Tam miłość się zdarza. Ale nie wszyscy zajmują się romansami

- Misja uzależnia, i mężczyzn, i kobiety. Każdego dnia można wylecieć na ajdiku, mieszka się w pokojach półtora metra na dwa, na śniadanie, obiad i kolację je się amerykańskie fastfoodowe jedzenie (...). Ale wiele osób jedzie do Afganistanu po raz kolejny i kolejny. Nie wiem, czy to adrenalina, pieniądze, irracjonalna tęsknota za wojną , ale chcemy tam wracać - mówi Magdalena Pilor, autorka książki "Jej Afganistan".

Katarzyna Pruszkowska: W jednym z wywiadów powiedziałaś: "kobieta w wojsku jest takim samym żołnierzem jak mężczyzna, chociaż niektórym ciężko przełknąć taką informację". O kim mówiłaś?

Reklama

Magdalena Pilor: - Zdarzają się dowódcy, którzy starają się udowodnić, że w armii nie ma miejsca dla kobiet, na zasadzie: "Wojsko jest dla mężczyzn. Idź sobie, słoneczko, pracować gdzie indziej". Daje się kobietom zadania, których nie są w stanie wykonać, np. podnieść coś bardzo ciężkiego. Co prawda są też mężczyźni, którzy posturą ciała i siłą nie odbiegają od drobnej kobiety i też by tego nie zrobili, ale to one słyszą: "Co z ciebie za żołnierz, skoro sobie nie radzisz z obowiązkami".

- Oczywiście, są też dowodzący, którzy wiedzą, że służba kobiet w armii ma sens. Podobnie jak oni, tak i kobiety są różne. Jedne doskonale wiedzą, z czym wiąże się praca w wojsku, nie raz potrafią przewyższyć mężczyzn. Ale są i takie, które myślą przede wszystkim o makijażu i tipsach. Bez pomalowanych paznokci i tuszu na rzęsach nie wyobrażają sobie wyjścia do pracy, do jednostki.

A jak na kobiety w armii reagują żołnierze-koledzy?

- Różnie. W bardzo wielu sytuacjach to zależy od kobiety. Jak wspominałam są takie, które swoim zachowaniem doprowadzają chłopaków do szału. Przykład z misji: w bazie jest niewiele czasu na wyładowanie bagaży ze śmigłowca, wszystko dzieje się szybko. Najczęściej robi się to wspólnie, bez patrzenia czyj plecak, czy locker  ma się w ręku - bierze się i kładzie się w wyznaczone miejsce. Zdarzają się panie, które, zamiast pomóc przy rozładunku, stoją, patrzą i czekają, bo "od tego są mężczyźni". Afganistan to nie kurort na Lazurowym  Wybrzeżu, kobiety nie powinny wymagać szczególnego traktowania. Wielu chłopaków to irytuje i czasem może prowokować złośliwe teksty i docinki.

- Działa to też w drugą stronę. Dziewczyny, które wykonują swoje zadania, podobnie jak pozostali żołnierze w kontyngencie, nie zachowują się jak księżniczki, są szanowane. Dodatkowo kobiety na misji często pełnią rolę powiernika. Niektórymi historiami, problemami, zwłaszcza tymi damsko-męskimi żołnierze niechętnie dzielą się z kumplami.  Po pierwsze nie chcą wyjść na mięczaków, po drugie mężczyźni inaczej podchodzą do wielu spraw, a więc na słowa "mam w domu sajgon" mogą usłyszeć: "żona się czepia, pie***l to i tyle", "przejdzie jej".  Kobiety potrafią spojrzeć z innej perspektywy - tej żony czy narzeczonej, która została w kraju. One też nie mają lekko, zostają same z wszystkimi obowiązkami, są matką i ojcem, a po ciężkim dniu w pracy nawet nie mają się komu wygadać, do kogo przytulić.

Kobietom nie zawsze jest łatwo w wojsku, domyślam się, że na misji również. Jak wygląda funkcjonowanie w bazie "żołnierza w spódnicy?

- W bazach kobiety i mężczyźni mieszkają osobno, mają osobne toalety i prysznice. Zero koedukacji i wyjątków, przynajmniej oficjalnie. Zdarzały się jednak sytuacje, że na misję wyjeżdżała para. Nie wolno im było mieszkać razem, choć za kilka miesięcy mieli brać ślub. Wtedy zaczyna się kombinowanie. Najczęściej zakończone przeprowadzką jednej z dziewczyn do innego kampu, gdzie akurat inna kobieta mieszka sama. Miejsce się zwalnia.

- Poza tym życie kobiet i mężczyzn w bazie toczy się podobnie: stołówka i posiłki o określonych godzinach, zakupy na "Złotych Tarasach", czyli kilku sklepikach w centrum FOB-u, siłownia i zabijanie czasu filmami, czy spotkaniami w zaprzyjaźnionym gronie.

- Kobieta, a dokładniej kobiece towarzystwo, w bazie jest atrakcją. Część chłopaków podkreśla, że przy koleżankach mniej chamieją, poruszane tematy też są inne.

Kobiety na misji są atrakcją dla miejscowej ludności?

- Głównie dla mężczyzn. Przyglądają się wszyscy - i ci pracujący w bazach, i pozostali. Dla nich kobieta w spodniach, z odkrytymi włosami i traktowana na równi z mężczyznami jest co najmniej czymś dziwnym. Afganki, które można spotkać na ulicach w prowincji Ghazni, są szczelnie zakryte burką, czyli niebieskim materiałem odkrywającym jedynie dłonie i buty.

Nie jest tak, że obecność kobiet ułatwia kontakty z Afgańczykami?

- I tak, i nie. Z jednej strony obecność kobiet bardzo się przydaje. Zdarzały się wioski, gdzie oprócz małych chłopców nie było mężczyzn. Prawdopodobnie zginęli lub, zanim wjechaliśmy w okolice kalat, uciekli w góry lub do licznych tuneli, które ciągną się pod wieloma afgańskimi miejscowościami. W takich sytuacjach rozmawiały z nami seniorki rodu, które znacznie więcej powiedziały kobiecie, niż obcemu mężczyźnie.

- Z drugiej strony Afganistan to kraj, w którym rządzą mężczyźni. Kobieta w społeczeństwie nie zajmuje wysokiej pozycji i dla wielu tamtejszych panów nie ma znaczenia czy jest Afganką, Polką czy Amerykanką. Stąd niejedną kobietę w mundurze spotkały niemiłe sytuacje np. traktowanie jak żołnierza gorszej kategorii. Najczęściej przejawiało się to totalną ignorancją.

Kobiety mogą też zwrócić uwagę na to, co mężczyźni uznają za nieistotne.  To widać na misjach?

- Tak. Po prostu różnimy się od siebie. Widać to podczas patroli, ale również w codziennym funkcjonowaniu. Kobiety częściej zwrócą uwagę na dziecko bez butów lub na Afganki, które lubią się stroić. Poza domem większość nosi wspomniane burki, wyglądają niemal identycznie. W pomieszczeniach, gdy w pobliżu nie ma mężczyzn, odkrywają twarze. Zawsze są umalowane, na rękach mają wymalowane henną wzory. Te wzory pojawiają się one również na kostkach, no i buty, w ich fasonach dosłownie się prześcigają jedna przed drugą.

Buty?

- Tak. Burka szczelnie zasłania kobiety, nie widać nawet oczu, które skrywane są za gęstą siatką. Odsłonięte są jedynie dłonie i stopy, a dokładniej buty. Na ulicach Ghazni bardzo często można zobaczyć Afganki w butach na koturnach i w szpilkach - bo tylko to mogą pokazać, tylko tym się wyróżnić z tłumu tak samo wyglądających kobiet. Nadal się zastanawiam, jak one sobie radziły: drogi w Afganistanie to często tylko ubita ziemia lub kamienie, a one miały na sobie buty na obcasie wysokim nawet na 10 centymetrów. Stawiały kolejny krok, wcale się przy tym nie chwiejąc.

Kolega, który był w Afganistanie kilka razy, powiedział mi, że od pobytu na misjach można się uzależnić. Też tak myślisz?

- Tak. Misja uzależnia, i mężczyzn, i kobiety. Każdego dnia można wylecieć na ajdku, mieszka się w pokojach półtorej metra na dwa, na śniadanie, obiad i kolację je się amerykańskie fastfoodowe jedzenie, do tego prawie zero czasu w samotności. Ale wiele osób jedzie do Afganistanu po raz kolejny i kolejny. Nie wiem, czy to adrenalina, pieniądze, irracjonalna tęsknota za wojną - ale chcemy tam wracać.

Sama mówisz - "pokoje półtora na dwa". Do czego chcecie wracać?

- Afganistan to przede wszystkim kraj nieprawdopodobnych kontrastów. Noce są albo bardzo jasne, gdy całe niebo wypełnione jest gwiazdami, albo tak ciemne, że można się dobrze się poobijać wpadając na klimatyzator. Są niewielkie pisakowe domy, gliniaste płoty, a zaraz potem kolorowe samochody i domy ze szkła. Bywa cholernie niebezpiecznie i piekielnie nudno. Żyję się, a zaraz można umrzeć.

- Te kontrasty czasem są co najmniej dziwne. Z jednej strony anonimowi terroryści, którzy podkładają ładunki, z drugiej tacy, którzy przysyłają swoje żądania na papierze firmowym.

Żartujesz.

- Nie. To było profesjonalne pismo, miało nawet swój numer i nadrukowaną nazwę organizacji oraz jej pieczątkę. Terroryści pisali, że jeśli adresat nie chce zginąć, musi dostarczyć motocykle, podali konkretną liczbę i wymagania co do marki i modelu.

Kilka miesięcy temu rozmawiałam z Grażyną Jagielską, opowiadała mi o swoim pobycie w klinice psychiatrii i stresu bojowego. Powiedziała, że żołnierze, którzy wrócili z wojny, nie umieją rozmawiać z rodzinami, najlepiej czują się w swoim towarzystwie. Najbezpieczniej.

- Są sprawy, których się nie da wytłumaczyć, o których się trudno rozmawiać z kimś, kto tego nie przeżył. Bliscy żołnierzy, którzy zaliczyli misję, często chcą pomóc, ale nie wiedzą jak, czują się bezradni, bo nie rozumieją co chcemy im przekazać. Powiedziałam, że bywa nudno, ale zdarza się tak, że w wybuchu ginie twój kumpel i musisz go pozbierać, dosłownie. Jak o tym mówić? I czy w ogóle się da?

- Afganistan niesamowicie zbliża ludzi. Czasem naraża się życie dla osoby, którą zna się kilka miesięcy. Ci, co zginęli, mieli swoje plany, swoje rodziny, też chcieli stamtąd wrócić, jak każdy z nas. Ich śmierci nieprawdopodobnie bolą i w nas zostają na długo.

To dlatego po powrocie bywa tak trudno?

- Między innymi. Najpierw jest ekscytacja, chce się o wszystkim opowiadać, pokazywać zdjęcia - a ludzi to interesuje, słuchają. Ale po jakimś czasie się nudzą, mówią: "weź wróć już do życia", "znów ten Afganistan", "o tym już opowiadałaś". A często wielu z nas nadal chętnie mówiłoby po raz kolejny, od początku.

- Po powrocie pojawia się nie tylko tęsknota, ale przede wszystkim radość z małych rzeczy: można ugotować obiad, iść na spacer, włożyć sukienkę, wziąć gorącą kąpiel. Takie drobnostki, które zaczynamy cenić wtedy, kiedy ich brakuje. Z drugiej strony trudno się odnaleźć w codziennym, zwykłym życiu, do tego stopnia, że część żołnierzy rozważała myśl o porzuceniu armii.

Dlaczego?

- Na misji wszystko ma większy sens, praca ma jakiś cel. Tam wykonuje się konkretne zadania, pomaga innym, widzi efekty. W Polsce często wraca się za biurko, do kwitów, wyjazd to często również krok do tyłu w karierze. Obiecany etat przypadł komuś, kto był na miejscu i zabiegał o niego, a doświadczenie w strefie działań wojennych nie zawsze jest argumentem dla dowódców. Dodatkowo od innych żołnierzy słyszy się o "pazerności na kasę".

- Strasznie mnie denerwuje to banalizowanie i generalizowanie, w którym wielu Polaków się specjalizuje - nagle wszyscy są ekspertami, mówią, że żołnierze pojechali do Afganistanu wyłącznie dla pieniędzy. Nie byli na wojnie, nie widzieli bazy, nie byli na patrolu, nie zaliczyli ajdika, a często nawet nie znają  żadnego żołnierza. Zrozumiałabym jakby była to konkretna dyskusja, na argumenty, a niestety sprowadza się to do obrażania pod zapewniającym anonimowość nickiem. Myśląc kategoriami wielu internautów strażak też nie musi jechać do dużego pożaru, ma prawo się bać, a interwencja policyjna może zostać zaniechana, bo funkcjonariusz odmówi polecenia służbowego. Dla mnie i policjant, i strażak, i żołnierz są na służbie.

- Jeżeli chodzi o kwestę pieniędzy, nikt nigdy nie ukrywał, że na misji zarabia się lepiej. Ale, który z Polaków, w tym tych obrażających żołnierzy, nie skorzystałby z możliwości zarobienia większej kwoty, spłaceniu mieszkania o kilka lat wcześniej, czy pomocy dziecku w usamodzielnieniu się. W momencie zaognienia się sytuacji na Ukrainie wielu rodaków doceniło wojsko, dobrze wyszkolonych żołnierzy. Szkoda, że dopiero ryzyko konfliktu zbrojonego jest w stanie wywołać szacunek dla polskiego żołnierza.

Powiedziałaś, że na misji ludzie nieprawdopodobnie szybko się zżywają. Te przyjaźnie trwają po powrocie czy kończą się wraz z końcem misji?

- Ludzie zżywają się bardzo szybko, nic dziwnego, skoro spędza się cały czas razem. Razem jemy, razem jeździmy na patrole, razem siedzimy w bazie, razem korzystamy z łazienek. 24 godziny na dobę. Zawsze mamy o czym gadać. Ale po powrocie wiele z tych znajomości się urywa - ludzie wracają do rodzin, w swoje strony. Są oczywiście takie relacje, które trwają, żołnierze przyjaźnią się tak, że na następny wyjazd chcą jechać razem, mimo, że są z innych jednostek.

Zdarzają się miłości?

- Oczywiście, podobnie jak w Polsce. Misja to nasz kraj w pigułce, z wadami i zaletami, emocjami. Ludzie się zakochują, nawiązują się romanse, zaczynają związki, nie zawsze "legalne", bo w Polsce został ktoś, kto czeka. Te związki zazwyczaj się rozpadają, bo żołnierze wracają do swoich rodzin, żon, mężów, dzieci. Zdarza się, że wolna kobieta i mężczyzna postanawiają być razem. Wracają do kraju i zakładają rodziny. Tak, między pociskami, rakietami i ciągłym niebezpieczeństwem można znaleźć miłość. Ale to nie zdarza się często.

Dlaczego?

- W Afganistanie wszyscy mówią o misji, wojnie, jest wiele wspólnych tematów. A po powrocie może się okazać, że nie ma już o czym rozmawiać, bo ludzie pochodzą z różnych środowisk, mają różne zainteresowania, różne doświadczenia. Jeśli oboje są wojskowymi, to szanse są trochę większe, bo tacy ludzie lepiej się rozumieją i mają ze sobą więcej wspólnego. Ale cywil i żołnierz - tu jest już znacznie trudniej.

- W Afganistanie nie wszyscy żołnierze zajmują się tylko romansami. Nic z tych rzeczy. Wielu mówi, że bez rodzin nie wytrzymaliby na misji. Tylko to, że ktoś był, czekał, wspierał, pomogły wrócić do domu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje