​Tomasz Raczek: Redaguję świat

Zachwycają go nowe technologie. Zapewnia, że w erze książki elektronicznej nie będzie tęsknił za zapachem farby drukarskiej. Czasy redagowania "Playboy’a" wspomina z sympatią i kojarzy z przełamywaniem tabu. Mówi, że zachwycają go odważne i naturalne kobiety z charakterem, a w swoim partnerze najbardziej ceni te rzeczy, których nikt inny nie umiałby zrobić. "EksMagazyn" przepytuje Tomasza Raczka

"EksMagazyn": Jest pan fanem nowych technologii...

Reklama

Tomasz Raczek: - Tak. Na mojej stronie na Facebooku toczą się ożywione dyskusje, które z przyjemnością wywołuję. Na przykład na temat wyższości książek papierowych nad elektronicznymi. Jedna z pań napisała, że ona zawsze będzie fanką papieru, bo uwielbia zapach farby drukarskiej. Nie przekonuje mnie ten argument. Jestem pewien, że przyszłość należy do elektroniki. A co do farby... Są przecież różnego rodzaju świece zapachowe. Na pewno ktoś wymyśli świecę o zapachu farby drukarskiej, jeśli będzie taka potrzeba (śmiech).

Często sięga pan po papier?

- Coraz rzadziej. Gazet papierowych, takich jak "Gazeta Wyborcza" czy "Rzeczpospolita", nie czytam od lat. Czasami wpadało mi coś w ręce u dentysty, czy gdzieś w poczekalni, brałem to do ręki i myślałem sobie - jakie to jest stare i nieaktualne. Ja przecież o tym, co tu napisane, wiem od wczoraj, z portalu.

Wiele znanych osób zakłada profile na portalach społecznościowych z czysto marketingowego punktu widzenia, bo tak wypada, a potem często nawet tam nie zagląda, bo ktoś za nich prowadzi te strony...

- Po pierwsze ja to robię sam. Wiele razy w życiu byłem redaktorem naczelnym, więc to moje konto na Facebooku to takie trochę pismo, które redaguję. Traktuję to wszystko jak żywą inspirację do życia i do rozmowy. Dziś o ciekawą rozmowę coraz trudniej. Jeśli uda się zebrać grupę ludzi, którzy potrafią werbalizować swoje myśli i poglądy, to już ogromny sukces. Te wirtualne rozmowy wychodzą poza portal społecznościowy, opowiadam znajomym o ciekawej dyskusji, kontynuuję je w jakiś sposób w życiu realnym.

Co sądzi pan o zarzutach, że sieć oddala nas od kontaktów z innymi ludźmi...

- Nie zgadzam się z tym twierdzeniem. Wręcz przeciwnie. Uważam, że dzięki właśnie internetowi mam okazję poznać ludzi, których bez tego narzędzia nigdy bym nie spotkał.
- Kiedyś był w telewizji taki program. Przez wiele lat w niezmienionej postaci. Bardzo dobrze pamiętam jego czołówkę. Brzmiała ona tak: "Tele Echo przedstawia ludzi, których poznać chcecie, których poznać powinniście, a których nie poznalibyście, gdyby nie... Tele Echo". I wydaje mi się, że właśnie Facebook jest takim Tele Echem XXI wieku... (śmiech).

 A co z chamstwem w sieci? Edytować i cenzurować, czy nie?

- Mam duszę redaktora naczelnego. Ja redaguję świat. I żadne takie wolności w sieci do mnie nie przemawiają (śmiech). Redaktor jest od tego, żeby wyrzucać z dyskusji to, co złe, a zostawiać to, co dobre, co posuwa rozmowę do przodu. Dobre, nie znaczy zgodne z moimi poglądami, ale rozsądne i dobrze uargumentowane. Natomiast tzw. wolna amerykanka w sieci jest tylko pożywką dla różnego rodzaju prymitywów.

- W miejscach, gdzie nie ma kontroli, wygrywają wariaci, szaleńcy i chamy. Ale to taka cecha charakterystyczna demokracji - ten, kto krzyczy głośniej, skupia na sobie uwagę. Popatrzmy na PiS, on przecież propaguje marketing strachu i dzięki temu jest popularny.

- Kiedyś rozmawiałem z szefem marketingu firmy Procter & Gamble. Zapytałem go, dlaczego w reklamach pasty do zębów w Polsce stosowany był marketing strachu: "Nie będziesz mył zębów, więc będziesz miał próchnicę i inne straszne rzeczy". On, Francuz, odpowiedział mi wtedy: "Wy, Polacy, lubicie być straszeni". A ja się przeciwko temu buntuję! Nie jestem podatny na strach, chcę logicznych argumentów!

Skąd u pana takie zamiłowanie do nowych technologii?

- Ja jestem dziwny humanista. Jeszcze jako uczeń pisałem olimpiadę humanistyczną, polonistyczną i matematyczną. Papiery składałem na jednocześnie na polonistykę, historię sztuki i informatykę. W czasach szkolnych byłem wychowankiem pani Anny Radziwiłł, osoby nieprzeciętnej, wyjątkowej i niezwykle inteligentnej. I ona miała pewne swoje powiedzonka. Jedno z jej ulubionych brzmiało: "Polonista to nie jest człowiek, który nie zna matematyki. On zna ją świetnie, podobnie, jak chemię, ale wybiera język polski!".

Wróćmy na chwilę do redagowania. Redaguje pan życie, ale my chciałybyśmy zapytać o "Playboy’a"...

- Jak zaczynaliśmy prowadzić "Playboy’a" w Polsce, mieliśmy dość duży problem. Jak utrzymać na rynku magazyn dla mężczyzn, puszczając w nim reklamy produktów dla mężczyzn. Jedyne produkty skierowane do panów, to były papierosy, alkohol i samochody. Przy czym, chwilę później, zabroniono reklamy papierosów, później zakazano reklamy alkoholu i zostały samochody. I chociaż służą one do przemieszczania się, zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że daleko na nich nie zajedziemy.

- Zdecydowaliśmy zatem, że będziemy w piśmie dla mężczyzn reklamować produkty dla kobiet. A ponieważ "Playboy" zawsze był kobietom przyjazny, pokazywał je w piękny sposób i zawsze mówił o nich dobrze, po pewnym czasie okazało się, że 30 proc. czytelników magazynu stanowią właśnie panie. To dzięki nim to pismo przetrwało!

 Rozbierał pan kobiety...

- Osobiście nie (śmiech).

 Jak wybierał pan bohaterki do magazynu?

- Są trzy konwencje, w których pokazuje się kobiety w "Playboy’u". Pierwszy to tzw. dziewczyna z sąsiedztwa. Młoda, ładna, nieznana dziewczyna. Taka, którą czytelnik może sobie wyobrazić, jako swoją sąsiadkę. W tym przypadku chodzi o to, żeby pokazać piękną, pachnącą młodością kobietę.

- Drugi rodzaj kobiet pokazywanych w "Playboy’u" to gwiazdy. I tutaj mniej ważne jest, ile taka kobieta pokaże. Bohaterem nadal jest tu nagość, ale w tym przypadku bardziej chodzi o stworzenie swoistego mini dzieła sztuki.

I trzeci rodzaj kobiet. To modelki. Tutaj jest największy problem, bo "Playboy" pokazuje kobiety kobiece, a modelki, od pewnego czasu, są wieszakami, powiedzmy sobie, mało atrakcyjnymi po rozebraniu. Wówczas zdjęcia robi się w konwencji modowej, częściowo ubranej. Wtedy tej nagości jest najmniej.

 Jak to wyglądało w Polsce?

- Na początku był problem ze wszystkim. Nawet z modelką. Przychodziło na castingi dużo pań, ale zwykle uciekały, bo dochodziły do wniosku, że narzeczony będzie zazdrosny. I ponieważ te castingi nic nie dały, pierwszą kobietę musiałem namawiać sam.

- Pewnego dnia zobaczyłem bardzo ładną dziewczynę, która stała przed wystawą sklepową i przyglądała się jej. Podszedłem więc, zagadałem, że będzie takie nowe pismo dla kobiet, z bardzo ładnymi artystycznymi zdjęciami i tak dalej. I tu już zacząłem mieć szczęście. Okazało się, że dziewczyna wiedziała, czym jest amerykański "Playboy". Podobał jej się. Po drugie, nie wyglądałem na alfonsa. Po trzecie, znała mnie wcześniej z telewizji. I w taki sposób udało mi się znaleźć pierwszą modelkę. Sesja była świetna!

 A jak było z pierwszą gwiazdą?

- Dużo nam odmówiło (śmiech). Na przykład Kasia Figura. Szukanie pierwszej gwiazdy doprowadzało mnie do rozpaczy. Udało się dopiero w trzecim numerze. Pierwszą osobą, która odważyła się pozować do zdjęć w polskim "Playboy’u", była Alicja Resich Modlińska. Pokazała silny charakter i wspaniałą osobowość. Sesja wyszła wspaniale!

Czym różnił się "Playboy" w Polsce od pierwowzoru w Stanach?

- Po pierwsze, w Polsce była i jest duża akceptacja dla małych piersi! Dla naturalności. O wiele większa niż w Stanach Zjednoczonych. Co więcej, u nas często sztuczny biust jest wręcz nieakceptowany! W badaniach mężczyźni mówili często: niech będzie mniejszy, ale niech będzie prawdziwy. A druga rzecz: jesteśmy rasistami. Wydania z czarnoskórymi kobietami zawsze sprzedawały się najsłabiej. Nie wspominając już o Azjatkach! Nie, bo nie. Nie dało się przekonać polskich czytelników do pokazywania kobiet o innym kolorze skóry.

 Czy w momencie, kiedy ujawnił pan, że jest gejem, nie pojawiły się zarzuty: "Jak to, gej? To jak on rozbierał kobiety?"...

- Nie. To znaczy pojawiały się gdzieś na forach różne komentarze, typu: "I jak to, jeszcze on... No niemożliwe...". Ale było to bardziej załamywanie rąk nad wartościami ogólnymi niż zarzuty (śmiech). Natomiast o "Playboy’u" w tamtych czasach nie dało się powiedzieć złego słowa. Był po prostu dobrze prowadzonym i robionym magazynem. Ze smakiem i w dobrym guście. Nie było się do czego przyczepić. Kiedy decydowałem się na bycie redaktorem, starałem się zrobić to najlepiej, jak umiałem.

 Skoro jesteśmy przy kobietach... Nie tylko je pan rozbierał, ale też z nimi rozmawiał. Jak ocenia pan różnicę między rozmówcą - kobietą, a rozmówcą - mężczyzną?

- Mężczyźni są trudniejszymi rozmówcami. Mają dużo słabych stron. W kwestii identyfikacji swojej roli społecznej i podziału ról. Mają problem z widzeniem siebie w sposób podmiotowy. Cały czas realizują się tylko przez to, co muszą zrobić: zarobić pieniądze, utrzymać rodzinę. Nie umieją natomiast robić niczego dla siebie, dla własnej przyjemności.

- Kobiety zaś mają przekonanie wewnętrzne, że są ważne, że są potrzebne. Mają większą motywację do życia. Mamy na przykład kampanię kosmetyków z hasłem "Jestem tego warta...". Nie ma takich kampanii dla mężczyzn. Co najwyżej mówi się w nich: "Twoja dziewczyna będzie z ciebie bardziej zadowolona...". Na okładkach pism dla kobiet są kobiety. Na okładkach pism dla mężczyzn są... kobiety.

- Nie ma magazynów, które byłyby tworzone dla przyjemności panów. Jeśli jest już coś dla mężczyzn to: dekarz, wędkarz, majsterkowicz itp. Nic dla samego siebie, zawsze coś, dzięki czemu możesz się realizować. I właśnie dlatego, z mężczyzny tak naprawdę trudno wyciągnąć to, co mu leży na sercu. Żeby się do tego dostać, w dodatku tak, żeby dany rozmówca nie poczuł się obnażony, trzeba się dużo bardziej postarać, niż kiedy próbuje się namówić na zwierzenia kobietę.

 Jakie kobiety pana fascynują?

- Moi koledzy geje twierdzą, że jestem beznadziejnym gejem (śmiech), ponieważ nie zachowuję się jak gej. Przede wszystkim bardzo lubię kobiety. Bardzo mi się podobają. Uwielbiam ich naturalność. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem operacji plastycznych.

- Nie przepadam za ideałami, bo kochamy głównie te rzeczy, które się nie udały. Jeśli chodzi o fizyczność, na przykład kolor włosów, nie mam żadnego określonego typu. Ważne są oczy. Ta odbijająca się w nich inteligencja, która pozwala na wyobrażenie sobie, że moglibyśmy porozmawiać. I dbałość o siebie. Taka, która nie koniecznie polega na niwelowaniu wpływu wieku na nasz wygląd. Chodzi o zatrzymanie w tym wszystkim naturalności.

 Czy pana partner jest zazdrosny o przyjaciółki?

- Nie. Natomiast wydaje mi się, że on jest jeszcze większym wielbicielem kobiet niż ja (śmiech). On uwielbia kobiety pod kątem twórczym, ciągle je opisuje. Nawet mówię mu czasami, weź, napisz, o jakimś mężczyźnie. Ale nie.

 A jacy mężczyźni zwracają pana uwagę?

- Zawsze szukam jakiegoś kontaktu wzrokowego. Szansy na rozmowę. A jeśli miałbym określić typ faceta, który mi się podoba... Będzie to typ casualowy, ubrany lekko, na sportowo. Broń Boże, nie w żadne szaliki, kapelusiki i kompleciki od Jacykowa (śmiech). Taki facet, z którym można iść do teatru, filharmonii, na basen i popływać żaglówką. I żeby w każdym z tych miejsc, on wiedział, co ze sobą zrobić...

- Nie rozumiem mężczyzn, którzy zbyt dużą wagę przywiązują do, jak to nazywam, przebieranek... Stroją się tak, żeby koszula pasowała do zegarka, zegarek do bransoletki, bransoletka do wisiorka, a wisiorek do sznurówek... No wtedy ręce mi opadają. Ja po pierwsze tak nie umiem, po drugie i tak tego nie zobaczę, bo nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Jak to jest z tymi mężczyznami w Polsce? Umieją o siebie dbać?

- Z tymi, których ja spotykam, jest całkiem nieźle (śmiech). Myślę, że ogólnie jest coraz lepiej. Głównie dzięki kobietom, bo od nich naprawdę dużo zależy. I muszę przyznać, że wolę, żeby ubierały mężczyzn żony, kochanki, czy przyjaciółki, niż mamusie. Bo mamusie, to jak już coś wybiorą... (śmiech).

Jak życie pana i pańskiego partnera zmieniło się po tym, jak ogłosiliście, że jesteście parą?

- Niewiele. Poza tym, że zaczęliśmy dostawać zaproszenia na imprezy na obydwa nazwiska (śmiech).

 Co jest najważniejsze w związku dwojga ludzi?

- Zdolność do ciągłego weryfikowania swoich sądów na temat tego, czym powinno być wspólne życie. Wyrozumiałość. Wewnętrzne przekonanie, że to, co kiedyś sprawiło, że jesteśmy razem, było warte tego wszystkiego. Że to nie polegało tylko na wyglądzie (śmiech). I że wiem lepiej niż inni, dlaczego z nim jestem. A w najtrudniejszych momentach, trzeba mieć zdolność przypominania sobie najlepszych chwil. Oczywiście są sytuacje pozornie bez wyjścia i wtedy te moje mądrości nie mają racji bytu (śmiech).

- Mój związek z Marcinem miał różne etapy, nie żałuję ani jednego dnia. Nawet tego złego. Myślę, że to wszystko było i jest warte, żeby to przeżywać... No i raz na jakiś czas przychodzą takie przyjemne fale zachwytu, kiedy, po wielu latach, okazuje się, że on zrobił jakiś gest, i wtedy myślę sobie: "Nie, no, kurczę, nikt na świecie nie umiałby zrobić czegoś takiego jak on...". 

Rozmawiały: Anna Chodacka, Aneta Zadroga

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.
Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Raczek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje