Reklama

Reklama

Śpiewające legendy PRL: Gdzie są dziś?

Była kolorowym ptakiem polskiej sceny muzycznej. Piękna, młoda i obdarzona wyjątkowym talentem wokalnym. Kochały ją miliony. Gdy wychodziła na scenę, wzrok wszystkich skierowany był tylko na nią, cała Polska wróżyła jej piękną i długą karierę.

Dziś o Elżbiecie Dmoch, wokalistce zespołu Dwa plus Jeden wiemy niewiele. Samotna i zapomniana wiedzie ubogie życie u boku wiernej fanki. Historia do złudzenia przypominająca losy Violetty Villas raczej nie ma dużych szans na szczęśliwe zakończenie.

Reklama

Urszula Sipińska występowała na estradach całego świata, zdobywając liczne nagrody i wyróżnienia. Obdarzona anielskim głosem i urodą, świetnie wykształcona i inteligentna. Konkurować z nią mogła jedynie Maryla Rodowicz (swoją drogą panie nie darzyły się ponoć szczególną sympatią). Wylansowała mnóstwo hitów i... nagle zniknęła. Dziś ma firmę projektową i pisze książki, ale dla wielu pozostaje piękną blondynką ze szklanego ekranu.

Czarny anioł polskiej sceny, diament wymykający się wszelkim ramom. Gdy wychodziła na scenę, świat stawał w miejscu. Jej możliwości wokalne i niespotykana charyzma do dziś owiane są legendą. Nikt nie wie gdzie jest, co robi i z kim żyje. Wielka dama polskiej sceny - Ewa Demarczyk. Zniknęła. Jak kamień w wodę. Trzy ogromne osobowości, utalentowane wokalistki, prawdziwe gwiazdy, których dziś próżno szukać na scenie. Dlaczego?

„Dokąd idziesz kochanie”


To była miłość od pierwszego wejrzenia. Janusz Kruk, członek zespołu Warszawskie Kuranty, nie zawahał się rzucić dla wokalistki żony i dzieci. Razem mieszkali, pisali piosenki, bywali. Tak zaczęło się wielkie love story Eli i Janusza, które finalnie nie miało jednak szans na happy end.

Wielka miłość i wielka kariera. Zespół Dwa plus Jeden szedł jak burza, lansując takie hity jak "Czerwone słoneczko", "Wstawaj szkoda dnia", czy "Chodź pomaluj mój świat". Muzycy koncertowali w kraju i za granicą. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że Janusz prowadził mocno rozrywkowe życie, a drzwi ich domu były zawsze otwarte.

Podczas trasy koncertowej po Stanach Zjednoczonych w 1990 roku muzyk niespodziewanie zasłabł, a przeprowadzone badania wykazały poważne problemy z sercem.  To był dla niego impuls, by opuścić zespół, ale nikt nie spodziewał się, że zostawi również Elę...

I powiozą mnie windą do nieba

Janusz Kruk ożenił się po raz trzeci, ale z byłą żoną wciąż pozostawał w ciepłych i przyjaznych stosunkach. Duet niezmiennie pojawiał się na scenie i planował nowe projekty, niestety w 1992 roku zawał serca muzyka przekreślił te plany - Elżbieta znowu została sama.

Śmierć byłego męża i przyjaciela była dla piosenkarki ogromnym ciosem. Zaszyła się w domu i przez wiele miesięcy nie pozwalała nikomu zbliżyć się do siebie. Pojawiły się głosy, że przestała o siebie dbać, z domu wychodziła tylko wtedy, gdy musiała, a kariera muzyczna stała się dla niej mglistym wspomnieniem.

Przyjaciele i współpracownicy Elżbiety Dmoch robili wszystko, by przekonać ją do powrotu na scenę. Bezskutecznie. Udało się Marii Szabłowskiej - dziennikarce Polskiego Radia, która pomogła zorganizować koncert wokalistki.  Elżbieta pojawiła się również w programie Szabłowskiej i Krzysztofa Szewczyka "Dozwolone od lat 40", a ciepłe przyjęcie przez słuchaczy sprawiło jej ogromną radość.

Gdy już wszyscy odetchnęli z ulgą, Elżbieta nagle zniknęła. Przestała odbierać telefony od przyjaciół i współpracowników, sprzedała warszawskie mieszkanie na Saskiej Kępie i kupiła dom na wsi pod Warszawą. Od czasu do czasu odwiedza swoją matkę, żyje sama, ale wiadomo, że opiekują się nią jej wierni fani, robią zakupy, pomagają w porządkach.

Przyjaciele wokalistki jednego są pewni - wszystkiemu winna miłość, nieszczęśliwa miłość. Dopóki był Janusz, Elżbieta tworzyła - była piękną i pełną życia kobietą. Gdy ją zostawił, załamała się, ale wciąż mogła liczyć na jego obecność, przyjaźń, wsparcie. Śmierć byłego męża okazała się jednak dla niej zbyt silnym ciosem.

"Za oknami wciąż na pozór ten sam świat I tylko mnie troszeczkę mniej Coś odeszło, coś, co waży mniej niż gram A jednak się nie stało lżej" - śpiewała wokalistka w utworze "Requiem dla mnie samej", wielbiciele jej talentu wiedzą dobrze, co miała na myśli.

„Gdzie ten świat 60 – tych lat ?”

Muzyka towarzyszyła jej od zawsze. Wchodząc w dorosłość, jednocześnie studiowała architekturę i śpiewała w zespole Nurt. W 1967 roku wylansowała w Opolu swój wielki przebój "Zapomniałam" i z dnia na dzień stała się ulubienicą publiczności.

Urszula Sipińska w okamgnieniu dołączyła do grona najpopularniejszych wokalistek w Polsce, koncertowała w kraju i za granicą, była nagradzana na festiwalach w Szwajcarii i na Teneryfie. Przez krótki okres czasu tworzyła z Sewerynem Krajewskim najpiękniejszą parę PRL - u. Kolejne lata przyniosły współpracę z Piotrem Figlem, z którym wylansowała takie hity jak "To był świat w zupełnie starym stylu" oraz "Idziemy ku sobie". W latach siedemdziesiątych nagrała trzy genialne płyty, którymi umocniła swoją pozycję na polskiej scenie.

Na pierwszy rzut oka Sipińska wiodła życie, jakiego mogłaby jej pozazdrościć każda młoda kobieta. Rzeczywistość jednak nie była aż tak kolorowa. Kilka lat temu wokalistka opisała ją w swojej pierwszej książce "Hodowcy lalek", która wzbudziła w środowisku ogromną sensację. Kim są tytułowi hodowcy? Sipińska przyznaje, że na swojej drodze spotkała ich wielu - w biznesie, kulturze, mediach. Może chodzi o dyrektora telewizji, który molestował wokalistkę w okresie jej największej popularności? Może o działaczy kulturalnych, którzy zrobili wiele, by utrudnić jej karierę? Gdyby urodziła się na Zachodzie byłaby prawdopodobnie światową gwiazdą, absurdy PRL- u sprawiły, że musiała zadowolić się szokująco niskimi gażami oraz wiecznymi porównaniami ze swoją największą muzyczną rywalką - Marylą Rodowicz.

Wokalistki po dziś dzień nie szczędzą sobie złośliwości, ale początki owianego legendą konfliktu sięgają lat siedemdziesiątych. Maryla Rodowicz wypomina Sipińskiej kradzież nut do piosenki "Jadą wozy kolorowe" podczas festiwalu w Opolu w 1970 roku. Maryla śpiewała bez orkiestry, a złośliwi śmiali się, że nuty zjadła Urszula.

Siedem lat później podczas kolejnego festiwalowego koncertu widzowie mogli zobaczyć scenę, jaka nawet im się nie śniła. W pierwszym rzędzie śpiewała niczego nieświadoma Sipińska, z tyłu parodiowała ją Maryla, a obie wokalistki przedrzeźniali Młynarski z Koftą.

„Na łąkach snów odpoczywam”

W 1982 roku w Berlinie, podczas trasy po Niemczech, Sipińska uległa ciężkiemu wypadkowi. Złamana noga, roztrzaskane kolano i paraliżująca diagnoza - piosenkarka już nigdy nie będzie w stanie normalnie chodzić. Wokalistka spędziła w łóżku prawie rok, ale to, co miało być niemożliwe, okazało się realne - stanęła na nogi.

W 1981 roku Urszula wróciła na scenę. Nagrała wyjątkowo ciepło przyjętą płytę country pt. "W podróży", a kilka lat później dedykowany rodzicom krążek "Nie zapomniałam". To właśnie z niego pochodzi utwór "Mam cudownych rodziców" do znudzenia grany dziś na weselach. Tą płytą artystka pożegnała się z estradą, ale w 1992 roku nagrała jeszcze krążek z kolędami zatytułowany "Białe święta".

Urszula Sipińska od 30 lat jest żoną Jerzego Konrada, również muzyka. Nie mają dzieci, wspólnie prowadzą firmę architektoniczną, nie myślą o powrocie na scenę. Wokalistka wydała w 2010 roku drugą książkę zatytułowaną "Gdybym była aniołem. Historie prawdziwe, dziwne, śmieszne" zawierającą anegdoty i historie, które nie znalazły swojego miejsca w pierwszej książce piosenkarki. Zaskakujące fakty, które ujrzały światło dzienne sprawiły, że fani artystki zaczęli rozumieć jej decyzję o zakończeniu kariery. Czy Sipińska powiedziała już wszystko?

"Gdzie ten świat utracony, gdzie ten świat, świat szalony, dziwny świat wspaniałych sześćdziesiątych lat, zapamiętania wart?" - wokalistka wiele lat temu zapowiedziała, że zniknie z estrady, gdy skończy 40 lat, słowa dotrzymała.

„Czerwonym blaskiem otoczona”

Koncertowała w Europie, Stanach Zjednoczonych i Ameryce Południowej, gościła ją słynna Olympia i nie mniej prestiżowa Carnegie Hall. Nazywana Czarnym Aniołem polskiej sceny, obdarzona niebywałym talentem i osobowością. Ewa Demarczyk swoją karierę zaczynała na krakowskich scenach, przez wiele lat związana była z Piwnicą pod Baranami.

W 1963 roku Demarczyk wystąpiła podczas Festiwalu w Opolu zdobywając główną nagrodę oraz przychylność krytyków i ogromną sympatię widzów. W tym momencie jej kariera nabrała niewyobrażalnego rozpędu - wokalistka koncertowała i nagrywała płyty studiując jednocześnie w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie.

Repertuar Demarczyk nie należał do najłatwiejszych. Wokalistka sięgała po utwory Białoszewskiego, czy Leśmiana, a jej pełne pasji, ale również mroku, interpretacje zmuszały widza, by skupił się na każdym wyśpiewanym przez nią słowie.

Po dziesięciu latach współpracy artystka odeszła z Piwnicy Pod Baranami, by w 1986 roku otworzyć w Krakowie Państwowy Teatr Muzyki i Poezji - Teatr Ewy Demarczyk.

„Przychodzimy odchodzimy”

W 1999 roku miasto postanawia odebrać teatr artystce. Urzędnicy wyliczyli skrupulatnie, że w ciągu ostatnich kilku lat dał on zaledwie 12 przedstawień, repertuar nie jest odświeżany, a pieniądze brane rokrocznie z miejskiej kasy nie są adekwatne do misji, jaką teatr miał pełnić w Krakowie. Miasto proponuje Demarczyk połączenie z Teatrem Ludowym w Nowej Hucie, ta jednak kategorycznie odmawia.

Rozgoryczenie artystki jest ogromne. Zarzuca swojemu rodzinnemu miastu, że ją wyrzuciło i zapowiada, że nigdy mu tego nie wybaczy. Ci, którzy nie brali jej słów na poważnie wkrótce przekonają się, w jak wielkim byli błędzie.

Demarczyk zaprzestaje koncertów. Co jakiś czas przypomina muzykom z zespołu, by nie przestawali ćwiczyć, przecież jeszcze wystąpią, są to jednak tylko słowa. Od 15 lat wokalistka nie pojawiła się na scenie, nie odebrała również "Fryderyka" za całokształt twórczości.

Demarczyk ma mieszkanie po matce w centrum Krakowa, ale od lat nikt jej w nim nie widział. Ma również duży dom w Wieliczce, sąsiedzi przyznają jednak, że już nie pamiętają, kiedy była tu ostatni raz. Od czasu do czasu pojawiają się plotki, że mieszka w Paryżu, gdzie prowadzi cieszące się popularnością warsztaty wokalne, nikt tego jednak nie potwierdza.

"Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca Z panną, madonną, legendą tych lat Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca Świat, co w ramiona ci wpadł". Panna, Madonna, legenda tych lat, nazywana Czarnym Aniołem Demarczyk po dziś dzień nie doczekała się godnej następczyni, czy w ogóle jest to jeszcze możliwe?

Gabriela Kurcz


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje