Reklama

Reklama

Dobre zdjęcie lepsze niż psychoterapia

Choć dzieli je kilkaset kilometrów, mają ze sobą wiele wspólnego. Kasia z Bydgoszczy organizuje wyłącznie kobiece plenery fotograficzne, a Dorota i Zuzanna z Warszawy dzięki sesjom zdjęciowym pomagają kobietom zrozumieć siebie.

W ich towarzystwie można czuć się spokojnie, bezpiecznie. Tu nikt nie skrytykuje, nie wyśmieje, nie powie nic przykrego. Przeciwnie, będą: doping, komplementy, miłe słowa. Bo sesje zdjęciowe z Dorotą i Zuzanną z Photocoaching.pl czy warsztaty z Kasią z bydgoskiej Farbiarni potrafią zdziałać więcej niż żmudna terapia. Choć czasem obnażają słabości, to efekt terapeutyczny jest piorunujący.

Dorota i Zuzanna: Fotografie mają moc

Reklama

Dorota Piekarczyk (44) oraz Zuzanna Pol (43) są przede wszystkim przyjaciółkami. Nie myślały, że stworzą wspólny projekt, bo ich życie zawodowe zbyt się różniło. Zuza zajmowała się fotografią i dziennikarstwem, Dorota, psycholożka - biznesowym coachingiem. O wszystkim zdecydował przypadek. - Potrzebowałam zdjęć na stronę internetową. Piotr, mąż Zuzy, zrobił sesje mnie i mojej wspólniczce. Kiedy zobaczyłam zdjęcia, przeżyłam szok - wspomina Dorota. Zawsze uważała się za sympatyczną osobę. - A na zdjęciach zobaczyłam surową kobietę, no co tu dużo mówić, taką zimną sukę! - śmieje się.

Okazało się, że jej wspólniczka ma podobne odczucia. - Pomyślałam wtedy: to ma moc! Niby nic wielkiego. Stajesz przed fotografem uzbrojona w profesjonalny makijaż i dobre ciuchy, a potem na zdjęciu widzisz wszystkie swoje emocje jak na dłoni, np. brak akceptacji dla siebie. Najpierw, razem z Zuzą, eksperymentalnie zaprosiły do projektu znajomych. Efekty? - Trzy lata temu założyłyśmy Photocoaching. pl - uśmiechają się obie. O swoim projekcie mówią: więcej niż fotografia, więcej niż coaching. Dorota towarzyszy kobietom na sesjach fotograficznych, potem rozmawia z nimi o zdjęciach.

- Te spotkania to zdumienie, zachwyt, ale czasem też łzy. Ogromne emocje. A ja staram się pomóc je zrozumieć, okiełznać - mówi. - Jedna pani wzięła fotografie i wykrzyknęła: "Boże, jaka ja jestem piękna!". Chodziła potem i pokazywała je każdemu. Wcześniej nie widziała tego piękna w sobie - mówi Dorota. Albo pełna ekspresji chłopczyca, zdecydowana, silna. A na zdjęciach? Delikatna, subtelna, niezwykle kobieca. - Po tej sesji zrozumiała, że musi dać szansę tej marzycielce, którą przecież ma w sobie. Że może czasem warto, ot tak, poczytać książkę bez jednoczesnego ćwiczenia mięśni ud, aby nie tracić cennych minut - mówi Dorota.

Często kobiety dostrzegają na zdjęciach rzeczy, których nie chciałyby w sobie widzieć. Na przykład podobieństwo do matki. - Rozmawiamy o tym, analizujemy. Ona sama musi odkryć sedno swojego niezadowolenia, znaleźć rozwiązanie problemu - tłumaczy Dorota. Podczas sesji Zuza wyciąga wielki kufer. W środku dziwne kapelusze, kolorowe pióra, błyszczące suknie. - Rzeczy, których większość z nas nie ma w szafach lub uważa, że jej nie pasują - mówi Zuza. A na sesji? Wszystko dozwolone. Pamiętają klientkę, której spodobała się niebieska cekinowa suknia. Kobieta długo krygowała się, żeby ją włożyć. - Nie sądziła nawet, że w tej seksownej sukni poczuje się tak fantastycznie. Po sesji powiedziała, że kupi sobie podobną - opowiada Dorota. Organizują też sesje nago. Niczego wtedy nie narzucają, jedynie delikatnie podpowiadają.

Klientka sama decyduje, jak wiele odsłoni. Zawsze przed taką sesją pytają, czego w sobie nie lubi. I zwykle, kiedy potem widzi zdjęcia, odkrywa, że jest idealna! Że te jej niby za szerokie biodra świetnie pasują do reszty ciała. - Po sesji kobiety zaczynają inaczej się ubierać. Porzucają młodzieżowe ciuszki, a starają się podkreślać swoją kobiecość. Jedna z klientek powiedziała mi też, że po tym, jak zobaczyła na zdjęciach pewną siebie, piękną kobietę, stała się niepokonana w negocjacjach - mówi Dorota. I dodaje, że coraz bardziej lubi w sobie tę "zimną sukę", którą odkryła podczas pierwszej sesji. 

Kasia: Stawiam na spontaniczność

Farbiarnia, czyli pracownia fotografii, to jej dziecko od początku do końca. Katarzyna Gębarowska (33) śmieje się, że znajomi pukali się w czoło, kiedy trzy lata temu oznajmiła, że zostawia życie w Berlinie i wraca do rodzinnej Bydgoszczy. Postawiła na swoją wielką pasję - fotografię. - Zaczęłam robić zdjęcia jako 11-latka. Biegałam ze starym zenitem taty i fotografowałam koleżanki - mówi. Potem na długo to poszło w odstawkę. Na drugim roku studiów na anglistyce wyjechała za miłością do Berlina. I potem na Cypr w ramach programu wymiany studentów Erasmus. - Tam musiałam zapisać się na jakieś kółko. Wybrałam fotografię. Potem właściwie przez te osiem miesięcy na Cyprze tylko fotografowałam - mówi. Po powrocie spotkała ojca swojej córeczki. To on pchnął ją do złożenia papierów na fotografię do łódzkiej filmówki.

- Nie wierzyłam, że się dostanę. Ale cypryjskie zdjęcia wprawiły wszystkich w zachwyt - mówi. Z małym dzieckiem u piersi krążyła między Łodzią a Berlinem. Wtedy koleżanka powiedziała jej, że w Polsce na założenie firmy można dostać dotację. - To był impuls. Już dawno chciałam coś zmienić. Przyjechałam do Bydgoszczy - mówi. Założyła firmę, ale wciąż nie miała lokalu. Postanowiła zrobić coś dla siebie i pojechała na warsztaty psychologiczne. - To była porażka - wspomina ze śmiechem. - Nic z tego nie wyniosłam, umęczyłam się potwornie - mówi. Ale to właśnie ten wyjazd zaowocował nowym pomysłem: skoro nie ma lokalu na działalność, to może warto zorganizować wyjazdowe warsztaty? - Dałam ogłoszenie w lokalnej gazecie. O 8.00 rano miałam pierwszy telefon, a o 10.00 pełną listę uczestniczek - opowiada.

- Niesamowite, jak kobiety szybko się zaprzyjaźniają, zżywają. Rano po pierwszej nocy, widzę po ich zaspanych oczach, że zdążyły już sobie opowiedzieć całe życie - mówi. Na zajęciach tłumaczy im wszystko od podstaw. Bo okazuje się, że wcześniej wstydziły się zapytać fotografujących mężczyzn, że czegoś nie rozumieją. A jak pytały, to słyszały: "Masz przecież instrukcję". Albo: "I tak nie zrozumiesz". U Kasi nie ma wstydliwych pytań. I najważniejszym elementem pleneru nie jest teoria, a praktyka. - Uczestniczki same są dla siebie stylistkami, a potem fotografkami. 

Rozmawiają, cieszą się z pięknych zdjęć. Starają się, żeby każda z nich wyszła dobrze. To działa jak terapia, pozytywne naładowanie akumulatorów - mówi. Na plenery zapisują się kobiety w każdym wieku. Są nauczycielki, są dyrektorki poważnych firm, są lekarki, bibliotekarki, aktorki, niepracujące matki. - Niektóre przyjeżdżają drugi raz. Na przykład dentystka, która odkryła w sobie pasję stylistki. Projektuje piękne suknie i przywozi je na sesje - Kasia pokazuje zdjęcia kobiety w tiulowych sukniach, która biegnie po lesie, albo pochylona wkłada baletki. Wspomina też 70-letnią aktorkę, która przywiozła na plener całą torbę wymyślnych kapeluszy. Plenery organizuje zwykle w Borach Tucholskich albo nad morzem. Wybiera piękne miejsca, gdzie można zapomnieć o codzienności. - Pamiętam, że na tych moich nieudanych warsztatach psychologicznych zapytałam jedną z uczestniczek, czy przyjechałaby na warsztaty z fotografii. Odpowiedziała, że jak dla niej może być nawet ceramika, byle wyrwać się na kilka dni z domu. I chyba w dużej mierze o to w tym wszystkim chodzi - mówi Kasia.

Katarzyna Świerczyńska

Dowiedz się więcej na temat: fotografia | psychologia | kobieta | Fryzjer

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje