Urszula: Nie oglądam się za siebie

55-letnia artystka wciąż szaleje na scenie i dotrzymuje kroku nastoletniemu synowi. Ma o 20 lat młodszego faceta. Nam zdradziła, jak radzi sobie z różnicą wieku w swoim związku.

Koniec roku to dla ciebie wyjątkowy czas? Robisz bilans tego, co ci się udało, a czego nie zrobiłaś?

Reklama

Urszula: - Nie, chyba nie. W życiu za dużo nie planuję, nie mam ciśnienia, że wszystko, co sobie założę, musi się spełnić, bo wiem, jakie jest życie. Niejednokrotnie mnie zaskoczyło - mało pozytywnie. Dlatego staram się skupiać na rzeczach dobrych. To jedyny sposób, żeby przetrwać, bo życie nie jest łatwe.

A masz jakieś postanowienia?

 - Co roku mam jedno - rzucić palenie. Niestety, to się nie udaje, co świadczy o słabym charakterze, i to mnie martwi. A przecież śpiewam, a to nie wpływa dobrze na struny głosowe. Oprócz tego mam astmę, więc nie powinnam...

"Konik na biegunach"... Nie masz już trochę dosyć śpiewania tego kawałka?

 - Czasami faktycznie myślę, że może trochę tak. Z drugiej jednak strony gramy w różnych miejscach, dla innych ludzi. W sumie fajnie, że chcą się przy tym bawić i lubią tego słuchać. Chciałam na sylwestra zagrać jeszcze "Niebo dla ciebie", ale gdy powiedziałam o tym Ninie (Terentiew - przyp. red.), usłyszałam: "Ulu, ty nie będziesz mi mówiła, co będziesz grać. Będzie »Konik« i oczywiście »Malinowy król«. I muszą być loki" (śmiech).

Z lokami czy bez zawsze świetnie wyglądasz. Zdradzisz swój sekret?

- To zawsze był dla mnie bardzo trudny temat, bo jak głośno powiedzieć, że w sumie nie robię nic szczególnego (śmiech).

Wiele gwiazd przekonuje, że ma po prostu dobre geny. Ty też?

 - To na pewno. Moja mama ma 88 lat i szczyci się tym, że ma ładną cerę. Niestety, jest za to trochę tęższa. Ja wolałabym być pomarszczona, ale chuda. Raz w życiu byłam grubsza i ważyłam prawie 80 kg, czułam się wtedy strasznie. Syn Piotrek mówił nawet: "Mamo, idziesz na setkę". Także teraz dbam, żeby coś takiego się już nie powtórzyło. Natury jednak nie da się oszukać i czuję już swoje lata.

Szymek, twój młodszy syn, ma 12 lat i trzeba mu dotrzymać kroku.

 - Jest trudno, kiedy trzeba wstawać o 5.15 rano, bo Szymek ma trzy razy w tygodniu poranne treningi na basenie. I chociaż w pozostałe dni jego sekcja trenuje popołudniami, to jednak zajmuje sporo czasu. Pomyślałam więc, że skoro i tak spędzamy z matkami innych zawodników tyle czasu na basenie, dobrze byłoby chociaż poćwiczyć razem, porozciągać się na sali gimnastycznej. Cieszy mnie też, że razem z Szymonem mogę szkolić swój angielski, czy przypomnieć sobie historię. Natomiast absolutnie nie tęsknię za matmą, na szczęście Szymon nie ma z nią problemu.

Drugi raz zostałaś mamą, gdy miałaś 43 lata. Inaczej podeszłaś do macierzyństwa niż przy pierwszym synu?

 - Gdy pojawił się młodszy syn, zrobiłam sobie całkowicie przerwę od śpiewania. Przez trzy lata zajmowałam się dzieckiem i byłam w domu. To był fantastyczny czas. Wiedziałam jednak, że tego potrzebuję. Inaczej było w przypadku Piotrka. Kiedy był mały, wyjechaliśmy do Stanów, on został z babcią w Lublinie. Potem przyjechał do nas i chodził tam do szkoły. Jednak gdy wróciliśmy do Polski, walczyliśmy o wydanie "Białej drogi" i on kolejny raz został wysłany do Lublina. Do tej pory mam wyrzuty sumienia, że w pewnym momencie był niedopilnowany. Mogłam mu poświęcić więcej czasu. Na szczęście wyrósł na fantastycznego człowieka. Lubię mieć go pod ręką i wiedzieć, co się u niego dzieje. Zresztą mieszka teraz dwa domy dalej, u swojej dziewczyny Marty, ale lubię, kiedy wpadną na obiadek czy na wspólny wieczór filmowy. Poza tym mam gigantyczną amerykańską pralkę i suszarkę, więc sama rozumiesz.

Wspomniałaś o "Białej drodze". W przyszłym roku minie równo 20 lat od jej wydania, ale już zaczęliście świętowanie. Właśnie wyszła płyta DVD "Biała droga live. Przystanek Woodstock 2015".

  - Zaczęliśmy to odliczanie już teraz, a wszystko przez Jurka Owsiaka, który powiedział, że materiał na płytę znał już w 1995 roku, więc w sumie to już jest 20 lat. Zaproponował, żebyśmy nagrali DVD u niego na Przystanku Woodstock. Towarzyszyła temu niezwykła atmosfera.

Tworzyłaś te piosenki wspólnie z mężem, który zmarł 14 lat temu. Gdy je śpiewasz, wracają wspomnienia. Nie jest ci trudno?

 - Trochę na pewno tak jest, ale te utwory gramy na co dzień i to nie tylko z "Białej drogi", ale z czterech płyt, które zrobiliśmy razem. Ale rzeczywiście podczas nagrywania DVD czuło się inne emocje...

Jednak z emocjami umiesz sobie radzić. Po śmierci Staszka ułożyłaś sobie życie i spotkałaś Tomka. Jak otworzyć się na nowe uczucie po stracie partnera?

  - Nie umiem radzić. Każdy jest inny, każdy potrzebuje czegoś innego. To, że ja spotkałam nową miłość, nie oznacza, że ktoś inny potrafiłby zrobić to samo. Zresztą wcale tego uczucia nie szukałam. Może miałam szczęście w tym nieszczęściu? Do tego jeszcze dziecko? Przecież ze Stasiem nie mogliśmy mieć więcej dzieci, mieliśmy syna 14-letniego i tyle. A tu nagle zaszłam w ciążę w wieku 42 lat, to wydawało się niemożliwe. Na szczęście przyjmuję życie takie, jakie jest. Nie spekuluję, nie kombinuję. Nie wybiegam za bardzo do przodu i nie oglądam się za siebie.

Jest między wami 20 lat różnicy. Ten temat pojawia się w waszych rozmowach czy w ogóle o tym nie myślicie?

  - Najśmieszniejszy był moment, gdy Szymon zaczął łapać naszą różnicę wieku. Gdy miał 8-9 lat, i chodził do szkoły, zaczął powoli to wszystko kalkulować. Pytał, ile lat jestem starsza od Tomka. Na początku zbywaliśmy go, mówiąc, że kobiet nie pyta się o wiek. W końcu sam sobie obliczył i okazało się, że nie ma z tym problemu. Natomiast zawsze się o tym myśli. Z drugiej strony nigdy nie wiesz, kto pierwszy odejdzie i co się w twoim życiu stanie. Nie ma co się zamartwiać, co będzie potem, bo nigdy tego nie zgadniesz

Rozmawiała: Magdalena Makuch


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje