Reklama

Reklama

Śmierć? O tym woleli nie myśleć

O nieuleczalnej chorobie i śmierci męża, a także o tym, co przeżywa osoba, która codziennie opiekuje się bliskim, który umiera. Rozmowa z Ewą Szawul, autorką książki „Burza w mózgu”.

Od śmierci Wojtka minęło 12 lat. Powiedziałaś mi, że już wcześniej myślałaś o tym, żeby napisać o nim książkę. Dlaczego czekałaś tyle lat?

- To prawda, minęło już sporo czasu. Zaczęłam pisać zaraz po jego odejściu, ale to było wylewanie z siebie żalu, rozpaczy, tęsknoty.  Rodzaj autoterapii, która miała mi pomóc poradzić sobie z bólem. To trwało rok, może dwa. Potem długo nie potrafiłam znaleźć odpowiedniego języka, nie chciałam, żeby to był literacki pomnik. Mniej więcej w okolicach 10 rocznicy śmierci Wojtka zorientowałam się, że o dawnym Wyrwigroszu nie zachowały się w sieci żadne informacje. W latach 90. internet dopiero raczkował, więc po latach nie było również żadnych wzmianek o Wojtku. Kabaret poszedł swoją drogą, wcześniej był bardziej literacki. Myślę, że Wojtek odnalazłby się w dzisiejszym kabarecie, jednak ten stary Wyrwigrosz był na pewno bardziej bliski jego humorystycznemu odczuwaniu świata - zawsze wolał klimat w stylu Monty Pythona.

Reklama

- Miałam jednak świadomość, że dawny Wyrwigrosz zapisał się jedynie w pamięci widzów oraz na paru nagraniach, więc stwierdziłam, że może warto napisać o tym kilka słów. A przede wszystkim napisać o Wojtku, który wówczas współtworzył ten kabaret. Przywołać w pamięci te trudne, ale i piękne czasy, gdy dni artystycznych sukcesów kabaretu  przeplatały się z miesiącami walki Wojtka ze śmiertelną chorobą.

Bałaś się, że o Wojtku nikt już nie będzie pamiętał.

- Tak. Zabrałam się do pisania w momencie, kiedy ciężko zachorował mój tata. Emocje związane z jego chorobą przypomniały mi te, które przeżywałam podczas choroby Wojtka. Jeździłam do rodziców codziennie, zawiesiłam pracę zawodową, bo musiałam im pomagać. I podczas tych podróży zaczęłam nagle pisać  - na brudno, w tramwajach. Po pół roku tata wyzdrowiał, a ja miałam niemal gotową książkę.

Wojtek występował w Wyrwigroszu 6 lat, z czego połowę chorując na nowotwór. Choroba miała wpływ na jego występy?

-  Tak, bo glejak zaatakował ośrodek mowy. Ale Wojtek był uparty, bardzo chciał grać. Był zabawny, miał świetny kontakt z publicznością, więc członkowie kabaretu go cenili i wymyślali różne kruczki, żeby mógł pojawiać się na scenie. Miał na przykład numer "Pan Bajer", w którym niby mówił w języku ugrofińskim, a naprawdę wymyślał własny bełkot, naśladując tylko akcent z tamtych rejonów. Publiczność to kupiła.

- Po pierwszej operacji, która najbardziej uszkodziła ośrodek mowy, zaczęły zdarzać mu się zacięcia, nie był w stanie  wypowiedzieć tego, co miał w pamięci. Więc z czasem coraz mniej mówił, a coraz więcej działał sytuacyjnie na scenie. Koledzy byli naprawdę w porządku, nie  dawali mu odczuć, że obawiają się, czy tym razem sobie poradzi. Myślę, że między innymi dlatego szło mu na scenie tak dobrze.

W książce opisałaś taką sytuację: Wojtek na scenie się zaciął, ale nikt z publiczności tego nie zauważył. Mimo to, po występie jeden z kolegów miał mu to za złe . Często zdarzały się podobne kłótnie?

- Raczej nie, w każdym razie Wojtek mi nigdy o tym nie wspominał. Tamtej byłam świadkiem, myślę, że to była kwestia nerwów. Długo się zastanawiałam, czy wspomnieć o niej w książce, ale wtedy nas to bardzo zabolało, a Wojtek to mocno odchorował. Po operacji Wojtkowi siadło poczucie własnej wartości, bo wiedział, że podczas występów koledzy mogą nie mieć do niego zaufania. Że w każdej chwili może się zaciąć, położyć skecz.

Doszło kiedykolwiek do takiej sytuacji?

- Nigdy. Jeżeli zdarzały się zacięcia koledzy szybko reagowali, byli na to przygotowani. Zwłaszcza Łukasz Rybarski bardzo pomagał Wojtkowi, świetnie improwizował.

Choroba Wojtka dała o sobie znać po jednym z występów - zemdlał i dostał ataku epilepsji. Czy wcześniej pojawiały się sygnały świadczące o tym, że coś jest nie w porządku z jego zdrowiem?

- Zastanawiałam się nad tym, ale chyba nie. Kiedy dostał ataku od razu pomyśleliśmy, że to z przemęczenia - wtedy często wyjeżdżał w trasę. Dużo występował, mało spał, trochę imprezował - jak to po przedstawieniach. Do głowy nikomu nie przyszło, że to może być coś poważnego.

- Być może wcześniej Wojtek też się zacinał, ale on był świetnym gawędziarzem, więc całkiem możliwe, że umiał to ukryć. Poza tym każdemu zdarza się moment zawahania, kiedy nie wie, co powiedzieć albo straci wątek. Z drugiej strony właśnie dlatego ta choroba była dla męża taka bolesna - bo uszkodziła ośrodek mowy, a on słynął z tego, że potrafił zabawić towarzystwo. Zawsze wiedział, co powiedzieć. Dużym osiągnięciem było to, że podczas występów udawało się  kamuflować te braki, nie sądzę, żeby ktoś z publiczności pamiętał jakieś pomyłki Wojtka.

Jak Wojtek zareagował na diagnozę?

- Myślę, że on miał dobry charakter do chorowania - to znaczy nie dopuszczał do siebie negatywnych myśli. Radził sobie z problemami tak, że spychał je gdzieś w głąb świadomości i o nich nie myślał. Na pewno miał takie momenty, że się bał, ale mówił, że nie można się tym zadręczać. My w ogóle niewiele rozmawialiśmy wtedy o przyszłości, o tym, co może się wydarzyć.

W pewnym momencie zaczęliście się nawet starać o dziecko.

-Tak, nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że to wszystko może skończyć się śmiercią. Wierzyliśmy, że pojawi się jakieś lekarstwo, jakaś nowa terapia, która pomoże Wojtkowi wyzdrowieć. Oczywiście ta wiara z każdą kolejną operacją malała.

Ile było tych operacji?

- Cztery. I brachyterapia, czyli bezpośrednie naświetlania chorego obszaru w mózgu. Zrobiono mu małą dziurkę w czaszce i przez nią wpuszczano związki promieniotwórcze, które miały zniszczyć glejaka. Te wszystkie zabiegi na pewno przedłużyły mu życie, chociaż po każdej operacji nowotwór odrastał. Po ostatniej  zrobiło się groźnie, poza tym trzeba było szukać innych metod leczenia, bo nie można było co kilka miesięcy otwierać Wojtkowi głowy. Niewiele jednak było tych "innych metod".

To był glejak wielopostaciowy?

- Tak. Wyjątkowo złośliwy, rozrasta się w każdą stronę, macki wnikają głęboko w tkankę. Żeby się go całkowicie pozbyć, trzeba by usunąć niemal cały mózg.

W książce napisałaś, że Wojtek nie wiedział wszystkiego o swoim stanie zdrowia. Dlaczego podjęliście taką decyzję?

- On był optymistą, myślę, że wolał taki system. Nigdy sam nie szukał żadnych informacji, może raz - po pierwszej wznowie. To był moment, kiedy się trochę załamał, bo po pierwszej operacji bardzo dużo czasu poświęcił na rehabilitację, a kolejna ingerencja mogła zrujnować te wysiłki. Wojtek chciał występować, poza tym musieliśmy mieć za co żyć - moje zarobki były niewielkie. Wiedział, że nie może szukać pracy na własną rękę, bo zdawał sobie sprawę z tego, że nie wszyscy będą mieć do niego tak duże zaufanie, jak ludzie z kabaretu czy z Teatru Ludowego, gdzie także wówczas grywał. Także dlatego tak bał się tej wznowy. 

- Zrozum, nikt z nas nie chciał traktować go jak dziecko, ale tak mi wtedy podpowiadała intuicja. Nie chciałam go okłamywać. Starałam się zrobić wszystko, żeby się nie rozsypał. Czułam, że muszę mu te drastyczne informacje przekazywać w złagodzonej formie.  Zresztą sama nie wiedziałam wszystkiego. Najwięcej wiedział ojciec Wojtka, rozmawiał z lekarzami, dużo czytał, chciał wiedzieć wszystko, nawet, jeśli rokowania były fatalne. Potem mówił to mamie i razem ustalali wersję dla mnie. Rodzice Wojtka wiedzieli, że my się świetnie rozumiemy, więc spodziewali się, że znajdę sposób, by właściwie przekazać to Wojtkowi. Trochę się zapewne obawiali, bo byłam wtedy młoda i trochę przewrażliwiona. Nie wiedzieli, jakiej reakcji mogą się po mnie spodziewać.

Rodzice Wojtka ci pomagali?

- Tak, bardzo się z nimi zżyłam, szczególnie z mamą. Zwłaszcza, że moi rodzice nie bardzo wiedzieli, jak mogą mi pomóc. Nie miałam do nich pretensji, bo oboje byli już wtedy w podeszłym wieku, mama sama chorowała i ojciec się nią opiekował. Ale właściwie nie miałam przystani, miejsca, gdzie mogłam zregenerować siły. Dlatego pomoc rodziców Wojtka była ważna. Stanęli na wysokości zadania - byli po rozwodzie, ale ta choroba bardzo ich zjednoczyła, byli dla siebie oparciem.

Wiedzieli o tym, jaki wpływ choroba Wojtka miała na ciebie?

- Wiedzieli o załamaniu nerwowym. Ale nie jestem pewna, czy zdawali sobie sprawę z tego, w jakim byłam stanie już potem, bo starałam się szybko dojść do siebie. W tym okresie bardzo pomogli mi najbliżsi przyjaciele, o których sporo piszę w książce.

Załamanie nerwowe przeszłaś z dala od domu?

- Tak, byłam wtedy sama. Pojechałam z Wojtkiem na naświetlania do Bydgoszczy, cały dzień spędzałam z nim, a potem wracałam do pustego pokoju w mieszkaniu przyteatralnym. Byłam zmęczona tym trybem życia, przygnębiona samotnością. A na dodatek stan zdrowia Wojtka, zamiast się poprawiać, zaczął się pogarszać. Na początku lekarze powiedzieli mi, że naświetlania nie podziałają inwazyjnie, że powinny zaszkodzić tylko glejakowi i może trochę zaburzyć ośrodek mowy. Ale nie wpłyną na pracę innych części mózgu. Jednak stało się inaczej. Wojtek okazał się bardzo wrażliwy na działanie promieni, stopniowo wyłączało mu się w mózgu coraz więcej funkcji. Zredukował się do pozycji dziecka. Czułam, że muszę być przy nim cały czas, bo przecież nie powie, że mu zimno, że chce mu się pić.  Nie byłam przygotowana na ten regres, zaczęłam wpadać w coraz większą panikę.

- Pewnego dnia nie byłam już w stanie pojechać do szpitala, bałam się wejść do mikrobusu. Potem zaczęłam się bać wychodzenia z mieszkania. Przyjechała do mnie mama Wojtka, potem jego ciocia i obie pomogły nam podczas tych ostatnich dni, a ja wróciłam do domu chyba tylko dzięki temu, że przez resztę pobytu rozmawiałam przez telefon z moją psychoterapeutką.

Chodziłaś na terapię już wcześniej?

- Tak. Nie radziłam sobie z emocjami, płakałam, miewałam stany depresyjne. Poszłam z tym do lekarza, ale przepisał mi tylko środki uspokajające. Ja nie ufam tabletkom, nie chciałam i nie chcę się od nich uzależnić, więc wiedziałam, że muszę sobie inaczej poradzić. Wojtek widział, co się ze mną dzieje, więc polecił mi znajomą psychoterapeutkę, która potem pomagała mi przez kilka lat. Kiedy było u nas bardzo źle z pieniędzmi, robiła to nawet za darmo.

Pod koniec życia Wojtka wspólnie z rodzicami uradziliście, że powinien na kilka dni zamieszkać u mamy. Dlaczego?

- Bo byłam wyczerpana, kilka razy zasłabłam, a wiedziałam, że muszę mieć siły, żeby opiekować się Wojtkiem. Wiem, że było mu tam dobrze, bo wtedy już choroba była tak zaawansowana, że niemal całkiem zamienił się w dziecko i ten dom kojarzył mu się z dzieciństwem. To nie była łatwa decyzja, do dziś mam wyrzuty sumienia, chociaż miał spędzić u mamy tylko kilka dni. Wtedy już dobrze znałam swoje ciało, wiedziałam, że jeśli zignoruję sygnały, które mi wysyła, może dojść do kolejnego załamania. A to w tamtej sytuacji byłoby straszne.

Z domu mamy Wojtek trafił jednak do hospicjum. Wiedział, gdzie jest?

- Tego nie wiem. Pod koniec pobytu u mamy tak "odpłynął", że nie miałam z nim już kontaktu. W hospicjum miał jeszcze przebłyski świadomości, pytał, gdzie jest, myślał, że w szpitalu. Ale tam tylko uśmierza się ból, nie robi się badań, więc powiedziałam mu, że jest w sanatorium. Nie chciałam, żeby wiedział, że jest w hospicjum, że zbliża się koniec.

A ty - kiedy zrozumiałaś, że Wojtek z tego nie wyjdzie?

- Przed Bożym Narodzeniem, kilka miesięcy przed jego śmiercią. Przyjechał wtedy do nas jego lekarz, miał zobaczyć wyniki Wojtka. Podczas wcześniejszych konsultacji zawsze proponował nowe metody leczenia, opowiadał o tym, co jeszcze możemy zrobić. Wtedy powiedział tylko "zobaczymy się za pół roku". Wtedy dotarło do mnie, że te pół roku to ostatnie miesiące, które spędzę z mężem.

Jak dowiedziałaś się o tym, że Wojtek umiera?

- Zadzwoniła do mnie jego mama. Powiedziała, że Wojtek zaczyna odchodzić. To był któryś telefon z taką wiadomością, ale od razu wiedziałam, że tym razem to prawda. Wybiegałam z domu i kiedy byłam 10 minut od hospicjum, zdałam sobie sprawę, że to już się stało. Nie wiem, co to było. Przeczucie? Po prostu podskórnie poczułam, że Wojtka już nie ma.

Nie żałowałaś, że nie było cię przy nim, kiedy umierał?

- Raczej nie. Może to było odgórnie zaplanowane, może Wojtek miał na to jakiś wpływ? On zawsze był w stosunku do mnie bardzo opiekuńczy, więc może wolał odejść przy mamie, która jest odporniejsza psychicznie, niż ja. Może czuł, że to byłoby dla mnie zbyt wiele.

Wojciech Szawul  -  absolwent krakowskiej PWST, w latach 1991-1995 aktor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, w roku 1992 współpracował z Krakowską Fundacją Artystów Teatru w Krakowie. Współpracował z Teatrem im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie oraz z  Teatrem Ludowym w Krakowie. Aktor, artysta kabaretowy, parodysta, a także pomysłodawca i współrealizator imprezy Krakowski Raut Aktorów (9 edycji do roku 2003).

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy