Reklama

Reklama

Renata Dancewicz: Ślub? Nie, dziękuję

Twardo broni swoich poglądów, a te ma bardzo wyraziste. Artystka szczerze odpowiada, dlaczego nigdy nie pójdzie do ołtarza, a od aktorstwa woli... karty.

Oskar Maya: Spektakl "Złodziej", w którym właśnie zaczyna pani grać, to historia kryminalna. Kryminał znów staje się popularny?

Reklama

Renata Dancewicz: - Od dobrych kilku lat obserwujemy renesans tego gatunku, a ja od zawsze byłam fanką klasycznych powieści. Zaczytywałam się w Agacie Christie. Ale bestsellerów nie lubię, dlatego nie czytam np. popularnego dzisiaj Jo Nesbø. Kiedy zaczyna się boom na jakiegoś autora, natychmiast mam odruch wsteczny - wtedy właśnie tego nie czytam.

W książce "Odczarowanie", która jest zbiorem rozmów z aktorami, mówi pani o eksperymentach z narkotykami. Lubi pani bulwersować?

- Dla mnie to nie są bulwersujące rzeczy. To jest raczej problem polskiej hipokryzji, kiedy nasze okno wystawowe zawsze musi być idealne. A życie przecież tak nie wygląda. Nie widzę nic złego w paleniu trawy i innych eksperymentach z narkotykami. Mnie wydaje się to zupełnie normalne. Ale wiadomo, że zawsze znajdą się ludzie, którym się to nie spodoba. Nie mam na to wpływu, więc olewam to kompletnie.

Pisze się o pani "aktorka, feministka, brydżystka". To dobra kolejność?

- Aktorstwo nie jest najważniejsze. Chociaż mam świadomość, że właśnie z tego jestem najbardziej znana. A co jest najważniejsze? Najpierw jestem człowiekiem, a dopiero później kobietą. I rzeczywiście dużo gram w karty (śmiech)...

To wciąga?

- Tak. To jest coś nieprawdopodobnie interesującego. Coś, co naprawdę mnie kręci. Mogłabym poświęcać brydżowi jeszcze więcej czasu. Karty są bardzo rozwijające, również na płaszczyźnie życia towarzyskiego. Gram w brydża na wakacjach, w podróży, przy okazji różnych imprez.

Ile godzin może trwać partia brydża?

- Naprawdę długo. Chociaż ja ostatnio gram głównie w turniejach sportowych, gdzie jedna partia trwa około trzech godzin.

Grała pani kiedyś z Januszem Korwin Mikkem, też znanym brydżystą?

- Przeciwko niemu tak. Dwa albo trzy razy. Z nim w parze nie grałam jeszcze nigdy. On jest lepszy ode mnie. Wciąż jestem aspirantką.

A gdyby pani zaproponował? Czy feministce wypada grać w parze z męskim szowinistą?

- To jest ekscentryczny człowiek. I kompletnie nie zgadzam się z jego poglądami. Jego stosunek do kobiet jest skandaliczny. Ale chyba bym z nim zagrała.

Powiedziałaby mu pani prosto w oczy: "Gra pan świetnie, ale jest pan męską szowinistyczną świnią"?

- Raczej powiedziałabym mu, że jest kosmitą. Widziałam listy wyborcze JKM, na których były kobiety. Pół na pół. Była tam też jego żona. Zastanawia mnie jedno: przecież on ma córki, ma żonę, miał matkę. Jak może coś takiego mówić i później jeść śniadanie ze swoją żoną? Ciekawe, że coś takiego im nie przeszkadza. Może żona traktuje go jak nieszkodliwego dziwaka i tak naprawdę to ona trzyma kasę, decyduje o najważniejszych sprawach? Ale i tak jest to dla mnie bardzo słabe.

Rzadko bywa pani na bankietach i pokazach mody. To świadomy wybór?

- Świadomy. Dla mnie to są nudne i bezsensowne imprezy. Strata czasu. Są te cholerne ścianki, człowiek musi na nich jakoś wyglądać. A później i tak w rubrykach modowych jest zjechany od góry do dołu. Szkoda na to czasu.

Występ w "Tańcu z gwiazdami" stratą czasu nie był?

- Był. Zupełnie niepotrzebnie się tam znalazłam. Szczególnie że nie lubię, gdy ktoś się na mnie gapi. W tym sensie zupełnie nie jestem taką typową aktorką. Kiedy z Marcinem (Olszewskim - przyp. red.) trenowaliśmy, to oczywiście było świetne. Ale ta cała otoczka związana z kamerami tak mnie tremowała, że dzisiaj nie pamiętam żadnego swojego występu.

Jest pani zadowolona z kariery?

- Jestem nietypowa. Świadomie odpuściłam wiele rzeczy. Typowa aktorka chodzi na próbne zdjęcia, zabiega o role. Ja mam w sobie sporą dawkę tumiwisizmu i w ogóle nie chodzę na castingi. Jeśli telefon nie dzwoni, trudno. Ale tak sobie myślę, że jeśli już nie zagram niczego fajnego, mój świat na pewno się nie zawali.

Potrafiłaby pani namówić Marka Kondrata na powrót do aktorstwa?

- (śmiech) Ja na pewno nie. Chociaż wspólnie zagraliśmy trzy razy. Bardzo lubię Marka, jednak w ogóle nie mamy ze sobą kontaktu. Ale przecież sam powiedział, że gdyby dostał zajebistą rolę, na pewno by ją rozważył.

To może "Pułkownik Kwiatkowski 2" by go przekonał?

- Nie sądzę. Zresztą pułkownik został szpiegiem.

Co panią dziś kręci, jeśli nie aktorstwo?

- Rzeczy publicystyczne, trochę polityczne. Chociaż polityką nie chciałabym się zajmować. W Polsce ma wciąż bardzo słabe notowania. Wydaje mi się, że poziom kompromisu, jaki trzeba zawrzeć w polityce, jest tak duży, że to może człowieka sponiewierać.

Szczególnie jeśli wyznaje się kontrowersyjne poglądy, a pani przekonania mogą za takie uchodzić. Jest pani zwolenniczką aborcji.

- A co w tym jest kontrowersyjnego? Nie jesteśmy przecież państwem wyznaniowym. Gdyby w Polsce był szariat, może by mnie publicznie ukamienowano. Ale nie bądźmy świętsi od papieża! Nie może być tak, że w Polsce liczą się tylko słowa biskupów, są przecież jeszcze normalni ludzie. Szczególnie że u nas nie tylko ateiści decydują się na aborcję. Nasz katolicyzm najczęściej przybiera formę cepeliową opartą na symbolach.

To choinki pani też nie lubi?

- Akurat choinka jest bardzo fajna. Chociaż to kolejny symbol zawłaszczony przez katolików, a wywodzący się z pogaństwa.

Rozumiem, że w pani przypadku ślub kościelny nadal nie wchodzi w grę?

- Nie. Nie jest i nigdy nie był mi potrzebny.

Jaki ma pani stosunek do podziału ról w związku, w domu?

- Jeżeli chodzi o rodzicielstwo, to kobiety wciąż najbardziej chcą wykazywać się na tym polu, którym zajmowały się tradycyjnie od wieków. Zawłaszczają sobie tę rolę. Dzieje się tak dlatego, że w Polsce kobiety wciąż o wiele mniej znaczą w życiu publicznym: mniej zarabiają, rzadziej zajmują się polityką, itd. To się zmienia, jednak zdecydowanie zbyt wolno. Dzisiaj na przykład określenie "matka Polka" absolutnie nie brzmi heroicznie, tylko jest jakąś ponurą figurą, postawą dziewiętnastowieczną. Dla mnie to jest symbol koszmarnego poświęcania się. A ja poświęcać się nie lubię i nie chcę. Zresztą mimo równouprawnienia to przecież kobiety nadal wszystko organizują: szukają przedszkola, szkoły, wymyślają dodatkowe zajęcia i zawożą na nie swoje dzieci.

Jak to jest u pani w domu ?

- Jestem egoistką. Ale jednocześnie osobą altruistyczną, bo nie chcę pozbawiać swojego faceta kontaktu z dzieckiem. Kiedy nasz syn Jerzyk miał siedem miesięcy, wyjechałam na dwa tygodnie z przyjaciółką do Tajlandii i chłopcy się jakoś nie pozabijali. Później wyjechałam sobie do Nowego Jorku i też im się udało przetrwać.

Rozumiem, że to był taki test dla pani partnera?

- Nie. Po prostu byłam zmęczona rewolucją spowodowaną macierzyństwem. Chciałam się zwyczajnie wyluzować. Zresztą jeżeli decydujemy się mieć z kimś dziecko, to chyba nie po to, aby później podejrzewać partnera, że nie będzie potrafił się nim zająć!

Wróćmy do pani zawodu. Czy istnieje w nim problem równouprawnienia?

- Oczywiście. W polskim kinie nie ma dla kobiet ciekawych ról. Na przykład w filmie "Bogowie", który jest oczywiście bardzo dobry, żona Religi jest postacią zupełnie symboliczną, jakąś taką Niobe. Nie został poruszony wątek, jak oni sobie radzili z ciągłą rozłąką. Nic na ten temat z tego filmu się nie dowiemy. A przecież nietrudno w historii znaleźć interesujące kobiety, o których można zrobić świetny film.

Pani za to długo walczyła z "łatką" aktorki, której specjalnością są rozbierane sceny.

- Nigdy z tym nie walczyłam, bo w jaki sposób miałabym to robić? W scenariuszu "Pułkownika Kwiatkowskiego" w ogóle miało nie być scen rozbieranych. Kutzowi ten pomysł przyszedł do głowy dopiero na planie. To już nie moja wina, że ta scena stała się potem legendarna (śmiech). Nigdy się nie przejmowałam etykietką symbolu seksu, bo się za taki symbol nie uważam.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje