Reklama

Reklama

Hubert Urbański: Są rzeczy, których żałuję

Nie wszystko w życiu potoczyło się tak, jakby tego chciał, a 50. urodziny to okazja do podsumowań. Tylko SHOW prezenter zdradza, jak będzie je świętował. Opowiada też o podróży do Afryki.

Niedługo będzie pan obchodził 50. urodziny. Ma pan już pomysł, jak spędzić ten dzień?

Reklama

Hubert Urbański: - Hucznie przyjmę tę 50-tkę na klatę i przeżyję urodziny na własnych warunkach. Jak się z nimi zmierzyć? Raczej planuję serię pomniejszych imprez niż jeden bankiet gigant.

Mam wrażenie, że trochę się pan boi tych urodzin, ma z nimi problem.

- Jak mogę mieć problem z czymś, na co nie mam żadnego wpływu?

Robi pan bilans dotychczasowego życia?

- Za chwilę będę miał 50 lat i chcąc nie chcąc podsumowania są i wiążą się z nimi mieszane uczucia. Generalnie jednak ten bilans wychodzi pozytywnie.

Czegoś pan jednak żałuje?

- Żałuję, że nie podjąłem pewnych decyzji życiowych wcześniej. Na przykład nie zacząłem studiować wcześniej. Żałuję, że nie mam zawodu, który byłby alternatywą dla tego, co teraz robię. Posiadanie konkretnego, uniwersalnego zawodu daje mężczyźnie duże poczucie niezależności.

Wykonuje pan jednak zawód mało przewidywalny. Telefon dzwoni albo nie. Spędza to panu sen z powiek?

- Rzeczywiście praca w mediach jest tak samo przewidywalna jak małpa z brzytwą. Myślę, że gdybym miał jeszcze jakąś dodatkową umiejętność, lepiej bym się z tym czuł. Miałbym możliwość alternatywnego utrzymania się z czegoś innego.

Na razie wziął pan udział w nowym projekcie "Agent - gwiazdy", przy okazji spędzając miesiąc w Afryce.

- Tak, to niezapomniane doświadczenie, nigdy nie byłem w RPA. To jest przedziwne miejsce - piękne i straszne jednocześnie. Niesamowita jest przyroda, szczególnie w parkach krajobrazowych, gdzie można pojechać na safari. Mogliśmy z bliska obserwować dzikie zwierzęta. Jest taka zasada: to my jesteśmy gośćmi u zwierząt, a nie odwrotnie. Pracownicy parku bardzo pilnują, żeby człowiek się nie panoszył. Na przykład samochody, które jeżdżą tam na stałe, mają odłączony klakson, żeby nawet przez przypadek kierowca go nie użył.

Bał się pan ekstremalnych zadań?

- Oczywiście, że czułem strach przed wieloma zadaniami, o których nie mogę jeszcze pani powiedzieć.

Chociaż troszkę niech pan zdradzi...

- Nie mogę. Kontrakt zobowiązuje nas do zachowania poufności, co ma sens, bo my już to nagraliśmy, ale widz ma mieć zabawę przez następnych kilka miesięcy.

Pan miał zabawę przez miesiąc. Lubi pan podróżować?

- Oczywiście, ale ostatnio z wielu powodów nie mogłem podróżować. A z powodu pracy w radiu jestem teraz bardzo związany z Warszawą. Każdą wolną chwilę staram się spędzać z dziećmi albo wyjeżdżać nawet na 2-3 dni poza Warszawę, żeby trochę zmienić otoczenie. Dlatego bardzo ucieszyłem się z propozycji wyjazdu do Afryki. Ciężko tam pracowaliśmy, miało to jednak charakter podróży. Zresztą jestem teraz jurorem w konkursie na blog roku. Oceniam właśnie blogi podróżnicze, co jest dobrym sposobem, żeby sobie zrekompensować brak podróży (śmiech).

Wracając do "Agenta" - jak układały się relacje między uczestnikami? Udało się wam zgrać przez ten miesiąc?

- Na pewno tak, bo nie mieliśmy innego wyjścia. Spędzaliśmy ze sobą po 20 godzin na dobę. Nie dotyczy to tylko nas jako uczestników, ale również szeroko pojętej ekipy technicznej.

W show-biznesie w ogóle możliwe są prawdziwe przyjaźnie?

- Ta branża jest bardzo zróżnicowana. Inaczej wyglądają relacje ludzi, którzy spotykają się na ściance czy rozmawiają na eventach. Znowu inaczej to wygląda, gdy się kręci z kimś serial i spędza razem pół roku czy rok na planie. A jeszcze inaczej, gdy aktorzy przez 15 lat dzielą jedną garderobę i grają razem w teatrze. Niby to jest ta sama branża, ale głębokość relacji jest przeróżna. Można jednak zbudować prawdziwe przyjaźnie nawet w tak konkurencyjnym środowisku, jakim są szeroko pojęte media.

Ale takie szczere relacje to chyba jednak rzadkość, często w show-biznesie pojawia się na przykład zazdrość.

- W tym środowisku jesteśmy bardzo skupieni na sobie, na tym, jak coś robimy, jak jesteśmy odbierani przez widza. Ta niepewność związana z myślą, jak nasze działania zostaną przyjęte, jest bardzo stresogenna. Wszyscy opieramy się na uznaniowości, na końcu liczy się wyłącznie subiektywna ocena odbiorcy. To budzi frustrację i mnóstwo emocji. To powoduje, że całe środowisko jest takie drażliwe.

Czy kiedykolwiek przechodziły przez pana głowę myśli: już się nie nadaję, wypaliłem się, to już nie dla mnie?

- Oczywiście. To dotyczy również moich koleżanek, kolegów - dla nas wszystkich poczucie bezsilności i frustracji bywa chlebem powszednim. Nie można wszystkich zadowolić i trzeba pamiętać, że przede wszystkim trzeba zadowolić siebie. Może to jest klucz do zachowania zdrowia psychicznego w pracy.

Zdarzało się panu płakać z takiego poczucia bezsilności, frustracji?

- Łzy są bardzo ludzkie. Płakać można z bezsilności, frustracji, w poczuciu braku wyjścia. Ale jedno wiem na pewno - żadna praca nie jest warta łez.

Co panu daje siłę, żeby taki moment przetrwać?

- Chyba doświadczenie i świadomość, że w życiu udało mi się pokonać różne przeciwności losu. Gdy staję przed górą pozornie nie do przejścia, przypominam sobie, jak uporałem się z poprzednimi trudnymi sytuacjami. Powiedzenie "co nas nie zabije, to nas wzmocni" jednak się sprawdza (śmiech).

A myśli pan, że dzięki "Agentowi", który jest emitowany na głównej antenie TVN, coś się ruszy w pana zawodowych sprawach, padną jakieś nowe propozycje?

- Już nie odbieram tego w kategorii inwestycji, która ma coś przynieść. Doświadczenie mnie uczy, że czasami z małych rzeczy wychodzą dużo większe, a duże czasami przechodzą bez echa. W przypadku "Agenta" faktycznie jednak mogę chyba spać spokojniej, bo rozmiar promocji tego programu, jego skala i jakość są nietuzinkowe. Mam nadzieję, że widzowie też go polubią.

Jednak ostatnio więcej czasu spędza pan w radiu, niż przed kamerą.

- Zanim zacząłem pracować w telewizji, przez długie lata pracowałem właśnie w radiu. Miałem autorskie programy, swój talk-show. A teraz prowadzę loterię w RMF FM, w której są do wygrania największe pieniądze w Polsce. Codziennie ktoś może wygrać 400 tysięcy złotych. Po wakacjach, tylko w jednym miesiącu, rozdaliśmy 30 samochodów. Takie pieniądze nadal robią na mnie wrażenie, mimo że jestem już długo w tym projekcie.

Chciałby pan wygrać takie pieniądze?

- Oczywiście, że chciałbym wygrać (śmiech).

Tęskni pan za telewizją?

- Jest mi coraz trudniej znaleźć w telewizji coś dla siebie. Oferta mocno się spłaszczyła, kiedyś było więcej różnorodności. To jest powód, dla którego nie mam telewizora w domu. Ludzie się od telewizji odsuwają, co nie znaczy, że telewizja jest przegrana - to znaczy, że wymaga nowego, świeżego podejścia. Powtarzanie i mnożenie tego, co było, nie jest innowacyjne. Ile razy można śledzić ścieżki kariery i patrzeć, jak co chwilę tworzą się nowe gwiazdy muzyki, tańca i gotowania, o których zapomina się tydzień po finale programu.

To co chciałby pan robić w telewizji?

- Warto iść w takich kierunkach, które już są przetarte, tylko z jakichś powodów odstawione na boczny tor, bo są trudniejsze, droższe. Uważam, że cały czas w Polsce jest miejsce na jeden albo dwa duże programy talk-show.

I mógłby pan taki talk-show prowadzić?

- Tak. Myślę, że w szeroko dostępnej telewizji wciąż jest miejsce na inteligentny program dla inteligentnego widza.

Magdalena Makuch

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje