"Sukces sporo kosztuje"

- Byłam już pewna wyjazdu na drugą Olimpiadę. Jeden z ostatnich treningów, trener poprosił mnie, żebym jeszcze raz spróbowała poprawić figurę i bach! Kolano poszło. Nie mogłam wyprostować kolana, to sąsiadka mi pociągnęła nogę, żeby wyprostować. Takie były czasy - wspomina Zofia Kowalczyk, gimnastyczka, olimpijka z 1952 roku.

Zofia Kowalczyk pochodzi z Krakowa. To właśnie tutaj rozpoczęła się jej sportowa kariera, była reprezentantką dwóch krakowskich klubów - Ogniwa oraz Wawelu.

Reklama

Kowalczyk była wychowanką trener Janiny Skirlińskiej, wybitnej polskiej gimnastyczki i uczestniczki Igrzysk Olimpijskich w Berlinie. Pod jej skrzydłami zdobyła Mistrzostwo Polski w ćwiczeniach na równoważni w 1949 roku, rok później podczas mistrzostw świata zajęła 5 miejsce w wieloboju drużynowo oraz 11 indywidualnie.

Zofia Kowalczyk jest Sędzią gimnastyki i Mistrzem sportu.

Rozmowa z Zofią Kowalczyk

Paweł Nowak: Czym jest zwycięstwo?

Zofia Kowalczyk: - To jest moc, do której każdy z nas dąży. Zadowolenie w środku.

Do czego pani porówna osiągnięcie sukcesu?

- Nie da się, każdy w swoim zawodzie, dąży do czegoś. W sporcie jest podobnie, jedni są pisarzami, inni aktorami, a inni sportowcami.

Sukcesy, medale, puchary, jednak największa wartość jest chyba ukryta w środku.

- Zgadza się. Ludzie tak już mają, że jesteśmy zawzięci, każdy chce pokazać innemu, że jestem lepszy. Jesteśmy „chochlikami”, które chcą pokazać innemu, że to ja wygram i ja będę górą.

Jak wyglądały treningi?

- Na pewno zdecydowanie inaczej niż teraz. Ja skakałam po drzewach, jak nie było hali to trenerzy kazali nam ćwiczyć na „trzepaku”. Ja zawsze byłam wesoła, czasami trenerom to przeszkadzało. Pamiętam, kiedyś trener był na mnie strasznie zły, że zamiast ciężko trenować, to ja się non stop śmieję. Tłumaczyłam mu, że jedno nie wyklucza drugiego. Pojechałam na zawody, wygrałam je i dostałam aparat. Wracam, a trener do mnie: Powiedz, wygrałaś? Jakbyś przegrała to bym Cię wygnał.

Tyle lat Pani uprawiała sport, czego on uczy?

- Teraz w sporcie są ogromne pieniądze, a wtedy sport uczył szacunku. Za moich czasów nie było nic, myśmy nie mieli nic w domu. Jak przywiozłam kiedyś masło z zawodów za granicą, to w domu było święto. Teraz moja córka każe mi wyrzucać dobre rzeczy, ja nie pozwalam. Myśmy po zawodach dostawali „wiatrówki” czerwone w nagrodę, to rozdawałam koleżankom i wszyscy się cieszyli. Nauczyłam się, że trzeba umieć szanować wszystko i nie być zachłannym. Trzeba się cieszyć. 

Bo czasami bywa tak, że …

- Jest gorzej. Jak choćby kontuzja, byłam już pewna wyjazdu na drugą Olimpiadę. Jeden z ostatnich treningów, trener poprosił mnie, żebym jeszcze raz spróbowała poprawić figurę i bach! Kolano poszło. Nie mogłam wyprostować kolana, to sąsiadka mi pociągnęła nogę, żeby wyprostować. Takie były czasy. Później była operacja. 

Ciężko było się z tym faktem pogodzić?

- Płakałam, ryczałam. Dlaczego ja? Nie mogłam sobie tego wytłumaczyć. Dzisiaj, z perspektywy czasu jakoś lepiej.

Ile trzeba oddać i poświęcić? Aby móc osiągnąć sukces.

- Dopóki byłam niezamężna to było ok, ale jak wyszłam za mąż to było bardzo ciężko. Nie widywaliśmy się przez cały rok, treningi, treningi. Mąż, teściowa, rozumieli to, że abym mogła osiągnąć dobry wynik, muszę poświęcić sporo czasu.

W 1952 roku uczestniczyła Pani w Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach, jak Pani je wspomina?

- Wspaniale, non stop płakałam. Wychowałam się w okupacji, jak zobaczyłam Helsinki, to ja czułam się jak w innym świecie. Ciesz się z tego co masz, bo może być gorzej. Rób żeby było lepiej, ale ciesz się z tego co masz.

Odnosiła Pani sukcesy jako sportowiec, ale również jako trener, który sukces lepiej smakował?

- Swój własny więcej, bo był taki… zdobyty własnym potem. Jeździłam po Europie, a gdzie za komuny można było tak podróżować normalnemu człowiekowi, nie było mowy. To był mój taki doping, zobaczyć inny kraj, inne możliwość. Kiedyś jechaliśmy busem do Bułgarii i pękła nam szyba, zasłanialiśmy je jakąś kurtką, pelerynką. Takie były czasy.

Oprócz sportowych emocji, na pewno jest też wiele pozasportowych wspomnień.

- Tak, tak, wiele! Bardzo mnie to cieszyło wtedy i cieszy obecnie. W Paryżu jak byłam, to byliśmy tam miesiąc. W Wigilię zaoferowali nam sznycle, a my jak? Sznycle w wigilię? Ale zjadłyśmy, bo byłyśmy głodne. Sukces sporo kosztuje. Pojechaliśmy do takiej górniczej wioski. Odbywał się tam jakiś turniej bokserski. Trener mówi do zawodnika: Przegraj! A on Ślązak był i powiedział, że nie przegra i wygrał. Tam się Francuzi wściekli, miała być uroczysta kolacja a co było? Zaczęli w nas rzucać kamieniami, to my wszyscy zaczęliśmy uciekać. Mnie udało się coś wziąć ze stołu, bo byłam głodna i biegiem do autokaru. Straszne rzeczy.

Innym razem, byłyśmy na uroczystej kolacji w ambasadzie, z trenerem którego strasznie nie lubiłyśmy. Siedliśmy do kolacji i była taka miska z wodą, nam powiedziano, że w tej miseczce moczy się dłonie. On o tym nie wiedział, my specjalnie mu nie powiedziałyśmy, żeby zrobić mu na złość i on zaczął to łyżką jeść. To go wyzwałyśmy, wszyscy się na niego patrzeli jak na dziwaka. Było takich sytuacji mnóstwo.

Sport to choroba?

- Bardzo! Jak zarazi to nawet operacja nie pomoże!


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje