Reklama

Reklama

Ostatni niezadeptany kawałek Islandii

Niecałe 100 lat temu część Islandczyków nadal mieszkała w domach z torfu i kamieni, a dziś ich kraj przoduje niemal we wszystkich światowych rankingach. Wyspa kusi podróżników pięknymi krajobrazami i obietnicą przeżycia czegoś niezwykłego. Niestety, boom turystyczny obdarł ją w dużej mierze z dzikości i tajemniczości. Zostało niewiele miejsc, w których możemy zobaczyć starą twarz Islandii.

Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak w swojej książce "Zostanie tylko wiatr" zabierają nas w podróż po Fiordach Zachodnich oraz półwyspie Hornstrandir - ostatnim niezadeptanym i tajemniczym skrawku Islandii. Czy zdoła się on oprzeć masowej turystyce?

Iwona Wcisło, Interia: Dla wielu osób Islandia jest wymarzonym kierunkiem podróżniczym. Na czym polega jej fenomen?

Berenika Lenard: - Na pewno nie na niskich cenach, ponieważ jest to teraz najdroższy kraj w Europie, zaraz obok Szwajcarii. Myślę, że Islandia ma po prostu PR na wysokim poziomie. Islandczycy są rewelacyjni w robieniu marketingu i sprzedawaniu czegoś, co podejrzewam, w innych krajach by się wcale nie sprzedało. Możemy tam kupić wyobrażenia, a nawet powietrze w puszkach! 

Reklama

- Nie bez znaczenia jest też zróżnicowanie krajobrazu: Islandia jest po prostu przepiękna. Podczas pobytu na wyspie, zwłaszcza pierwszego, zachwyty towarzyszą nam dosłownie na każdym kroku.  Na niewielkiej przestrzeni możemy zobaczyć niemal wszystko. 

Piotr Mikołajczak: - Krajobrazy księżycowe, Himalaje, Arizonę, czerwone piaski, czarne piaski, złote piaski czy pola lawowe. Nie bez powodu Islandię nazywa się krainą lodu i ognia.

B.L.: - Wyspa ta pociąga przede wszystkim ludzi, którzy są zmęczeni codziennością. Żyją w dużych miastach i na co dzień funkcjonują w szybkim tempie. Islandia zaś kojarzy się ze spokojem i możliwością wyciszenia się. Dla mnie to był główny powód wyjazdu z Krakowa, w którym byłam już bardzo zmęczona. To świetne miejsce, żeby odpocząć.

P.M.: ...i poczuć pewien rodzaj wolności, który jest niedostępny w miejscach o dużym zaludnieniu. 

Na co najczęściej narzekają turyści na Islandii? Czy jest to pogoda?

B.L.: - Niekoniecznie, ponieważ pogodę też można dobrze sprzedać! (śmiech) Jej zmienność ma dla turystów swój urok. Na przykład cieszy ich, kiedy nie mogą napić się wody z butelki, bo wieje tak silny wiatr. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to kraj dla miękkich ludzi.

- Spotkamy oczywiście turystów, którzy oczekują, że to pogoda dostosuje się do nich i mają pretensje, że wycieczka została odwołana z powodu sztormu, a oni przecież zaplanowali ją sobie pół roku wcześniej. Na szczęście nie wszyscy mają takie nastawienie.

P.M.: - Najbardziej znane powiedzenie o Islandii mówi, że jeśli nie podoba ci się pogoda, to poczekaj pięć minut. Inne, że na Islandii nie ma złej pogody - są tylko złe ubrania. To prawda, jak prawie na całej północy. Na wyspie możemy doświadczyć wszystkich pór roku w ciągu jednego dnia - nawet takich, o istnieniu których nie mieliśmy pojęcia.

B.L.: - Ale turyści oczywiście narzekają, i to z wielu powodów. Przede wszystkim na ceny, które są bardzo wysokie. Na to, że południe jest zatłoczone - co jednak nie do końca jest prawdą. Wystarczy porównać ten rejon chociażby z Krakowem. Pod względem ilości turystów to są dwa różne światy. 

- Warto zwrócić uwagę na jedną rzecz: Islandię sprzedaje się jako surową, magiczną i zawsze pustą przestrzeń. A ona nie do końca tak wygląda. Na miejscu zobaczymy autokary pełne ludzi i tłumy przy największych atrakcjach. Trzeba mieć naprawdę sporo szczęścia, by sfotografować najsłynniejsze wodospady bez ludzi w kadrze. Albo wybrać się tam o trzeciej nad ranem.

P.M.: - My tak właśnie robiliśmy, organizując sobie wycieczki podczas białych nocy, żeby uniknąć tłumów.

Islandia to nie tylko kierunek podróżniczy, ale dla wielu Polaków miejsce do życia. Jesteśmy tam najliczniejszą mniejszością narodową. Co powoduje, że tylu naszych rodaków emigruje na wyspę?

B.L.: - Nie wiem, czy obecnie są to względy ekonomiczne. Jeśli porównamy podstawowe zarobki z tym, ile się wydaje na miejscu, to chyba korzystniej wypada Norwegia. A także inne kraje, które dodatkowo są "łatwiejsze w obsłudze". Mam tu na myśli np. zakupy - na Islandię niemal wszystko trzeba sprowadzać. 

P.M.: - I właśnie między innymi dlatego ceny są tam tak wysokie. Ale mam wrażenie, że nam  - Polakom, jest na Islandii łatwiej, ponieważ jest nas tam wielu i bez problemu możemy znaleźć pomoc. Naszych rodaków spotkamy wszędzie, choć najwięcej w sektorze usługowym, w którym przodujemy. 

B.L.: - Islandia jest bezpieczna. Nie ma tu też takich restrykcji, jak w Norwegii, jeśli chodzi o Barnevernet. Islandia nie jest ekstremalna w rodzicielskich kwestiach. Na wyspie łatwiej jest znaleźć pracę, niż w krajach, w których jest większa konkurencja. W Polsce są wsie, które niemal w całości wyjechały na Islandię, bo rodziny zaczęły się nawzajem sprowadzać.


Jak jesteśmy postrzegani na Islandii?

P.M.: - Coraz lepiej. Polacy, zaraz obok Islandczyków, zwłaszcza tych starszych, są najbardziej cenionymi pracownikami. Nasze wcześniejsze role przejmują teraz inne nacje ze wschodniej Europy. My zadomowiliśmy się na Islandii i jesteśmy jej częścią, chociaż, co oczywiste, nigdy nie będziemy stamtąd. Może w następnym pokoleniu.

B.L.: - Mam wrażenie, że Islandczycy dużo się uczą od Polaków. Islandzka policja dowiedziała się, na przykład, że istnieje coś takiego, jak kradzież (śmiech). Sami padliśmy ofiarą tego przestępstwa, a nie było nas w domu zaledwie trzy godziny. Jeden ze skradzionych komputerów odnalazł się pod Warszawą. Ale sami Islandczycy też kradną. Zwłaszcza narkomani nie mają przed tym najmniejszych oporów.

- A bardziej na poważnie, to Polacy uczą Islandczyków, jak należy pracować. Mamy zdolnych i pracowitych ludzi, którzy wręcz stawiają firmy na nogi: redukują zbędne koszty, reorganizują pracę, starają się, żeby wszystko było w jak najlepszym porządku. Zależy nam, bo jesteśmy imigrantami.

P.M.: - Jeśli ktoś bierze nadgodziny, to na ogół jest to Polak. Jesteśmy chętni do pracy, ale to logiczne, bo większość z nas przyjeżdża na wyspę w celach zarobkowych.

W waszej książce "Zostanie tylko wiatr" pojawia się stwierdzenie, że większość turystów przyjeżdża na Islandię, by objechać ją dookoła, zaledwie 10 proc. wjeżdża na Fiordy Zachodnie, a jedynie ułamek procenta dociera na półwysep Hornstrandir. Nie mieliście obaw, że książka przyczyni się do jego zadeptania?

P.M.: - Bardzo się baliśmy. Taka sytuacja miała bowiem miejsce w Djúpavíku po publikacji naszej pierwszej książki "Szepty kamieni". Podobno do starej przetwórni śledzi ściągnęła ona więcej Polaków niż film "Justice League", który był tam kręcony. Okazuje się, że ludzie przyjeżdżają tam z naszą książką i proszą o autografy jej bohaterów. Mieliśmy obawy, że teraz Hornstrandir będzie przeżywał podobny najazd.

B.L.: - Nie wiemy jednak, czy jest to w ogóle możliwe. Bo o ile dotarcie do Djúpavíku jest bezproblemowe, to dostanie się na Hornstrandir nie jest już takie łatwe. Mamy tylko dwie opcje: wyprawę łodzią albo bardzo długi trekking drogą lądową. W pierwszym przypadku trzeba mieć sporo pieniędzy, a w drugim duże doświadczenie. Ostatnio ceny rejsów znacznie poszły w górę i aby się dostać z Ísafjörður do Hornviku, musimy zapłacić około 17 000 koron. Koszt podróży w obie strony wynosi zatem około 1 100 zł za osobę. To spora suma.

Czy nie ma jednak zagrożenia, że wraz z rozwojem infrastruktury turystycznej w tym regionie, dostęp na półwysep będzie łatwiejszy?

B.L.: - Jeśli chodzi o infrastrukturę turystyczną, to w regionie działa firma, która posiada łodzie rejsowe w Ísafjörður. W Hornvik zaczęli budować coś na kształt przystani, a w Kviar mają dom, który wynajmują turystom. Organizują też zjazdy narciarskie. Jest też dom doktora w Hesteyri - najpopularniejsze miejsce na półwyspie Hornstrandir, w którym można napić się kawy. Ale to zupełnie inna historia.

P.M.: - Wielu ludziom się wydaje, że jeśli dotarli do domu doktora, to już zaliczyli wizytę na Hornstrandir. Nic bardziej błędnego!

B.L.: - W 2019 r. wprowadzono regulacje prawne, które nakładają obowiązek rejestrowania u strażników parku wszystkich dużych grup, które wybierają się na Hornstrandir. Planowany jest również zakaz wpuszczania statków przewożących powyżej 50 osób. Islandczycy starają się regulować masową turystykę w tym regionie, jak tylko mogą. Uważam, że to jest dobra decyzja: nie można oddawać ostatniego kawałka Islandii tylko po to, by zarobić trochę więcej pieniędzy.

P.M.:  - Ale jest też druga strona medalu, o której wspomniał jeden z bohaterów naszej książki: "jeżeli pozwolimy przyjechać turystom, to my też tu zostaniemy". Nie ma nic złego w zarabianiu pieniędzy, ale też nie można wymagać od mieszkańców, żeby zawsze było tam tak, jak kiedyś. To skutkuje zrobieniem sobie z domu skansenu. Oni też muszą się rozwijać, inwestować i żyć.

B.L.: - Wydaje mi się, że półwysep oprze się masowej turystyce - to jest zbyt trudny teren. 

Nawet dla samych Islandczyków. W książce wspomnieliście, że łatwiej im polecieć do Anglii czy USA, niż wybrać się na Hornstrandir.

B.L.: - Oczywiście! Samochodem z Reykjaviku do Ísafjörður jedzie się 5-6 godzin, a potem czeka nas długi rejs łodzią, w zależności od tego, gdzie chcemy się dostać. Trzeba bardzo chcieć, a dodatkowo lubić to, że przez większość nocy będziemy spać pod namiotem, pogoda może być zmienna i nie zawsze będzie tak pięknie, jakbyśmy chcieli. 

Jeden z bohaterów, Óli, powiedział, że jeszcze tylko na Hornstrandir można zobaczyć twarz starej Islandii. Co na was zrobiło tam największe wrażenie?

P.M.: - Na Islandii jest ogromny spokój, a na Hornstrandir nabiera on wręcz monstrualnego wymiaru. Ziemia tam zupełnie inaczej pulsuje. Kiedy położysz się na niej na chwilę, może się okazać, że przeleżysz kilka godzin - taki tam jest spokój. Na półwyspie zderzymy się z pewnym rodzajem melancholii, który widać w opuszczonych budynkach - bazie wojskowej, stacji wielorybniczej czy latarni morskiej. Choć ta ostatnia nie jest taka do końca opuszczona.

B.L.: - Na Hornstrandir jest pewien rodzaj starej energii. W ogóle rejon ten odróżnia się od pozostałej części Islandii, ma w sobie coś z Grenlandii.


Wiele lat izolacji oraz duża zależność od natury i zjawisk pogodowych musiały wpłynąć na Islandczyków. Jacy oni są? Czy widać duże różnice pomiędzy pokoleniami?

B.L.: - Uważam, że Islandczycy są twardzi - zwłaszcza starsze pokolenia. Ludzie ci zostali doświadczeni na wiele sposobów: ich pokolenie było głodne, było zziębnięte, nie mieli infrastruktury, która jest teraz, nie było ciepłych puchowych kurtek.

P.M.: -Tak jak napisaliśmy w pierwszej książce: ludzie czuli się bogaci, kiedy nie byli głodni. A było to stosunkowo niedawno. Cofnijmy się jedynie o jakieś 70 lat, kiedy my byliśmy w okresie powojennym i odbudowywaliśmy swój kraj, a oni wciąż mieszkali w domkach z torfu i kamieni. A chwilę później nastąpił niesamowity rozkwit. Były prezydent Islandii, z którym udało nam się porozmawiać, jest dumny z rozwoju, jaki miał miejsce w tak krótkim czasie - to była praca zaledwie jednego pokolenia!

- Islandczycy różnią się w zależności od tego, gdzie mieszkają: na prowincji czy w stolicy. Też są rasistami, ksenofobami, a jednocześnie potrafią być bardzo otwarci. W Reykjaviku mieszka ponad 200 różnych narodowości, co wymaga bycia tolerancyjnym. Ale są tacy, którzy otwarcie mówią, że to im się nie podoba. Nie podobają im się Polacy i zdarza im się powiedzieć: "wyjazd z mojej wyspy". 

B.L.: - Kiedy coś takiego słyszymy, to mamy jedną odpowiedź: wyobraź sobie, że nagle nie ma całej imigracji. Kto zadba o wasze hotele, na których całkiem sporo zarabiacie? Kto będzie woził waszych turystów, sprzątał pokoje, sprzedawał bilety, naprawiał samochody i łowił ryby? Gdy coś takiego usłyszą, od razu zmienia im się wyraz twarzy. Bez imigracji, a w szczególności bez Polaków, zupełnie inaczej wyglądałby rozwój Islandii.

P.M.:  - Islandczycy są bardzo podobni do Norwegów, ale nie są tacy sztywni. Zawsze mają czas. Według nich wszystko da się zrobić, ale najpierw trzeba się napić kawy i pomyśleć. A Polacy odwrotnie: często najpierw coś robią, a dopiero potem myślą. I nie zawsze jest to tak złe, jak mogłoby się wydawać. 

Z książki wyłonił mi się obraz silnych i niezależnych kobiet, które często samotnie walczą z przeciwnościami losu. Czy takie rzeczywiście są Islandki?

B.L.: - Kobiety w tym kraju są bardzo niezależne. To twarde babki, które wiedzą czego chcą. Islandia to pierwszy kraj na świecie, w którym praktycznie zrównano płace mężczyzn i kobiet. Nie ma tam czegoś takiego, jak typowo męskie zawody. Oczywiście, kobietom jest ciężko pracować na kutrach rybackich, ale tam też je spotkamy.

P.M.: - Islandki jeżdżą wielkimi dżipami, są pilotami, prowadzą autobusy. Słyszałem, że często pracują w budowlance. Ponoć są tak silne, że można je spotkać nawet przy zbrojeniach. Na Islandii nie ma szowinistycznego podejścia do kobiet - traktowane są z szacunkiem. Strajk zorganizowany w 1975 r. przez grupę Czerwone Pończochy pokazał jak ważna jest ich rola. Okazało się, że gdy zabrakło kobiet, bo wzięły sobie dzień wolnego, to nie miał kto zająć się dziećmi, posprzątać czy ugotować. Wiele instytucji, jak szkoły, przestało funkcjonować.

B.L.: - Legenda miejska głosi, że to kobiety na Islandii podrywają mężczyzn, a nie odwrotnie. 

P.M.: - Zgadza się (śmiech).

W "Zostanie tylko wiatr" przewija się wiele historii ludzi, którzy doświadczali lub nadal doświadczają skrajnej samotności, żyjąc na odludziu. Czy nie jest tak, że w całym naszym zabieganiu trochę im zazdrościmy?

P.M.: - Polecam każdemu spędzenie roku na islandzkiej prowincji, żeby się przekonać o jednej rzeczy:  nic nie znaczymy. Żeby spojrzeć na życie z lepszej perspektywy, zobaczyć na co nas stać i poczuć tak naprawdę prawdziwą samotność. 

- Z drugiej strony, czym różni się samotność wdowca, który mieszka w bloku w Krakowie od człowieka, który ma farmę, 400 owiec i mieszka tam sam? Jak oni postrzegają samotność? Pierwszy jest samotny wśród tłumu, a drugi z wyboru.

Jeden z bohaterów książki, Omar Ragnarsson, napisał o pustelniku Gislim: "Mur wyobcowania, którym się otoczył, był tak naprawdę znacznie niższy niż u wielu osób, które żyją blisko w blokach czy na wielkich osiedlach." 

P.M.: - Właśnie o to chodzi. Mam wrażenie, że ta islandzka samotność jest czymś bardziej wartościowym niż ta nasza. Nasza przeraża, bo przeżywamy ją wśród ludzi. Jest jeszcze jedna różnica: Islandczycy lubią sobie pomagać, a my nie.

B.L.: - Wynika to z tego, że jest ich niewielu - muszą się razem trzymać, żeby przetrwać. Jednej z bohaterek naszej książki - Betty, możemy pozazdrościć życia na własnych warunkach. Nie jest to życie najłatwiejsze, ale ma kochającą córkę, a znajomi zawsze sprawdzają, czy wszystko u niej w porządku. My byśmy nie dali rady, zwłaszcza zimą. Ale ludzie powinni żyć w zgodzie z własnymi zasadami.

Rozbawiła mnie informacja, że Islandczycy mają swój Wąchock, czyli Hafnarfjörður.

P.M.: - Tak, choć nie jest to mała wioska, ale duże, jak na islandzkie standardy, miasto. Trzeba zaznaczyć, że pierwszym Wąchockiem było Akureyri. To tam przetłumaczono na język angielski nasze dowcipy o Wąchocku, które mieszkańcy szybko zaadaptowali na swoje potrzeby. Teraz takim miastem jest właśnie Hafnarfjörður. Części tych dowcipów nie zrozumiemy, bo nie znamy kontekstu, ale Islandczyków one bawią.


Jaki plan podróży zaproponowalibyście ludziom, którzy po raz pierwszy wybierają się na Islandię? 

B.L.: - Zdecydowanie polecałabym objazdówkę, ale taką przynajmniej 10-dniową. Mając tyle czasu, możemy się przemieszczać w tempie, które pozwoli nam nie rezygnować z jednych atrakcji na rzecz innych. Ale zależy to też od pory roku. Latem 10-dniowa objazdówka wraz z półwyspem Snæfellsnes będzie dobrym planem. Jeśli mamy 14 dni lub więcej, warto dołożyć Fiordy Zachodnie. Każdemu mówię, żeby spędził tam przynajmniej trzy noce - warto sobie zrobić tę przyjemność.

P.M.: - Islandię dobrze jest zgłębiać pojedynczymi regionami, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma taką możliwość. Jeśli wiemy, że jeszcze tu wrócimy, to fajną sprawą jest ruszenie od razu na Fiordy Zachodnie, aby ominąć popularne atrakcje. Wtedy możemy się miło zaskoczyć. 

B.L.: - Ale największe atrakcje są właśnie na południu wyspy: lodowce, czarne plaże czy baseny geotermalne.

P.M.: - Tylko, że to też jest PR. Atrakcje te robią wrażenie, ale co najwyżej trzy razy - potem zachwyt mija. Fiordy Zachodnie Islandii robią wrażenie za każdym razem.

B.L.: - Najważniejsze jest, aby się nie spieszyć, dać sobie czas i nie robić maratonu po Islandii. Zaliczanie atrakcji to niemal przestępstwo! Warto znaleźć chwilę, by o 10 rano wstąpić na stację benzynową, kiedy siedzi tam pół wsi, pije kawę i czyta gazety. Dobrze jest usiąść z miejscowymi i porozmawiać. Wszyscy mówią tam po angielsku, co bardzo ułatwia komunikację. 

P.M.: - Jeśli ktoś chce wyjechać na Islandię w celach turystycznych, może się do nas odezwać, na pewno pomożemy!

Mój znajomy poradził mi kiedyś, żeby wyjazd wakacyjny na Islandię planować najpóźniej w grudniu. Czy rzeczywiście warto to robić z takim wyprzedzeniem?

B.L.: - To jest bardzo mądra rada! Choć baza noclegowa jest cały czas rozbudowywana, to dobre noclegi są rezerwowane nawet z rocznym wyprzedzeniem. Wiele firm turystycznych rezerwuje je masowo i może się okazać, że w późniejszym terminie nie znajdziemy już fajnego miejsca w przystępnej cenie.

* O książce Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka "Zostanie tylko wiatr" przeczytasz TUTAJ.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL