Reklama

Reklama

Waldemar Malicki: Robiłem za popychadło

W dzieciństwie musiał walczyć o akceptację kolegów. W tym celu... kradł rabarbar i śmiał się sam z siebie. Na niewiele się to zdało. Jak udało mu się przetrwać?

"Urodziłem się w biednym domu, w biednej dzielnicy biednego Lublina, a wychowywali mnie głównie dziadkowie, którzy mieszkali w jeszcze biedniejszej dzielnicy miasta. Sam nie wierzę, że wywodzę się z takiej nędzy", żartuje muzyk.

"Byłem chłopcem łagodnym i wciąż przestraszonym", opowiada. "Pamiętam, jak mnie ktoś zamknął w piwnicy i miałem potem traumę, albo jak mnie dzieci obsypały trocinami, a ja stałem i płakałem. Zapamiętałem też moje potyczki z git-ludźmi. To była lubelska subkultura. Git-ludzie nosili kropki w różnych miejscach twarzy i bili frajerów. I ja oczywiście zajmowałem pozycję frajera", opowiada ze śmiechem.

Reklama

Żeby przekonać do siebie kolegów, uciekał się do różnych metod. "Pomocne okazało się poczucie humoru, bo kiedy sam się z siebie śmiałem, wytrącałem im argumenty z rąk. Była też metoda na rabarbar - podkradałem go sąsiadom z ogródka, żeby zaimponować chłopakom. Dostałem nawet ksywę Postrach Rabarbaru, ale i tak robiłem za frajera i popychadło", opowiada.

W końcu koledzy go jednak zaakceptowali. "Byłem dla nich całkowicie niegroźny, bo nigdy w życiu nie wyrwałem żadnej laski", tłumaczy. Miłością jego życia od najmłodszych lat była muzyka. "Pierwsze, co pamiętam z dzieciństwa, to siedzenie przy pianinie. Miałem wtedy pięć lat".

Miłość do muzyki ma we krwi. "Mój tata był jej nauczycielem, a dziadek grał w orkiestrze dętej na puzonie. Zamówił u mnie kiedyś utwór i gdy go zagrałem, dał mi pieniądze. Chyba właśnie wtedy pojąłem, że z muzyki da się żyć", opowiada Waldemar.

Przez lata uczęszczał do kółka muzycznego, ukończył też szkołę muzyczną dla pracujących. "Edukacja muzyczna trwa 17 lat i przez cały ten czas nawet na chwilę nie pomyślałem, by zrezygnować. Nauczycielem, którego szczególnie zapamiętałem, był Włodzimierz Dębski, ojciec Krzesimira".

Malicki miał zaledwie 17 lat, gdy zagrał pierwszy w życiu koncert z orkiestrą. "To było wielkie wydarzenie, ogromne przeżycie i gigantyczna adrenalina. Na koncert przyszli wszyscy moi znajomi i każdy dał mi kwiatka. Nigdy w życiu nie dostałem aż tylu kwiatów. Więcej dostanę chyba dopiero na pogrzebie", żartuje i puentuje: "Żyję poważnie, ale siebie nie traktuję zbyt serio. Czy dojrzałem? Rodzina i znajomi wciąż na ten moment czekają".

Justyna Kasprzak

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy