki, wklejki. I nagle wpis drukowanymi literami: "Chcę mieć drugie dziecko!". Patrzę na nią, uśmiecha się delikatnie: "Przecież byłoby dobrze, gdyby córeczka miała rodzeństwo". Z torby wyciąga zdjęcia Marysi. "Śliczna, prawda? Zobacz, jakie ma ogromne oczy", w jej głosie słyszę dumę. "Do mnie jest kompletnie niepodobna", śmieje się. "Ale za to charakterek ma identyczny jak mamusia. Zawsze postawi na swoim".

Byłam spokojnym dzieckiem

Wręcz ostrożnym - w kałużę nie weszłam, tylko ją ominęłam, po schodach schodziłam krok po kroku, nigdy biegiem. W szkole okazało się, że łatwo wchodzę w rolę lidera. Rok w rok wybierano mnie na gospodynię klasy, przewodniczącą samorządu szkolnego. Zgłaszałam się do konkursów recytatorskich, brałam udział w olimpiadach.

W podstawówce i liceum niemal zawsze miałam świadectwa z czerwonym paskiem, studia skończyłam z wyróżnieniem. Nie mogę powiedzieć, że przyszło mi to bez wysiłku. W pierwszej klasie podstawówki wróciłam ze szkoły, pochwaliłam się, że dostałam czwórkę z klasówki, a tata żartem spytał: "Czemu nie piątkę?". Czy jedno zdanie mogło mieć na mnie aż taki wpływ? Wątpię, raczej zawsze byłam ambitna i do dziś wolę robić coś najlepiej albo wcale.

Wychowałam się w tradycyjnym domu. Pachniało obiadem i ciastem. Tata ciężko pracował, żeby niczego nam nie brakowało, mama zawsze go wspierała i była ze mną. Byłam oczkiem w głowie rodziców, czułam się kochana. Jednak dość szybko zrozumiałam, że chcę żyć inaczej niż oni. Dlatego uciekałam jak najdalej. Jednego dnia budziłam się w Afryce, drugiego w Azji. Rajdy samochodowe, wspinaczki na najwyższe góry, dalekie wyprawy. Jak najwięcej zobaczyć, przeżyć, dotknąć. Zastanawiam się, skąd się wzięło we mnie takie nienasycenie. Na pewno duży wpływ na to miały problemy zdrowotne.

Gdyby nie to...

W liceum miałam pęknięty kręgosłup po wypadku na nartach, potem w wieku 20 lat przeszłam dwie poważne operacje, chemioterapię. Dziś myślę, że gdyby to mnie nie spotkało, pewnie przegwizdałabym pół życia. A tak zrozumiałam, że chcę wykorzystać czas, który został mi dany. Kilka lat temu przeżyłam kolejny groźny wypadek, samochodowy - znów złamany kręgosłup. Ale ja niczym Feniks z popiołów potrafiłam się podnieść.

Dowiedz się więcej na temat: dziecko | Martyna Wojciechowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje