Reklama

Reklama

Odwagi - obalanie mitów o remoncie

Jest wyzwaniem, sporo kosztuje i może zakończyć się spektakularną porażką. Chyba, że podejdziesz do remontu jak do przygody życia i... wyluzujesz! Fragment pochodzi z książki "Mieszkaj po swojemu" autorstwa Kasi Sojki, która obala największe mity o remoncie i ma dla ciebie kilka sprawdzonych trików.

W urządzaniu domu najbardziej cenię u ludzi... odwagę. Odwagę, by wyłamywać się ze schematów, by wyróżniać się z tłumu. Odwagę, by poszukiwać, próbować, przecierać nowe szlaki. Odwagę, by ponosić porażki i nie zniechęcać się nimi. Ale przede wszystkim: odwagę, by być sobą. 

Nasz dom, nasz azyl i schron przed całym złem tego świata: smogiem, świątecznymi promocjami i hordami zombie ma być odbiciem nas samych. Kiedy w listopadzie o 16:00 w nocy przekraczamy jego próg, mają nam się unosić kąciki ust. Dom powinien opowiadać gościom nasze historie (te bardziej przyzwoite, raczej nie z wieczorów panieńskich). Ma pokazywać, co lubią jego mieszkańcy (na przykład piramidy, koty i jazz), a czego nie (na przykład sprzątać). Niestety, spętani całą siecią obaw i uprzedzeń, zamiast tchnąć w tę przestrzeń odrobinę naszego ducha, często wybieramy mieszkanie w miejscu, przepraszam za wyrażenie, neutralnym. 

Reklama

Kiedy na blogu pokazuję różne oryginalne, niesztampowe wnętrza, reakcje są zazwyczaj podobne: czytelnicy podziwiają, zachwycają się każdym detalem, po czym z łezką w oku mówią, że było miło, ale lecą już siekać pietruszkę w swoich nudnych, białych kuchniach, gdzie najbardziej odjechaną rzeczą są pomarańczowe... pomarańcze. 

Skoro tylu osobom podobają się odważnie urządzone wnętrza, dlaczego tak niewiele z nich decyduje się na wniesienie odrobiny szaleństwa do własnych czterech ścian? Jakie przeszkody stoją między tobą a twoim wymarzonym domem? Pytanie o obawy zadałam odbiorcom mojego bloga - oto mity, które najczęściej się powtarzały i z którymi warto się rozprawić.

Remont to wielki kłopot

Istnieje grupa ludzi, która z natury nienawidzi remontowania. Dostaje żółtej febry na widok białego pyłu i woli skręcić staw skokowy niż mebel ze sklepu - znam takie przypadki. Nie rozumiem, ale szanuję (a przynajmniej zgrabnie udaję). Wiem, że ci ludzie nie znajdują przyjemności w procesie i tylko czekają, aż wszystko wróci na miejsce, a oni, siadając z głośnym westchnieniem na kanapie, wzbiją w powietrze poremontowy kurz i złożą obietnicę: "No, Danka, następny remont to dopiero za dwadzieścia lat. Do tego czasu o nic mnie nie proś!". 

Na szczęście nie każda metamorfoza to tajfun i rozpierducha - spektakularne efekty da się nieraz osiągnąć dzięki drobnym przeróbkom. Lub ewentualnie serii drobnych przeróbek. 

Oczywiście są pomieszczenia, których renowacja przysparza więcej problemów i generuje spore koszty. Totalne odnowienie źle urządzonej łazienki czy kuchni nie jest ani proste, ani tanie, ale nadanie świeżego looku tym czterem ścianom jest jak najbardziej wykonalne. Widziałam wiele takich wnętrz, w których dokonano tego w jeden weekend i tym samym oddalono widmo kłopotliwego remontu ciężkiego kalibru. Sporo można osiągnąć samą farbą, przestawieniem mebli czy wymianą dodatków - nie trzeba godzić się na życie we wnętrzach, które nam się nie podobają, tylko dlatego, że nie stać nas na wielki remont połączony z pruciem ścian, wkurzaniem sąsiadów i wymianą wszystkiego, co się nawinie.

***Zobacz także***

Remont dużo kosztuje

To prawda i nieprawda. Na remont można wydać wszystkie oszczędności, zadłużyć się u mafii albo sprzedać organy, ale nikt mnie nie przekona, że nie da się też tego zrobić niskobudżetowo (nie mylić z niskojakościowo). Oczywiście wymaga to czasu i nakładu pracy, ale istnieje kilka zabiegów, które skutecznie obniżają koszty remontu i sprawiają, że nie jest on tak obciążającym finansowo przedsięwzięciem, za jakie często uchodzi. 

Najwięcej oszczędności przynosi staranny dobór materiałów, mebli i dodatków. W serwisie OLX można często znaleźć nadwyżki, które zostały komuś po wykańczaniu domu. Internet jest też nieprzebraną skarbnicą świetnych używanych mebli - większość okazów w moim domu pochodzi właśnie z drugiej ręki. Śmietniki, choć często obstawione przez zorganizowane grupy quasi-przestępcze i okolicznych żulików, to również wspaniałe (i darmowe) źródło starzyzny. Jeśli chodzi o oświetlenie, dodatki, półki itp., gorąco polecam DIY, czyli - mówiąc po słowiańsku - znaną nie od dziś metodę "zrób to sam". 

Dużą oszczędność przynosi także branie robocizny na własne barki, tym bardziej że w tym czasie można spokojnie zawiesić karnet na siłownię. Malowanie, tapetowanie, a nawet układanie płytek czy boazerii są do ogarnięcia przez amatora. A jeszcze lepiej: parę amatorów (choć majaczące podczas tych czynności widmo rozwodu momentami robi się niepokojąco wyraźne).

Mieszkanie trzeba urządzić raz a dobrze

Z urządzaniem mieszkania jest trochę jak z gotowaniem rosołu - oprócz nakładu pracy i dobrych składników potrzebny jest po prostu... czas. Urządzanie to proces, a "proces" wyklucza się z "szybko" - jeśli zetknąłeś się z polskim systemem sądownictwa, doskonale to wiesz. Niektóre decyzje potrzebują namysłu, a podjęte pochopnie - mogą się mścić. I pół biedy, jeśli będą wracać tylko raz na jakiś czas w koszmarach - najprawdopodobniej jednak będziemy się o nie potykać, walić czołem i dostawać drgawek na ich widok każdego dnia. Dom wolno dojrzewający to najlepszy, jaki możemy stworzyć. Owszem, da się wybrać wersję instant i zrobić bulion z kostki, a remont z marszu, ale nie jestem pewna, czy z któregokolwiek będziesz zadowolony. No dobra, jestem: nie będziesz. 

Mieszkanie to nie tylko pudełko na ludzi. To twór, który w każdym momencie powinien być jak najlepiej dopasowany do swoich mieszkańców. Życie się zmienia: zmieniają się nasze potrzeby czy gusta, zmienia się nasz tryb pracy, porządek dnia, skład menażerii i liczba szczoteczek do zębów w łazience. Zmiany są naturalne i dobre, więc byłoby wspaniale, gdyby dom się do nich dostosowywał. Urządzanie to nie wazektomia, nie robi się tego raz na zawsze. 

Czy to znaczy, że zachęcam do mieszkania latami na placu budowy, siedzenia na kartonach, spania na wylewce wśród sterczących kabli i dawania dzieciom do zabawy pustaków i taśmy izolacyjnej? Bynajmniej. Ale jestem zdania, że lepiej urządzić sobie bazę i powoli wykańczać ją zgodnie z własną klauzulą sumienia, niż zrobić wszystko od razu, bez przemyślenia i trochę na odczepne. 

Minął rok i dziś zrobiłbym to inaczej

Ta obawa i mnie długo stopowała przed wzięciem spraw w swoje ręce. Co więcej, wciąż mam ją z tyłu głowy, gdy podejmuję decyzje, planuję, a nawet kiedy już działam. Nie pozbyłam się jej definitywnie, ale przynajmniej przygwoździłam do maty i - wciskając kolano w jej szyję - po prostu nie daję dojść do głosu. 

Nasze rozterki to wina zalewu inspiracji, który zewsząd nas otacza, o czym pisałam wcześniej. Oglądamy piękne, a - co najważniejsze - cudze wnętrza (a chyba nie muszę przypominać, po której stronie płotu trawa wygląda na bardziej zieloną) i z rosnącą niepewnością zaczynamy patrzeć na własne. Nic dziwnego: nasze cztery kąty po jakimś czasie powszednieją, podczas gdy wszystko, co widzimy u innych, nowe i pachnące składem budowlanym, powoduje ślinotok i falę zazdrości. 

Co zatem mi pomogło? Zdałam sobie sprawę, że nie ma jednego dobrego rozwiązania dla danego wnętrza - są ich setki, a nawet dziesiątki, jak mawiają moje dzieci. Jeżeli jednak przemyślałeś swój projekt, na pewno jest on równie dobry, co ten nowy, drażniący cię prosto z łamów modnego miesięcznika. Gonitwa za zmieniającymi się w takim tempie pomysłami nie ma sensu - za kolejny rok, a może miesiąc, znów zrobiłbyś wszystko w całkowicie odmienny sposób. Spróbuj spojrzeć na swój dom oczami innych lub przez obiektyw aparatu - odrobina dystansu i kilka obiektywnych opinii (najlepiej od osób, które nie wiszą ci kasy) mogą pomóc w odzyskaniu wiary w sens pracy, którą już wykonałeś. 

Podsumowując, mówię "tak" wprowadzaniu zmian, ale nie całkowitym zmianom koncepcji - to gonienie króliczka, który nigdy się nie męczy, bo ma te baterie z reklamy. I jest to bardzo nieekologiczne.

Boję się porażki

Każdy ma inną definicję wnętrzarskiej porażki. Dla mnie, a mam w portfolio kilka soczystych przykładów, są to przede wszystkim rozwiązania, które okazały się niefunkcjonalne, nieładne lub źle skomponowane z pozostałymi elementami wnętrza. Potrafi to zepsuć humor jak awaria prądu w wesołym miasteczku - kiedy wkłada się w projekt mnóstwo energii, a efekt końcowy przypomina scenografię Klanu, nietrudno się zrazić do samodzielnego urządzania. 

Może nie jest to najlepsze pocieszenie, na jakie mnie stać, ale powinieneś pamiętać, że pomyłki zdarzają się każdemu. Myślisz, że Sobieski nic nie poprawiał w Wilanowie? Wątpię. Moja rada jest taka, żeby od samego początku sobie na te błędy pozwolić. Korzystanie z rozwiązań obniżających koszty daje swego rodzaju poduszkę powietrzną - wyrzuty sumienia podczas wymiany niefunkcjonalnego mebla będą o wiele mniejsze, jeśli ów mebel pochodził z drugiej ręki i zamiast 750 zł kosztował dziesięć razy mniej.

Boję się, że coś zepsuję i trzeba będzie po mnie poprawiać

Masz pojęcie, po ilu fachowcach trzeba poprawiać? Następne proszę.

Nie umiem dopasować elementów

Mam świetną wiadomość: nie wszystko musi do siebie pasować! Serio, czasy zestawów dawno się skończyły. Ja wiem, były w dziejach Ziemi takie mroczne czasy, kiedy wszystko musiało być z jednego kompletu. Napudrowana peruka miała komponować się z rajtuzami, wzór z adamaszkowej tapety obowiązkowo powtarzał się na tapicerce foteli, a Romeo nie mógł z Julią, bo była z innej parafii. Zresztą jakie peruki, jakie adamaszki, jakie Szekspiry? Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto w podstawówce nie miał szeleszczącego ortalionowego uniformu, od stóp do głów  w jednym kolorze. Albo zestawu mebli żywcem przeniesionego z jednego z nielicznych wówczas sklepów meblowych (U Waldka). No w każdym razie ja miałam. 

Kto chce i lubi, może oczywiście także dziś bawić się w serie i komplety: do pracy biurko Atena, łóżko Atena do spania, a do chowania w skarpetach premii przed współmałżonkiem okazała komoda, również imienniczka greckiej bogini. I choć od pewnego czasu znacznie większą popularnością cieszą się wnętrza eklektyczne i takie, w których każdy element z osobna jest przez właścicieli wyszukany i wybrany, wiele osób wciąż boi się pójść w tym kierunku. Rozumiem ten strach, choć go nie podzielam. 

Dużą pomocą w komponowaniu różnorodnych elementów są wspomniane już moodboardy, ale dobrze być po prostu czujnym i otwartym na inspiracje - oglądać, czytać, wyłapywać dobre połączenia, które ze sobą grają. Przyglądanie się wszystkim i wszystkiemu wkoło bardzo pomaga, serio. 

Mieszkanie musi być ponadczasowe, inaczej nie da się go sprzedać

Największa bzdura, jaką zdarza mi się słyszeć. Pozwól, że upewnię się, czy dobrze rozumiem: lepiej mieszkać w bezpiecznie neutralnym mieszkaniu, bo za kilka lub kilkanaście lat pewna studentka lingwistyki z mamą albo Czesław i Danuta, małżeństwo z trzydziestosześcioletnim stażem, docenią, że nie pomalowałeś ścian na krzykliwe kolory? No, to jest mocne, naprawdę.

Otóż NIE. Aż mi głupio, że muszę to pisać, ale mieszkanie urządzasz dla siebie, nie dla przyszłych kupców, których nie wiadomo nawet kiedy wyglądać - za dwa lata czy może dwadzieścia? Na razie to ty masz się tu czuć dobrze i swobodnie, a opinia agentów nieruchomości i nabywców powinna ci, brutalnie mówiąc, zwisać. Kochasz neonowy róż i nieparzystokopytne? To rozrabiaj już klej, bo na pewno gdzieś czeka na ciebie wybitna tapeta w fuksjowe konie.


Kiedy przyjdzie ci się rozstać z domem (w inny sposób niż licytacja komornicza), możesz zlecić profesjonalny home staging (przygotowanie nieruchomości do sprzedaży lub wynajmu) lub przeprowadzić go samemu. Przemaluj ściany na jasny, niezbyt krzykliwy kolor (może być nawet beż, w końcu już za chwilę nie będziesz tam mieszkać), usuń nadmiar osobistych elementów takich jak zdjęcia, pamiątki, magnesy, pocztówki, posprzątaj, jakbyś miał zaraz gościć Perfekcyjną Panią Domu, zadbaj o przyjemny zapach (swój też, ale jednak głównie lokum). Jednym słowem: zrób wszystko, aby każdy, kto znajdzie się w mieszkaniu, nie tylko się nim zachwycił, lecz także był w stanie wyobrazić sobie siebie i swoją rodzinę w jego wnętrzach.

Fragment pochodzi z książki "Mieszkaj po swojemu" autorstwa Kasi Sojki. Więcej o książce przeczytasz TUTAJ

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje